piątek, 1 stycznia 2016

Sylwestrowe polowanie na wschód słońca


Zimy jak nie było, tak nie ma. Nie ukrywam stęskniłam się za tym śniegiem, mróz mnie nie zaspokaja, kiedy nie ma dookoła białego puchu. Ani to jeździć na rowerze, ani biegać. Łazić w taką pogodę nawet mi się nie chce. Wiem, lenistwo, ale co poradzić kiedy motywacji brak? Podziwiając zdjęcia innych osób z gór, gdzie mieli śnieg - marne, bo marne ilości, ale jednak, i wspaniałą pogodę, stwierdziłam, że miło byłoby w Sylwestra pojechać w Bieszczady. Tak na zakończenie pewnego etapu. Pogoda zapowiadała się dobrze, choć informacja o bardzo niskich temperaturach sprawiła, że grono zainteresowanych z każdą chwilą malało. Jednak są całe szczęście ludzie, którzy lubią takie wyzwania. Wyruszyliśmy więc o północy, aby spokojnie dojechać, powoli wejść i rozbić namiot, gdzie poczekamy na wschód słońca. Warunki na drogach mile nas zaskoczyły, choć nie zapowiadały niestety śniegu w górach, ale decyzja już zapadła. Tradycją stało się, że podczas nocnych wyjazdów zatrzymuje nas Straż Graniczna - tak było i tym razem. Po miłej rozmowie puścili nas dalej. Kiedy dojechaliśmy już na miejsce i pokonaliśmy niechęć do tego by wyjść z ciepłego samochodu na zewnątrz, aby się ubrać i spakować, można powiedzieć, że najgorsza część tego etapu była już za nami. Księżyc pięknie oświetlał nam szlak na Caryńską, choć latarki były jeszcze niezbędne o tej porze. Szło się wyjątkowo dobrze, pomimo obaw spowodowanych tym, że jakby nie patrzeć dopiero co się święta skończyły, a niestety nie były one dla mnie zbytnio łaskawe patrząc pod kątem tego ile musiałam a nie koniecznie chciałam zjeść. Chęć zobaczenia wspaniałego widowiska sprawiała, że nawet waga wyjątkowo ciężkiego plecaka nie miała znaczenia. Obładowani jak szerpowie szliśmy do góry, po drodze robiąc jeden postój na gorącą jeszcze herbatkę. Mimo tego, że panowała w dalszym ciągu noc odnosiliśmy wrażenie, że szlak jest jakby dłuższy niż ten, którym szliśmy latem, ale warunków rzecz jasna nie ma co ze sobą porównywać. Szło się nam dobrze, a wyjście z lasu dodało nam trochę energii, dzięki czemu bardzo szybko znaleźliśmy się na szczycie, gdzie warto było pozakładać na siebie co się tam dodatkowego w plecaku jeszcze miało. Nie musiałam tam długo przebywać, by porzucić plan o rozstawieniu statywu i zabawie w testowanie nowych ustawień aparatu. Zdjęcie rękawiczek na chwilę przekreśliło ten plan całkowicie. Niestety w grubych nie byłam w stanie zrobić zdjęć, w cienkich natomiast łapska bardzo szybko marzły jak i bez nich. Chyba bym mogła robić zdjęcia w takich warunkach muszę zabierać ze sobą flaszkę na poprawę krążenia, bo tak to bida z nędzą. Kiedy ja klęłam na zesztywniałe palce, pozostali męczyli się z rozłożeniem namiotu w czym zdecydowanie nie pomagały porywy wiatru.


