czwartek, 19 listopada 2015

2. Rajd Arłamów


Kilka dni po imprezie emocje opadły, więc chyba nadeszła pora na stosunkowo krótkie podsumowanie Rajdu Arłamów. 


Niestety jak i wcześniej tak i tu nie wiadomo kiedy, a czas zleciał jak w mordę strzelił i okazało się, że rajd jest już za chwilę. Co prawda tym razem nieco lepiej przygotowana, lub może już jakieś nikłe, ale zawsze doświadczenie sprawiło, że dość szybko dałam radę się ogarnąć i przygotować do wyjazdu. Oczywistym było, że jadę wraz z Eweliną i pakuje tyle sprzętu ile się da, by zrobić jakieś konkretne materiały, bo wypadałoby choć raz zrobić coś porządnie. Ostatni rajd w sezonie, no kurcze, trzeba się postarać. Dość szybko doszłyśmy do prostych wniosków, że nie opłaca nam się wracać do domu, więc te dwa dni spędzimy na miejscu, zaoszczędzimy i pieniądze i czas, który będzie można spożytkować na sen, lub nocny objazd odcinków, albo jedno i drugie. O ilości spakowanych bagaży do biednego seacika pisać nie będę: 2 baby, 2 dni i chyba wszystko staje się jasne. Aparat, kable, flashmic, duperele... odrobina prowiantu i kilka ciuchów i śpiwory co by w nocy nie zamarznąć - bo kto by płacił za nocleg, błagam... od czego mamy samochód! Przeczucie, że coś będzie nie tak cały czas mnie męczyło jednakże starałam się odrzucić te myśli i nastawić się, że przywiozę chociaż kilka wywiadów i coś z czego skleję reportaż do radia. Pogoda dopisywała, ciepełko. Okulary słoneczne stały się wręcz niezbędnym elementem naszej podróży. Po drodze musiałyśmy zahaczyć o kilka punktów, jednym z nich była poczta, gdzie miałam odebrać moją przesyłkę i zrobić przelew. Wpadłam szybko i nikogo nie było, ale poszukiwania mojej paczki trwały w najlepsze, a z każdą chwilą ustawiała się za mną coraz to dłuższa kolejka starych babuszek za piniążkami, z resztą każdy wie jak jest na pocztach po 10 każdego miesiąca. I oto znalazła się. Piękna, czarna paczuszka, która nawet mnie lekko zaskoczyła, gdyż wcześniej takich cudnych opakowań nie mieli. Patrząc na zdjęcie poniżej wyobraźcie sobie miny tych babuszek stojących za mną...


O ile na mojej twarzy wywołała ona uśmiech, to słysząc pomruki i szepty za mną, bałam się za siebie obejrzeć. I tak sobie stoję z tą satanistyczną paczuszką pod pachą i czekam aż się przelew zrobi. Całe szczęście pani widząc coraz to kolejnych ludzi przychodzących na pocztę pospieszyła się i mogłam szybko wyjść. Odprowadzona wzrokiem biegiem udałam się do samochodu, by czasem ktoś nie zaczął mnie gonić chcąc unicestwić czarownicę. Łapiąc małe opóźnienie, starałyśmy się nadrobić stratę czasową na autostradzie, by być punktualnie. I nie wiem jakim cudem, ale nam się to udało, byłyśmy nawet przed czasem. Jak dotąd wszystko szło doskonale. 



Clio stało na starcie żywe, więc już nasza radość była przeogromna. Choć uczucia z samej ceremonii były mieszane, gdyż jednak nie było to najlepiej zorganizowane szczególnie pod kątem kibiców. Nie udało mi się też tam nagrać tyle ile chciałam i tego co chciałam, a było jasne, że tego dnia w sumie nic więcej nie zrobię, gdyż na odcinkach nocnych z moim aparatem niewiele podziałam. Lekko wkurzona udałam się z Eweliną do samochodu, po drodze zahaczając o kebaba, by mi kierowca z głodu nie padł, bo co by wtedy było. Dworzec PKP zalatywał komuną, kebab podobno smakował nie tak jak powinien, czyli nie smakował, a ja skupiłam się na założeniu na siebie jeszcze jednej warstwy ubrań żeby na luzie stać sobie na odcinku i nie dygotać z zimna. Pozostało nam tylko szybko udać się pod kopiec, by opierdzielając się, spędzić mile czas. Tam poczułam, że mam w sobie coś z pracoholika i nie potrafię odpoczywać nic nie robiąc, aż bolało mnie to, że nie robię zdjęć, nie nagrywam, jednak świadomość tego, że i tak nic z tego by nie było, odrobinę mnie pocieszała. Walka była piękna, a ja wkurzona na siebie czułam jakiś niepokój, że nic z tego rajdu nie będzie. Ostatecznie wzięło mnie na rozkimy pod krzyżem i nawet nie czekając do końca wróciłyśmy do samochodu. Mój organizm zaczął się odrobinę domagać pożywienia, bo jakoś tak raz na parę dni pasowałoby coś ciepłego zjeść, a na to ostatnio nie było czasu, więc krążyłyśmy po Przemyślu szukając jakiegoś otwartego baru, kebsa, lub cokolwiek innego, gdzie można by zjeść cokolwiek, ciepłego, tanio. Zwątpiłyśmy jednak i po spojrzeniu na moją krótką rozpiskę stwierdziłyśmy, że jedziemy na odcinek. 