Udało się! Obóz rozbity, kilka fot zrobionych, ładujemy się do namiotu, gdzie próbujemy się ogrzać. Ostatecznie z tym ogrzaniem się to wyszło słabo, ale przynajmniej nie wiało. W środku zimno, na zewnątrz też zimno jednak i tak nie chciało się wychodzić. Gdyby tak tylko mieć jeszcze coś cieplejszego do przykrycia się to czekałabym do ocieplenia. Choć należę do osób zimnolubnych, dla których śnieg, wiatr i mróz nie robią problemów, tak tym razem muszę przyznać, że ten delikatnie mówiąc chłód mnie zaskoczył. To jednak nie zwalniało mnie z tego by strzelić szybciutko jeszcze parę fot, tym bardziej, że w oddali ukazały się nam Tatry. Aż troszeczkę człowiek zatęsknił, ale cóż... trzeba było schodzić, bo nie miało sensu dłuższe przesiadywanie na szczycie. Słoneczko sprawiło, że szlak przerodził się w szklaneczkę. Na raki śniegu za mało, bez raków szło się zabić. Ostatni dzień grudnia - gdzie ten śnieg?! Asekurując się jednego szerpa udało mi się zejść a nie zjechać na dupie najtrudniejszy odcinek. O ile zjazd by mi sam w sobie nie przeszkadzał, to jednak obawa o sprzęt jak zwykle pozbawia mnie części zabawy. Choć chęci do tego by czasem wyluzować są spore, tak możliwość zrobienia zdjęć wygrywa.


Wyjazd ten był kolejną dobrą lekcją szacunku do gór i tego by móc się lepiej następnym razem przygotować. Każda kolejna wyprawa przybliża do osiągnięcia wyższych celów. Bieszczady choć niskie, potrafią dobrze dać popalić i nauczyć wielu przydatnych rzeczy. Mam nadzieję, że w tym roku da się jakoś pozyskać środki na wyjazdy a zdrowie na nie pozwoli. Ubiegły rok był dobry, sporo się nauczyłam, dużo zobaczyłam, poznałam wspaniałe okolice i spotkałam na swojej drodze wielu dobrych ludzi. Pozostaje tylko nie przestawać, robić swoje, stawiając sobie kolejne wyzwania i cele dzięki którym będę mogła się dalej rozwijać :)

czwartek, 24 grudnia 2015

Ludzie Bieszczad

Ciągły pęd. Żądza zdobycia coraz wyższego stanowiska, sławy, pieniędzy. Gonimy za tym wszystkim bez opamiętania, bez jakichkolwiek granic, bo tu nie może być w dzisiejszych czasach granic. Człowiek jest po to by pracował, najlepiej jak najwięcej za jak najniższą stawkę. Człowiek nie ma myśleć, nie ma mieć poczucia wolności, chęci oderwania się od tego wszystkiego, odpoczynku. 

Chyba każdy pragnie duchowej stabilizacji, która sprawia, że mamy ochotę budzić się rano ze świadomością tego, że będzie dobrze. Może jest trudno, ale wszystko się jakoś ułoży. Ktoś, kiedyś, kiedy jeszcze nie znałam gór i w ogóle jeszcze nie chodziłam po nich powiedział mi, że Bieszczady mają w sobie coś co przyciąga osoby z problemami. To miejsce ucieczki, gdzie można się ukryć i jakoś przeżyć, uporządkować sobie w głowie wszystkie te sprawy, które nie pozwoliły wieść dalej tego życia. Wtedy jeszcze nie pojmowałam do końca wagi tych słów. Bieszczady wydawały mi się miejscem takim jak każde inne, mającym swój urok, ale nic po za tym. Z każdym kolejnym wyjazdem uświadamiam sobie jak bardzo się myliłam.
Jeden, krótki wyjazd sprawił, że zakochałam się w tym miejscu. Nie sprawiły tego widoki, bo ich nie było. Zarówno warunki jak i widoczność tego dnia były na tyle złe, że powinny mnie wręcz zniechęcić. A to był dopiero początek mojej przygody z tym miejscem. Wizyta, która w znacznym stopniu odmieniła moje życie, bo to był początek mojej ucieczki, przed wtedy jeszcze stosunkowo łatwym życiem.

Każda kolejna wizyta w Bieszczadach owocowała w nowe sytuacje, nowe znajomości, nowe historie. Z każdą chwilą analizowałam kolejne sprawy i wiele z nich stawało się jaśniejszych. Przestawały być ważne obowiązki, to co powinnam, co wypada, czy o czymś nie zapomniałam. Góry i czasami towarzyszące marszowi wspaniałe widoki napawały mnie poczuciem tego, że mam swoje miejsce, gdzie mogę choć na moment zapomnieć o wszystkim i zastanowić się jaka jest moja rola w tym świecie. Czego chcę, a co robię i czy to co robię sprawia mi jakąkolwiek przyjemność, lub poczucie spełnienia. Poznawałam też kolejne dramaty ludzkie, przy których moje problemy stawały się nijakie, bądź nawet znikały. Czymże, są moje problemy. Młodej dziewczyny, wiodącej wygodne życie, która nigdy nie chodzi głodna, nie musi się przed nikim ukrywać, bać o swoje życie, lub co i gorsza o życie swoich najbliższych. Historie tych ludzi odcisnęły na mnie swego rodzaju piętno z którym teraz żyje mi się niekoniecznie łatwiej, a twarze tych ludzi pozostaną w mojej pamięci na zawsze. Często w tych sytuacjach miałam ochotę zaproponować pomoc, choć wiedziałam, że nic nie mogę zrobić, mogłabym jedynie zaszkodzić. Jedyna forma pomocy w tamtej chwili, która okazywała się najlepszym wyjściem była rozmowa, a oni sami nie mając nic byli najbardziej pomocnymi osobami, kiedy byłam w potrzebie.

Czytając to zapewne tak jak ja, siedzisz wygodnie, w ciepłym miejscu i ciekaw jesteś zakończenia historii. A jego nie ma. I nie wiem czy kiedykolwiek dane mi będzie spotkać te osoby drugi raz. W dniu Wigilii Bożego Narodzenia mam tylko nadzieję, że są bezpieczni i nawet w ich beznadziejnej sytuacji istnieje iskierka nadziei na to, że ich los się nieco odmieni na lepsze, bo przeżycia jednej tej osoby można by podzielić conajmniej na kilka. W czasie świąt zamiast skupiać się na rodzinie i tych całych świątecznych rytuałach, myślę o Ludziach Bieszczad. Z chęcią bym uciekła na ten czas i dołączyła do nich. Nie potrafię cieszyć się z tych świąt. Ich magia zanika z każdym rokiem, a sama nie odczuwam jej od bardzo dawna. Towarzyszy im za duży chaos, przepych i tandeta, kiedy to powinny być czasem spokojnego spotkania z rodziną, przemyśleń i wspomnień. I nie ważna jest ilość dań na stole, czy placków na talerzu, to tylko chwilowa przyjemność o której zapomnimy najpóźniej kilka dni po świętach. Narzekamy na brak dostatku, kiedy to panuje w tym dniu przepych! A to nie godzi się w moim systemie wartości. Pora więc w smutku przeżyć kolejne święta z nadzieją, że lada moment uda się znów uciec od tego wygodnego życia.

Spokojnych świąt. 



niedziela, 29 listopada 2015

Ryzyko jest nieodłącznym elementem realizacji naszych marzeń - spotkanie autorskie w Slot Art Cafe w Rzeszowie


Nigdy nie sądziłam, że taka chwila w ogóle nastąpi. Nigdy nie sądziłam, że jeśli już nastąpi, to nastąpi tak szybko i niespodziewanie. Nigdy nie sądziłam, że skoro już nastąpi, to w ogóle się ktoś na tym wydarzeniu pojawi. Jednak rzeczywistość jak zwykle okazała się inna i tym razem mile mnie zaskoczyła.


Przez kilka ostatnich tygodni miałam dość ciężki czas. Masa zaległości, dodatkowo sprawy na uczelni i radio. Wszystko da się zrobić ograniczając sen, często do 2, 3 godzin na dobę. Z czasem można się nawet do tego jakoś przyzwyczaić, szczególnie gdy człowiek wie, że już niedługo zacznie robić coś nowego. Dlatego nie ukrywam dostając propozycję poprowadzenia własnego spotkania autorskiego byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze nigdy w życiu czegoś takiego nie robiłam, po drugie - kto na to przyjdzie, przecież ani nie jestem znana, ani nie osiągnęłam w życiu niczego szczególnego. Jednak zgodziłam się, chcąc sprawdzić siebie i zobaczyć jak radzę sobie w takich sytuacjach. Dni leciały, a ja cały czas sprawy spotkania odkładałam na ostatnią chwilę, dodatkowo wypadło mi jak na złość kilka innych rzeczy, które również były tego samego dnia, więc wiedziałam, że ze spania będą nici. Na noc przed zaczęłam szukać zdjęć, które mogłabym zaprezentować, choć początkowo wydawało mi się, że nie będzie to trudne, to z każdą chwilą odkopywałam co raz to nowe foldery z zapomnianymi zdjęciami, wykonanymi jakiś czas temu na innych wyprawach. Jak mogłam o nich zapomnieć?! Na obrabianie już nie było czasu, więc wybrałam te, które były już gotowe i mogły zainteresować zebranych, a w nagrodę poszłam przespać się 15 minut.


Rano uczelnia, spotkanie, później całe szczęście ratuje mnie transportem Ewelina, więc mogę przynajmniej coś zjeść w domu. Jeszcze raz w pośpiechu sprawdziłam zdjęcia i cóż, wypada jechać. Na miejscu panowała jak zwykle przyjazna atmosfera, niestety ja coraz bardziej odczuwałam brak snu. Zaczęłam obawiać się mojego spaczonego ostatnio humoru i tego jak przebiegnie prezentacja. Dodatkowo z każdą chwilą zbierało się coraz więcej osób, w głównej mierze znajomych, co mnie z jednej strony cieszyło, bo w razie kompromitacji to wszystko zostanie w rodzinie, a z drugiej wiedziałam, że jednak widząc obce twarze bardziej bym uważała, co ostatecznie dałoby zapewne lepsze efekty. Jednak nie ma zmiłuj, trzeba mówić tak, by chociaż połowa ludzi do końca została. W moim przypadku brak snu często powoduje bardzo zawiłe przemyślenia, które nie do końca wiem jak przekazać w zrozumiały sposób, jednak pilnując się w miarę, opowiadałam na spontanie o tym jak to się wszystko zaczęło i czym się zajmuję. I nie wiem czy to przez uprzejmość czy zainteresowanie, choć bardziej stawiam na to pierwsze wszyscy wytrwali do końca i chyba nawet nikt nie zasnął. Choć teraz kilka dni po, czuję się jak po moim pierwszym wywiadzie na który zostałam zaproszona. Czuję, że nie przekazałam do końca tego co chciałam, gdyż można było rozwinąć i poruszyć jeszcze parę ważnych kwestii, jednak jak na pierwszy raz nie było sensu zamęczać słuchaczy, którym i tak jestem niezwykle wdzięczna za przybycie.

Na koniec powtórzę to, co starałam się wyjaśnić pod koniec spotkania:
Żeby osiągnąć jakiś cel, trzeba swoje działania planować rozważnie. Wspinać się jak na szczyt, krok po kroku, powoli, ale zdecydowanie. Trzeba mieć cały czas na uwadze to, że nie da się niektórych rzeczy przeskoczyć. A nawet jeśli się uda, to szczęście niekoniecznie będzie trwało długo. Kiedy tak wspinamy się powoli i w trakcie podwinie nam się noga, to gdzieś się obsuniemy na poziom niżej, ale próbując coś przeskoczyć możemy spaść w przepaść, a upadek z dużej wysokości bywa bardzo bolesny, lub nawet kończy się tragicznie. Gdy tak idziemy sobie, realizując swoje cele odczuwamy satysfakcję, a satysfakcja daje motywację do dalszych działań. Tylko trzeba mieć na uwadze jedno: ryzyko jest nieodłącznym elementem realizacji naszych marzeń.

Na koniec chciałabym jeszcze raz bardzo podziękować wszystkim za to spotkanie. Ludziom ze Slot Rzeszów za danie takiej możliwości i pomoc w organizacji tego spotkania. Dziękuje Ewelinie za wożenie mi dupska i nie tylko. Dziękuje wszystkim, którzy jeździli ze mną, pomagali w poszukiwaniach, podawali lokalizacje - bez Was by mnie tam nie było! Dziękuje za to, że przyszliście i za miłe słowo. Teraz będzie tylko lepiej - musi! ;)


wtorek, 10 listopada 2015

Bukowe Berdo - lekcja pokory

Często odczuwamy potrzebę odpoczynku, oderwania się od rzeczywistości. Móc na moment odetchnąć od tego codziennego zgiełku, tego chaosu, który nas otacza. Chyba najlepszym miejscem do tego są góry. Jesień - idealna pora by udać się na Bukowe Berdo.


Tego dnia nawet zmiana czasu na zimowy nam zbytnio nie pomogła. Poranek był dla wszystkich stosunkowo ciężki, choć jak wiadomo dla jednych bardziej, natomiast dla drugich mniej. Jednak jak ciężko by nie było, myśl o tym, że znów wejdzie się na połoniny, poczuje ten klimat i ujrzy wspaniałe widoki, niezwykle motywuje.


Na miejsce udało się dotrzeć bezproblemowo, wyruszyliśmy jeszcze w czołówce, przed innymi, bez tłoku. Na początku tylko my i las. Pogoda była wspaniała: ciepło i słonecznie. Kolory wręcz zachwycały. Las zapowiadał wyjątkowo przyjazne warunki marszu. Jednak im bliżej otwartej przestrzeni, tym zaczęliśmy odczuwać to, że jednak tak łatwo tym razem nie będzie. Co to na nas, doświadczonych i wytrzymałych na skrajne warunki pogodowe piechurów! A tak na poważnie, przekonani, że nic gorszego jak zamieć śnieżna w styczniu nas nie spotka, szliśmy dalej ku górze. Niestety z każdym krokiem kończyło się słońce, ciepło i widoczność. I mogło by się wydawać, że w sumie już po wycieczce, bo co najlepsze zostało stracone, ale zabawa dopiero się zaczęła. Skoro już przejechaliśmy tyle kilometrów, by wejść na szczyt, znowu poczuć ten klimat, odpocząć, to w żadnym wypadku nie możemy w tym momencie zawrócić. Niezależnie od panujących warunków zawsze można dostrzec jakieś pozytywy i z nich korzystać. Nawet wbrew pozorom wiatr, który chce nas przewrócić może okazać się fajny, gdy poddajemy mu się niczym skoczek narciarski, bądź próbujemy złapać stabilną pozycję chcąc zrobić w miarę ostre zdjęcie, do którego nikt nie miałby zarzutów, że było robione po pijaku. Trudne zadania są najlepsze! Chyba coś już na ten temat kiedyś pisałam. W połowie drogi doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu się spinać i walczyć o to by dotrzeć na Tarnicę, gdyż ją możemy zaatakować w grudniu, czy też styczniu jak będą zaspy po pas i mniejsza ilość ludzi na szlakach. Nie widzieliśmy sensu iść dalej na siłę dla samego faktu zdobycia szczytów, bo skoro i tak nic nie było widać - to po co? Wymijanie się w bagnie z licznymi grupami turystów wcale nie jest przyjemne. Rzecz, która nas bardzo zaskoczyła, to to, że mimo tak paskudnej pogody ludzie pchali się dalej. Przygotowani bardziej lub też mniej, ale szli, mimo wiatru, który niósł ze sobą gęstą mgłę, która szybko osadzała się na ubraniach, zimna i właściwie braku widoczności. Często powtarza się, że Bieszczady są niepozorne, ale nie wolno ich lekceważyć, bo pogoda bywa nieprzewidywalna, a ludzie niestety to ignorują. Turyści myślą, że jesienią i zimą góry można obskoczyć w adidaskach, bluzie, ewentualnie jakąś lekką kurtkę na to - jak w lecie, ale tak nie jest! I to trzeba zaznaczyć! Nawet my będąc całkiem porządnie przygotowani, woleliśmy zawrócić i nikt z nas nie uznaje tego jako porażkę. Lepiej brnąć dalej w nieznane, w kiepskich warunkach, jeśli nie widać poprawy pogody, a wręcz jej pogorszenie, czy przejść mniej kilometrów, zrobić parę przyzwoitych ujęć i spokojnie wrócić na dół do samochodu, w którym jak się okazuje padł akumulator i co gorsza nikt nie jest tym faktem przejęty, bo i po co? Na dole ciepło i słonecznie, nie to co tam wyżej, aż chce się zostać!

Czytając ten krótki tekst zapewne zastanawiasz się skąd taka nagła zmiana nastawienia? Otóż grunt to umieć w odpowiedniej chwili odpuścić. Nie iść na ślepo w wymyślonym przez siebie kierunku, warto spojrzeć na to co podpowiada nam otoczenie i z tego korzystać. Olewając takie wskazówki sami sobie utrudniamy życie, bo bardzo często są one trafne a nadzieja bywa złudna.