I jak się niejednokrotnie już w życiu przekonałam: Orlen - zbawienie ty moje! Tak dobrego hot doga to ja w życiu nie jadłam, normalnie aż się tasiemiec obudził i domagał się kolejnego. Jednak myśl, że trzeba oszczędzać środki była silniejsza, więc pojechałyśmy od razu na Pruchnik zobaczyć odcinek i poszukać dobrej miejscówki do zdjęć. W nocy wszystko wygląda inaczej, dodatkowo praktycznie padnięty telefon zrobił nas nieco w konia i odrobinkę pobłądziłyśmy, ale takie błądzenie to nie błądzenie biorąc pod uwagę nasze możliwości. Szybko trafiłyśmy na start i ruszyłyśmy. Trasa trudna, pogoda coraz gorsza, więc zatrzymałyśmy się niedaleko mety pod lasem, zapakowałyśmy się w śpiwory i poszłyśmy spać. W nocy kilkukrotnie budził nas ulewny deszcz i silny wiatr, ale po za tym nie było żadnych problemów. Rano było pochmurno, zimno, aż nie chciało się wstawać, ale głód zwyciężył. 



Przy śniadaniu był czas na przypomnienie sobie, gdzie jesteśmy i co tu robimy. Zaczęło się wypogadzać, więc była nadzieja na to, że jednak chociaż tego dnia uda się coś porządnego zrobić. Spakowałyśmy się i ruszyłyśmy w poszukiwaniu jakiejś przyzwoitej miejscówki. Nie musiałyśmy iść daleko, fajny zakręt był tuż obok, pozostało tylko usunąć zbędne gałęzie by nie właziły w kadr, z czym wręcz z radością pomógł nam strażak, bo dziewczyny na rajdzie... i czekałyśmy na pierwszy przejazd. Kierowcy dość zachowawczo pokonywali ten zakręt co mnie bardzo cieszyło, bo jednak biorąc pod uwagę małą liczbę załóg chciałam by jednak jeździli jak najdłużej. I nadszedł czas na załogę w samochodzie z numerem 16. Niestety przejazd zaniepokoił mnie na tyle, że szybko ruszyłyśmy w kierunku mety sprawdzić, co się stało. Po drodze zobaczyłyśmy smutny widok. 


Mając w pamięci ostatnie testy Brzezińskiego w Lubeni nie mogłyśmy uwierzyć w to co widziałyśmy. Owszem, takie są rajdy, mimo wszystko szkoda. Stojąc przy R5 doszła do nas informacja, że rajd dla załogi Zimny/Kołodziej również się skończył. Zeszłyśmy jeszcze kawałek niżej, ale nawet nie chciało mi się już robić zdjęć. Zgodnie stwierdziłyśmy, że nie zostajemy na trzeci przejazd, tylko jedziemy do Birczy, by tam zobaczyć ostatni pojedynek o mistrzostwo. O tym oesie nawet nie ma co wiele pisać, bo był tak szybki i krótki, że zleciał momentalnie. Samochodów do tego etapu została dosłownie garstka, więc czułyśmy się trochę jak na testach rajdowych a nie rajdzie. Do Arłamowa jechać nie było już sensu, nie było za czym. Byłam zła na siebie, że wracam z niczym. Mógł to być piękny rajd. Koniec jednak okazał się inny. Szkoda, może za rok będzie lepiej, a może nie będzie? 

Marna, bo marna, ale jednak galeria na fb: Nowe Oblicze.

Dziękuję: Ewelinie - za to, że wytrzymała ze mną, choć przez te 2 dni na pewno nie było łatwo, załodze Zimny/Kołodziej - za walkę, Maciejowi - za rozmowę na starcie, Lenemu - za trud dostarczenia nam ciepłej herbatki na odcinek, pozdrawiam Marcina i Piotra - kebab nawet niejedzony łączy ludzi, oraz wszystkich poznanych i spotkanych na trasie z którymi miło się rozmawiało, oraz znajomych, którzy się z nami kontaktowali - przepływ informacji musi być, nawet jak bateria w telefonie nie działa :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz