Do szkoły tej mam/miałam pewien sentyment. Był to dla mnie jeden z pierwszych obiektów urbexowych. Stosunkowo bliskie położenie od domu i łatwa dostępność sprawiły, że szkoła ta była miejscem w którym stawiałam swoje pierwsze kroki. Dość niepewne, gdyż już wówczas, blisko 10 lat temu podłoga była mocno przegnita, a strop wisiał siłą woli. Jednak wracałam tam, choćby spojrzeć jak postępuje upadek tego obiektu i tylko chodziła mi po głowie myśl - nastąpi to samo, czy ktoś temu pomoże. Jak się też dziś okazało, działanie właściciela posiadłości było celowe. Niewątpliwie obiekt już od lat stwarzał realne zagrożenie szczególnie dla dzieciaków, które z łatwością mogły tam wejść i zrobić sobie kuku, tym bardziej, że nowy budynek znajduje się po drugiej stronie drogi. Jak też stwierdził zapytany dziś mieszaniec - to cud, że nic się tam nikomu nie stało. Mimo wszystko jakiś smutek w głosie był zauważalny, szczególnie przy wspomnieniach o tym, gdy w latach 60 uczęszczał tam do szkoły podstawowej. Czy była jakaś szansa na ratunek tego obiektu? Nie sądzę...
Informacji o tym obiekcie praktycznie nie ma. Wiadomo, że budynek jako szkoła podstawowa powstał w 1907 roku, następnie mieścił się tam dom nauczyciela oraz internat liceum ogólnokształcącego. Kiedy to we wrześniu 1968 roku oddano do użytku nowy budynek szkoły podstawowej - ten stracił na znaczeniu. Rok później zaczęto budowę liceum, więc mając nowe obiekty nikomu w głowie nie było ratować stary, niszczejący budynek. Wiadomo wspomnienia uczniów, przywiązanie do obiektu, który zawsze stał i był też charakterystycznym miejscem Błażowej, to coś co na zawsze pozostanie, jednakże na chwilę obecną w miejscu tym możemy zobaczyć pusty plac i ogromną przestrzeń - pytanie na jak długo. Smutne jest to, że mimo wielu głosów by coś z tym obiektem zrobić nikt nie podjął w porę jakiegoś działania, a nawet jeśli nie ratowanie samego obiektu to pamięci o nim. Odnoszę wrażenie, że typowym zjawiskiem w Polsce jest to, że wraz w wyburzeniem pomnika/budynku wymazuje się pamięć o nim, o historii o kupie lat ludzkich wspomnień - tych dobrych i tych złych. Nie wierzę, że w czasie wojny budynek ten nie spełniał jakiejś istotnej roli, że nie wydarzyło się nic, dzięki czemu zasłużyłby na kilkuzdaniowy wpis opatrzony sensownym zdjęciem. Sama nie jestem lepsza, mimo wielu wizyt w tym miejscu, nie mam praktycznie nic, gdyż trwałam w głupim przekonaniu, że co jak co, ale ten SZYBKO nie zniknie, zdążę - no to zdążyłam...
Poniżej link do galerii z zaledwie kilkoma zdjęciami zrobionymi przeszło 6 lat temu. GALERIA ZDJĘĆ
Mimo wszystko uważam, że w szkole tej dostałam kilka dobrych lekcji, które pozostaną ze mną na zawsze, szczególnie o niezwiedzaniu takich miejsc w pojedynkę i dużej uwadze na to, na czym się staje (mówimy o kupie lat wstecz, kiedy to pojęcie urbexu nie istniało, a o jakimś kodeksie nikt nie słyszał ) ;) niemniej brakować tego sypiącego się budynku będzie mi bardzo, nawet jak już straszył, to do ostatniej chwili sprawiał, że przejeżdżając koło niego czułam się jak u siebie, bo to taka trochę też moja szkoła.
Dawno nic o chwastach tu nie było. A więc w dobie kryzysu myślę, że warto zapodać pewną propozycję, która jest niezwykle sycąca i do tego nie trująca. Przeżyłam, więc wrzucam dla Was przepis!
A więc potrzebujemy: duuużo chwastów! No dobra, nie tak dużo, bo tutaj jeszcze muszę raz jeszcze podkreślić, że jest to bardzo sycące i raczej w ocenie ilości tego ile zjemy warto wziąć mniej, bo ciężko jest zjeść więcej i to nie to, że nie dobre czy coś, tylko się nie da ;) A jak się da, to też jednak raczej większość osób nie jest przyzwyczajona do spożywania tego rodzaju wynalazków, więc po prostu trawienie chwile potrwa. Jednak bez obaw! Nie zaszkodzi, a dużo fajnych składników dla organizmu możemy dostarczyć.
Składniki:
- mniszek lekarski (młode liście i kwiaty),
- podagrycznik,
- młode liście brzozy,
- młode liście malin,
- bluszczyk kurdybanek,
- krwawnik,
- czosnek niedźwiedzi,
- kwiaty fiołków leśnych,
- kwiaty stokrotki,
- szczawik zajęczy,
Jeśli chodzi o chwasty istotne jest aby były to liście młode, świeże, zbierane z dala od dróg i miejsc, gdzie mogły mieć kontakt z jakimś opryskiem. Liście mniszka wybieramy z roślin niekwitnących, możliwie jak najdelikatniejsze, ponieważ im większe i starsze, tym będą bardziej gorzkie, no chyba, że ktoś lubi. Podagrycznik i maliny również wyłącznie młode liście. Bluszczyk kurdybanek wybierałabym z miejsc zacienionych i lekko wilgotnych szczególnie do sałatek. Smak tych rosnących w pełnym słońcu mimo pięknych fioletowych kwiatów jest dość ostry i wręcz przytłacza całą resztę składników. Ponadto watro oberwać same listki i kwiaty z badylka, co jest dość proste, bo pęd jest dość drętwy. W przypadku krwawnika wybieramy możliwie najmłodsze listki, a czosnek niedźwiedzi wiadomo, zbieramy przed jego kwitnieniem. Nie jest on jednak elementem niezbędnym - jak i wszystkie składniki, dlatego możemy dowolnie je mieszać, coś dodać z czegoś rezygnować. Najlepiej podczas zbierania testować smak, czy nam on podchodzi, czy jednak nie do końca. Kwiaty fiołków leśnych nadają fajny orzechowy posmak, natomiast szczawik jak to szczawik - kwaśny.
Łączenie składników:
Liście siekamy bądź rwiemy wg upodobań. Co twardsze zdecydowanie lepiej posiekać, co miększe można wrzucać jak leci. Niestety tu nie określę, po prostu trzeba samemu zadecydować. Kwiaty mniszka warto oddzielić od tej dupki, że tak to ujmę. Jest twarda, a wystarczą nam same płatki. Stokrotki i fiołki wrzucamy jak leci. Do połączenia składników możemy użyć wielu opcji: jogurt, śmietana, majonez, jakiś sos, czy olej - byle nie przytłaczało to smaku zieleniny, tylko połączyło to jako całość.
Sposób podania:
To zależy. Jeśli chcemy ją zjeść jako zwykłą sałatkę, można dodać do tego jajko, ser, kurczaka, tuńczyka, albo w wersji vege jakieś konkretniejsze warzywo (ogórek, papryka...). W sumie komponuje się to nieźle ze wszystkim, dlatego pole do manewru macie nieograniczone. No może do wódki bym tego nie podała. Chyba lepiej nie. Do obiadu jednak śmiało, jako zastępstwo popularnej mizerii, dla urozmaicenia i zaciekawienia, że to też można jeść, nie otruć się i do tego za darmo ;)
Zastanawiam się czy czegoś nie pominęłam. Wydaje mi się, że nie. W razie czego piszcie w komentarzach, to będę odpowiadać na dręczące Was pytania ;)
22 kwietnia mieliśmy Dzień Ziemi. W tym roku głośno mówi się o tym, że przyroda odżywa, wszystko odpoczywa i nasza planeta korzysta na tym czasie zarazy. Czyżby? O tym jednak później...
Wiecie co? Długo się do tego wpisu zbierałam, tak myślę z miesiąc z hakiem. Jednak za każdym razem było "nieee, schylę się podniosę, zabiorę ze sobą". W końcu naszedł dzień wkurwu ostatecznego i czas na podsumowanie wiosennych porządków.
Jak co roku w okresie wiosennym biorę się za sprzątanie śmieci, że tak powiem "koło płota" czyli pozbieranie tego, co może, przypadkiem pofrunęło z działki, ale głównie tego, co jednak zostawili nam inni wyrzucając śmieci gdzie popadnie, pod nogi, do rzeki, do rowu, no dosłownie brak słów i określiłabym to tak "ja przeszedłem, to mogę nasrać na środku ścieżki, co mnie obchodzi, że ktoś inny się na tym gównie poślizgnie", tak na swoich ścieżkach się nawet zwierzęta nie zachowują, no ale nie jesteśmy zwierzętami, jesteśmy ponoć od nich lepsi, ale mam ku temu poważne wątpliwości. Do sprzątania wokół działki podchodzę dość sumiennie, mieszkam w lesie, spaceruję z psami, spaceruję sama, spacerują obcy ludzie, najbliższe otoczenie powinno wyglądać dobrze, bo to w sumie taka wizytówka gospodarzy, przynajmniej takie mam wewnętrzne odczucia i wydaje mi się też, że tak mnie uczono, by śmieci nie wypierdalać gdzie popadnie, a zabierać ze sobą swoje i nawet cudze. W tym roku z powodu suszy okres na porządki bardzo się wydłuża, gdyż trawa, zarośla i inne chaszczory mają duże opóźnienie z tym by zastartować i utrudnić tego rodzaju działania, bo nie oszukujmy się, jak już miejscami trawa urośnie wyżej pasa, to ciężko coś w tym cokolwiek odnaleźć. Dodatkowo kwarantanna sprawia, że jest sporo wolnego czasu na to by spacerować i jeździć rowerem po lasach i polach, zadupiach mniejszych bądź większych, generalnie jeździć i widzieć ten chlew, na który mam wrażenie nikt nie zwraca uwagi. Porządki w najbliższym otoczeniu zajęły mi dni kilka. Tak, nie żartuję i to skupiając się wyłącznie na terenie koło działki, ale za ogrodzeniem, gdzie walały się plastiki po chipsach, cukierkach, kolorowych napojach, czy alkoholu - to akurat wszystko nie nasze dzieło, gdyż takich rzeczy nie kupuje, a butelki po alko się szanuje i albo się zwraca, albo napełnia ponownie własnymi napojami. Za dzikie wysypiska, gdzie przez lata ludzie wynosili śmieci, do dolin, lisich nor, czy generalnie po prostu zrzucali z drogi głównej na brzeg do lasu nawet się nie biorę, bo brakłoby mi wlepek na worki z opadami, za które się płaci, a sorry jest to nie do ogarnięcia w pojedynkę i naprawdę zdziwić się można jakie rzeczy tam się walają. I w tym momencie proszę miastowych o uciszenie się, gdyż przez lata do tego chlewu się sumiennie dokładaliście, więc teraz proszę nie krzyczeć, że to wina wyłącznie niedoedukoanych wieśniaków, bo takie zarzuty niejednokrotnie padają i jak jeszcze raz coś takiego usłyszę to po prostu jak wam tu w lesie i na wsi nie pasuje to instrukcja jest zawarta na obrazku poniżej.
Zaraza i idąca za tym kwarantanna sprawiła, że ludzie masowo uderzyli na na wieś i do lasów. Nagle w każdym obudził się sportowiec, pasjonat dzikiej przyrody i pielgrzymek, które nasz naród tak bardzo kocha. Ludzie tłoczyli się na popularnych ścieżkach, ale można było też ich znaleźć na największych zadupiach, gdzie nawet okoliczni już nie zaglądają, bo nie ma za czym. Wraz z pielgrzymkami pojawiły się co? Zgadnijcie! Nosz ku*wa poziom zagadki rodem z lekcji z TVP. Odpowiedź brzmi: śmieci. A to szkło po browarku, tu małpka, dużo małpek, tu plastik, o kondomy, pampersy (naprawdę nie pojmuję, nawet spotykane latem przy szlaku w górach, gdzie zmiast puścić tego małego obsrańca z gołą dupą, gdzie widok byłby mniej gorszący niż walających się śmierdzących, osranych pampersów, to nie, idą twardo w zaparte, plastik na dupe i naprzód!) bardzo popularne też śmieci z maka, tak zdecydowanie zestawy górowały, bo skoro nie można było zjeść na miejscu, to czemu by nie zjeść w lesie i wypierdolić gdzieś tego koło ścieżki, a później kawałek dalej połowę niej zasrać i ten osrany papier toaletowy rozwalić gdzie podpadnie. W sumie chwała temu, że papier mieli, bo akurat wjechać w to gówno rowerem to nie byłby mój szczyt marzeń.
No, ale dobra. Pojawił się zakaz wstępu do lasu. I wielkie buuuu, bo zakaz, to tamto sramto. Kto chciał to w lesie był i mam wrażenie, że spotkani wówczas ludzie wykazywali się jakąś większą świadomością na otaczający ich świat. Tym samym poznawało się bardziej odległe ścieżki w lesie, które w końcu się osuszyły, bo przez lata były nieprzejezdne dzięki ciągłej zrywce drewna. Tam człowiek odkrywa kolejne smutne widoki w postaci plastikowych butelek po paliwie, oleju i flaszek po wódce. No i wybaczcie, ale to już nie były pozostałości, ani po spacerowiczach, ani po ludziach którzy w lesie uprawiają sport. To, że przez lata się nikt tam nie zagłębiał, bo ciągłe zakazy i dźwięk piły i tak naprawdę nie wiadomo kiedy co na łeb spanie, tak teraz mocno uderza ten widok. Są lamenty, że susza, że zagrożenie pożarowe i już panujące pożary, ale co szanowne leśnictwa robią w tym temacie? Czy wydając pozwolenie na wycinkę nie idzie tam nikt spojrzeć jak to wygląda po? Czy nie stosownym byłoby opierdolić ekipę po zostawieniu takiego chlewu? Czy hajs się zgadza i już wyjebane? A później przyjdzie lato i będzie płacz, że się jara. A szkła jest tam tyle, że ma się od czego jarać. Mamy ponowny wstęp do lasu. Nie wiem czy dobrze to, czy źle. Niby dobrze, bo więcej ludzi, to większe szanse, że ktoś wypatrzy gdyby się coś działo, z drugiej strach, że przez jakiegoś debila coś się stanie i ucierpią na tym najmniej winne temu wszystkiemu - zwierzęta. Okupacja na skalę masową trwa, serio, to przerażające jak wiele osób nagle sobie przypomniało, że występuje las. Fajnie gdyby tylko jeszcze każdy potrafił się w nim zachować, ponadto korzystał z wyznaczonych parkingów, na których jest miejsca od zajebania, a nie zastawiał zajezdnie autobusową, czy dosłownie na tyle na ile możliwe wjeżdżał autem do lasu. Gdzie w tym momencie jest policja? Gdzie straż, która tak ochoczo jeździła i krzyczała komunikaty o panującej zarazie, o której każdy już słyszał? I dalej gdzie leśnicy? Czemu ktoś tego nie dopilnuje, nie opierdala, nie przegania i wstawia mandatów?
Wyjeżdżamy ponownie za las, jesteśmy w polach. Fajne drogi, ładne tereny. Tylko ku*wa te śmieci. Śmieci w rowie, za rowem, w krzaczorach, u bobrów i u dzików. Śmieci koło domów, tuż przy ogrodzeniu, przy chodniku. Serio boli mnie to, że ludzie posiadają jakąś znieczulicę na widok śmieci. Totalnie nie rozumiem jak można nie posprzątać dosłownie przy swoim ogrodzeniu, przy swojej działce, albo na swoim polu, gdzie ktoś wyjebał śmieci. Gdzie ci wszyscy krzyczący ekolodzy, gdzie ludzie tak mocno hejtujący kraje trzeciego świata, gdzie dzieciaki biegają po wysypiskach śmieci, czy o ich sposobie utylizacji odpadów poprzez spalanie, bądź wrzucanie ich do rzeki. U NAS JEST TO SAMO! To dotyczy całej Polski, naszej zjebanej mentalności. Skoro leży śmieć, a nie jest mój, to nie podniosę, bo nie jest mój, ale mogę dorzucić swój. Tak to właśnie wygląda.
Gdyby choć co dziesiąty człowiek wybierający się za miasto korzystać z dobrodziejstw natury zebrał choć kilka śmieci, to myślę, że w przeciągu tygodnia mielibyśmy las taki jak być powinien. Las prawdziwy, czysty, naturalny. Jednak zamiast tego ludzie gubią jednorazowe rękawiczki i maski. O schyleniu się nawet po swoje nie ma mowy. Mówi się o tym, że przyroda teraz odżywa. Może tak jest w zamkniętych parkach. W lasach cisza, ciężko uświadczyć zwierzęta, czy nawet ich ślady. Jedynie dźwięk gryzienia gałązek przez bobry niesie się nocą nad rozlewiskiem...
Na koniec chciałabym zachęcić Was do tego, by obcując z naturą nie podążać wyłącznie z głową w chmurach, a czasem spojrzeć na to, co wala się nam pod nogami, schylić się i podnieść, zabrać ze sobą. W tym przypadku razem naprawdę możemy zdziałać wiele i niech ten czas zostanie wykorzystany dobrze, byśmy na koniec tego wszystkiego mieli poczucie, że zaraza zarazą, ale w tym dziwnym czasie udało się nam zrobić coś pożytecznego.
Przyznaję się, opuściłam się w pisaniu strasznie!
Było kilka przyczyn tego zjawiska:
1. Zapierdol.
2. Myśl usunięcia bloga i stworzenia strony.
3. Wyjazdy.
4. Spotkania
5. Zapierdol
... a to wszystko przeplatane masą nowych zdjęć i materiałów...
i to się tak zapętlało...
ale...
to właśnie jest tak...
Wchodząc dziś na statystyki, myślałam, że pewnie to już zdechło, nikt nie wchodził, po sprawie, przynajmniej dylemat związany z jego usunięciem i powstaniem strony został rozwiązany. Mimo braku publikacji, blog cały czas żyje. Doznałam szoku i takiego szpica motywacyjnego, że jednak teraz przejdziemy do reaktywacji właściwej :)
Na pewno musicie się spodziewać pewnych zmian, bo mój rozstrzał tematyczny jest za duży by to jakoś sensownie w tym miejscu ogarnąć. Pomysłów na rozwiązanie tego problemu jest kilka i zapewne wybiorę najtańszy (z wiadomych względów).
Facebooki tną zasięgi i mam wrażenie, że nawet nieaktualizowany blog ma się lepiej niż cały czas względnie regularnie prowadzona strona... no cóż.
W nazwijmy to - ostatnim czasie (ciężko mi określić zakres czasowy) dzieje się tak dużo, że nie ogarniam rzeczywistości. Urbex, góry, rajdy, spotkania w szkołach, międzyczasie cały czas ogarnianie budżetu na to wszystko, który cały czas jest niewystarczający. Masa historii, ciekawych ludzi i miejsc. Od 2 miesięcy próbuję to jakoś sensownie uporządkować z nadzieją, że wyjdzie z tego coś więcej niż blog, strona na fejsie, czy wystawa. Czas pokaże.
W każdym razie, jeśli tu jeszcze wchodzicie, to trzymajcie kciuki by jakoś to udało się ogarnąć, a wtedy wszyscy na tym skorzystamy :)
Przy okazji zapraszam wszystkich na najbliższe spotkanie 15 lutego w Nowej Kulturze (Rzeszów) o godzinie 18/19. Więcej info na pewno pojawi się wkrótce ;) Na pewno będzie urbexowo!
Jakoś tak wyszło, że minął kolejny rok, był i wernisaż, a tu nie było podsumowania ani jednego ani drugiego, pora więc nadrobić straty.
Ubiegły rok już na samym początku zaczął się nietypowo, bo od sylwestra na Caryńskiej w mrozie poniżej -20C i ogólnym wypiździelu takim, że człowiekowi wszystkie durnoty z głowy wyleciały i pozostał sam, czysty instynkt przetrwania. Nie obiecywałam sobie początkowo za wiele. Chciałam po prostu by ten rok był lepszy od 2015. Miałam jakieś tam plany, ale nie wierzyłam w ich rychłą realizację. Czułam, że w końcu pojechać gdzieś dalej, zobaczyć coś więcej. Dzięki uprzejmości pewnych osób w styczniu było bardzo przyjemnie, bo rajdowo - testowo. 11 lutego nastąpił mały przełom w historii Nowego Oblicza podczas koncertu Besides z którymi rozmawiałam dzień później u mnie na audycji (do dziś w to nie wierzę) ☛ WYWIAD. Tam poznałam też zespół B17. Były forty i bunkry, były cerkwie i to co jak dotąd robiłam, były góry i robienie kondycji. Marzec to oczywiście sobota w uzdrowisku Siarkopol (dla wtajemniczonych), a dzień później inhalacja na KJS w Gorlicach przy oczyszczaniu ścieków. Później oczywiście Bieszczady i kwiecień - Tatry, by zobaczyć coś, co każdy choć raz w życiu zobaczyć powinien. Spontaniczny wyjazd, który okazał się sporym sukcesem i kolejny podpunkt do realizacji w najbliższych latach został skreślony. Dalej znowu Bieszczady, jedzenie chwastów i oszczędzanie każdego grosza na potencjalne warunki na uczelni. Końcem kwietnia dziecko pojeździło sobie dzięki Do Celu pierwszy raz w życiu na torze. Jak majówka to koniecznie na fortach. Później pojawił się kolejny fajny wywiad. Niedługo po tym dzięki Krzysztofowi wylądowałam na wyścigu górskim w Załużu, za co jestem mu strasznie wdzięczna i to nie tylko za sam wyścig.. Natomiast końcem miesiąca dzięki Duży w Maluchu zobaczyłam jak wygląda MOTO SHOW w Krakowie i poznałam świetną rodzinę! W tym miejscu chciałabym polecić bloga Ani ➡ FotoPrzeBłysk. Czerwiec to znów Bieszczady, walka z systemem, zwątpienie w obronę w normalnym terminie, ale prace dało się machnąć ostatecznie w 3 dni. Praca w zoologu i niezwykle aktywny i chyba najbardziej przełomowy lipiec. Rajd Polski - rajd, który zmienił mój pogląd na wszystko to, co wcześniej widziałam. Kolejny wyścig w Limanowej, testy. W końcu znalazł się też ktoś, kto pokazał mi, że wiele rzeczy jest w zasięgu ręki, choć poganianie mnie do roboty dalej mu słabo idzie. Mimo wszystko dalej nie wierzę w Ennstal Classic i Alpy na które dawałam sobie przynajmniej 5 lat. No ok, chciałam zrealizować przed trzydziestką. Życie zaczęło nabierać szybszego tempa, czego możecie być obecnie świadkami.
... ale przejdźmy do wernisażu.
Po dwóch spotkaniach, powiedzmy autorskich, pierwszym w Rzeszowskim Inkubatorze Kultury w listopadzie 2015 oraz w Królestwie Bez Kresu w maju 2016, miałam pewien niedosyt. Chciałam zorganizować coś dla nieco większej grupy osób, żeby można było się spokojnie spotkać, porozmawiać, pooglądać foty. Niezwykle cieszy mnie, że w końcu się to udało! To takie podsumowanie pewnego etapu. Żeby się jakoś rozwijać trzeba iść cały czas dalej, więc teraz dokumentowanie Podkarpacia pozostawiam innym i sobie na starość, o ile sytuacja pozwoli, że tu zostanę, bądź wrócę. Bardzo cieszę się, że wystawę udało się zorganizować w Klub IQ, bo wyszło to naprawdę super! Jeszcze raz dziękuję Yerba MaTe 24 za serwowanie świetnej yerby i zapraszam do ich sklepu ➡ ymt24.pl! Cieszy mnie współpraca z Per Tutti, No i na koniec jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję B17 za koncert! Tu odsyłam do WYWIADU z zespołem. Dziękuję Krzysztofowi i Agnieszce za zdjęcia, oraz wszystkim przybyłym - za to, że się Wam chciało zajrzeć i szkoda, że nie miałam dla wszystkich tyle czasu ile bym chciała, ale to się jeszcze nadrobi!
Tak naprawdę nic bym sama nie osiągnęła bez pomocy innych! Ten wernisaż to wręcz nasza wspólna praca, tych, którzy ze mną jeździli, grzecznie złazili z kadru i czekali, kiedy po raz dwudziesty poprawiałam fote. Gdyby nie dobra ekipa, to nie zrobiłabym tego w tak krótkim czasie - dlatego jeszcze raz, bardzo dziękuję wszystkim, którzy chcieli i chcą ze mną jeździć. Mam nadzieję, że jeszcze uda się parę fajnych rzeczy zrobić, a oczywiście to wszystko możecie na bieżąco śledzić na Nowym Obliczu na fb. Tak więc do zobaczenia na kolejnym spotkaniu już niebawem (tak, coś się święci) ;)
Chciałam być miła.
Chciałam napisać jakiegoś przyjemnego posta o górach, albo urbexie...
Chciałam, ale jak zwykle wyszła ruda, wredna natura i skłonności hejterskie.
Czy słuszne? - oceńcie sami.
Zakładając, że przyjmuje się za normalne te zachowania, które przejawia większość, to można powiedzieć, że czymś całkowicie normalnym i już naturalnym jest dla nas korzystanie z sieci. Idąc tym tokiem myślenia nienormalną jest osoba, która wzbrania się tego dobrodziejstwa jakim jest internet. Tak więc grupa wykładowców i studentów postanowiła sobie zrobić tydzień bez korzystania z internetu. Dla jednego to pikuś, dla kogoś innego to koniec świata. Może w tym momencie warto zadać pytanie: kto tu jest normalny? I niech ono was dręczy przez cały ten tekst byście mogli sobie na samym końcu na nie odpowiedzieć.
I wszystko w tym eksperymencie byłoby okej, gdyby nie robienie z tego afery w mediach rangą dorównującej prawie wyborom prezydenckim. Czy 7 dni bez internetu to wyzwanie? Normalny do niedawna człowiek (bo nową normę ustaliliśmy wcześniej) powinien się cieszyć! Na legalu można w tym czasie mieć wywalone na wszystko co się tam dzieje, a jakby do tego nie oglądać TV i nie słuchać radia to właściwie czeka nas urlop, odmóżdżenie i wszystko co najlepsze! Jak jednak jest to odbierane teraz? Apokalipsa, tragedia, jak żyć, trauma, płacz i trudne sprawy. Żeby przetrwać 7 dni bez sieci trzeba pobrać zapas filmów i seriali, muzykę, ogarnąć numery do pizzerii, zaopatrzyć się również w zapas gier na kompa i inne urządzenia, a na koniec największy z możliwych dramatów - jak się wykąpać bez srajfona?! I co zrobić ze swoim życiem bez codziennego wstawiania selfiaczków. Czy tylko ja mam wrażenie, że jest to już nie chore, a ułomne?
Ja całkowicie rozumiem, że praca bez internetu w dzisiejszych czasach jest znacznie utrudniona i generalnie w tej kwestii rezygnacja z niego nie miałaby sensu, bo po co marnować czas na prace, kiedy można ją zrobić szybciej, lepiej się porozumieć i dzięki temu mieć więcej czasu dla siebie, swoich pasji, czy rodziny. Jednak czy naprawdę do spędzania wolnego czasu jest nam niezbędny internet? Filmy i seriale - a może by tak czasem przejść sie nawet do tego empiku poprzeglądać nowości, starości, promocje, jakieś tematyczne mądrzejsze pisma? Biblioteki wciąż istnieją - naprawdę! A w antykwariatach, księgarniach, czy nawet w Biedronce (sama się wczoraj zdziwiłam) można znaleźć perełki nieraz za śmieszny pieniądz, że aż żal by to na półce tam leżało kiedy można wziąć, kupić, przytulić i zapewnić sobie i jej wspaniałe chwile. Proste prawda? Nie żyjcie wyłącznie życiem serialowych postaci - macie swoje! Lepsze i ciekawsze, tylko tak naprawdę boicie się, lub nie chce się wam po prostu dupy ruszyć gdziekolwiek. A jak nie możecie żyć bez filmu i dramy to są kina i teatry.
Gry - serio nie da się bez nich żyć przez tydzień? NAPRAWDĘ?! Ludzie... będziecie ślepi jak krety. Już jesteście. Ja rozumiem jak już naprawdę nie ma się co robić, pogoda nie sprzyja i wszystko dookoła jest przeciwko nam - to okej. Jednak myśląc racjonalnie za ten czas możesz: umówić się z kumplami na piwo, wyjść z psem, czy tam pobawić się z chomikiem... poświęcić czas swojemu partnerowi/partnerce, nie masz laski? - wyrwij ją! (ale na pewno nie zrobisz tego przed kompem, bez neta), wyjść na zewnątrz (!) gdyż nie ma już śniegu po dupe i mrozów stulecia. można umówić się też z kimś, kogo się dawno nie widziało, odwiedzić rodzinę, pójść do miasta, znaleźć nowy pub, poznać ludzi....
Muzyka - tu mnie macie. Owszem mam na tyle, że na tydzień mi wystarczy, może dwa, no okej - miesiąc! Jednak mimo to czułabym braki z niesłuchania radia - KONIECZNIE NIEPOLSKIEGO, bo po co się denerwować. Ciulowa muzyka, informacje, których może lepiej nie słyszeć, a jednak internet daje możliwość znaleźć coś wyjątkowego w języku, którego nie znamy, ale może nam się podobać i to jest piękne! Mimo wszystko przez tydzień da się i bez muzyki, z bólem, ale da się. Przerabiałam. Kiedy jednak budżet na to pozwala, to dlaczego by nie kupić sobie płyty, albo nie pójść na koncert?
Jedzenie - nie wiesz gdzie zadzwonić po kebsa? Nic straconego! Zadzwoń do znajomych, znając życie ktoś na pewno będzie chętny. Załóż laczki, opcjonalnie kurtkę jak zimno i w drogę! Przynajmniej jak się trochę poruszasz będziesz się mógł bez wyrzutów sumienia nawpierdalać (dotyczy obu płci). Może warto pójść w miasto, a nuż odkryjesz coś ciekawego, czego się dotąd nie znało? Spróbować nie zaszkodzi.
Hmm... a może wyższy lvl? Zrobić coś samemu? Nie umiesz? Najwyższa pora się nauczyć, jak się trochę pomęczysz to będzie lepiej smakowało.
Nie chce Ci sie ruszyć? To nie jedz.
Kosmetyka - naprawdę nie da się wykąpać bez telefonu? Bez żadnego snapka, insta... czy czegoś tam? Koniecznie musisz dokumentować każdy etap nakładania szpachli na twarz? Naprawdę żeby się wysrać musisz trzymać w ręce telefon? Ewidentnie masz problem.
Brak kasy na to wszystko? Palisz papierosy? Ile pijesz alkoholu? Ile wydajesz na gotowe żarcie, zamiast coś sobie w domu ogarnąć. By zrobić zakupy jedziesz te kilkadziesiąt metrów samochodem? Ile przewaliłaś kasy na te tandetne szpilki, lub ciuchy, które za kilka miesięcy będą niemodne i nawet nikt za połowe ceny tego nie kupi?
Przykładów można mnożyć, a jak się chce, to zawsze da się te pare groszy zaoszczędzić.
Reasumując. Wmawiają nam, że jest to dobre. Namawiają, do publikowania swojego życia w sieci. Dzielicie się tym świadomie, całkowicie za darmo! Po co? Wszystko jest fajne, ale to trzeba dawkować, sama mam fejsa czy insta, publikuję różne materiały, lubię czasem odkrywać krańce i mroczne strony internetów, ale za każdym razem później stwierdzam a na ch*j mi to było. Wszystko jest dla ludzi. Byle z tego rozsądnie korzystać, ale w przypadku internetu tego rozsądku trzeba by z lupą szukać. I teraz powróćmy do pytania zadanego na początku: kto tu jest normalny? Jeśli nie jesteście sobie w stanie poradzić i zapewnić rozrywki bez internetu przez tydzień to jesteście zwykłymi niewolnikami, którymi z łatwością można manipulować... teraz pewnie się gotujecie, burzycie, ale taka jest prawda. Macie wyjątkowo nudne i puste życie. Zamiast ze sobą porozmawiać, spotkać się, wolicie każdy osobno gapić się w monitor/wyświetlacz, wyrażać kolejne zgody na przetwarzanie waszych danych i dawać dostęp do wszystkiego czego dana aplikacja zapragnie, byleby ją mieć, być tacy jak wszyscy, byle nie odbiegać. A kiedy przyjdzie co do czego zostajecie sami, bo nie ma do kogo zadzwonić, nikt nie chce pomóc, a z ludźmi nie potraficie gadać inaczej jak wirtualnie, lub po pijaku. Komunikacja międzyludzka w realu leży i kwiczy, a wy wydajecie kase na coraz to nowsze telefony, które obsługują coraz to nowsze aplikacje, które są wam niepotrzebne, tylko wam wmówiono, że bez nich się nie obejdziecie, czego oczywiście nie byliście świadomi. Zacznijcie myśleć, zacznijcie żyć i korzystać z życia! Z tego, że choć wszędzie się mówi, że czasy są do dupy to są naprawdę nie jest źle, bo można dość łatwo i niskim kosztem poznać wiele rzeczy. Podróżować, uczyć się, poznawać. Jest właściwie nieskończoność możliwości, w końcu każdy coś znajdzie. Tylko podnieście wzrok. Rozejrzyjcie sie. W realu też toczy się życie!
Zmotywowana oceną 4,5 z projektu, którego myślałam, że nie napiszę - ba, pierwszy raz w życiu chciałam go kupić, bo uznałam, że nie podołam - postanowiłam znowu spróbować. Może nie w takiej formie jak dotychczas, może po części hejterskiej - ale warto zaznaczyć, że dobry hejt nie jest zły. O ile jest słuszny i w dobrej sprawie, to warto zwracać uwagę, na przejawy debilzmu, z którymi borykamy się na co dzień.
Nie ma urbexu?
Nie ma motoryzacji?
Spokój!
Na wszystko przyjdzie czas. Aktualnie tego czasu nie ma. A m.in. dlaczego możecie zobaczyć poniżej.
Okres. Okres to okres. Trudna sprawa i tego generalnie wyjaśniać nie trzeba. Kobiety wiedzą, faceci mający kobiety wiedzą jeszcze lepiej. Bywamy trudne. W ogólnym postrzeganiu lepiej byśmy były trudne niż łatwe. Kto ma silną wolę wytrwa, a kto jest słaby to polegnie. Ot taka naturalna selekcja.
Sesja to czas trudny i wymagający dla każdego studenta. Jedni mają łatwiej, drudzy trudniej. Ona nie ma litości dla nikogo. To w sumie fajna sprawa. Potrafi prawdziwie jednoczyć nawet najgorszych wrogów w celu pozyskania informacji dotyczących zaliczenia, czy odpowiednich notatek, materiałów, czy czegokolwiek co dałoby generalnie uzyskać ocenę dostateczną, która będzie dostateczna i wystarczająca do tego by na moment stać się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Przez te 3 lata mojej edukacji wyższej, jaka by ona nie była, czy to ze względu na prowadzących czy moje zaangażowanie wynikające ze wspaniałości oferowanych nam przedmiotów, zawsze na koniec podczas koniecznego i niezbędnego zaliczenia czułam się jak człowiek. Raz może jak powietrze, ale generalnie jak człowiek. Tak wiecie, po ludzku. Nawet jak się nie umiało, to wykładowca zawsze dyplomatycznie przekładał słowa "weź kurwa wyjdź i wróć jak się nauczysz", ale ostatecznie w najgorszym wypadku kończyło się drugim terminem, który był do zdania o ile człowiek zaczął angażować więcej szarych komórek do przetworzenia poleceń i złożenia sensownej treści. Pomijam kwestię włożonego czasu w przyswojenie jakiejśtam części materiału z reguły metodą prawdopodobieństwa, bo przecież nie startuję do stypendium ministra - wyścig szczurów zacznie się po studiach, więc trochę więcej czasu dla rozwijania swoich pasji, które jeszcze dają nadzieję bytu w przyszłości, nie zaszkodzi.
Zachciało mi się magisterki. Generalnie liczyłam na wyższy lvl, ale taki powiedzmy, że człowiek naprawdę poczuje, że to ma sens i zapragnie więcej!
I co?
I *****....
Jeszcze będąc na licencjacie miałam nadzieję, teraz ją zatraciłam jak i wiarę w polskie szkolnictwo wyższe, w nasz kraj, w jego poprawę, w szansę na normalną pracę i w ogóle wszystko.
I tak siedząc teraz w nocy, odgryzając łeb mikołajowi z czekolady, kupionemu przed świętami, zaginionego i odnalezionego przed momentem w pudełku z bielizną, zastanawiam się czy to ma jeszcze sens. Ta nierówna gra, która nie powinna mieć miejsca. Jestem porażką pedagogiczną jak i wiele innych osób. Czy to mówi o tym, że jesteśmy debilami? Czy to powód dla triumfu prowadzącego?
Czy raczej bodziec do zastanowienia - dlaczego tak jest?
Każdy ma inny sposób na podbudowanie swojego ego.
Tylko czy robienie tego kosztem innych można uznać za moralne?
Chyba nie do końca...
Okres prędzej lub później mija. Oby minął na warunek.
Bo wiesz... są momenty w życiu kiedy cierpimy z przesytu dobrobytu, wszystko co dzieje się dookoła nas jest wielkie i wyniosłe, często obciążone wieloma trudami i wyrzeczeniami, zmianą trybu życia, czy też po prostu szczęściem, ale sprawia, że ten dobrobyt przytłumia małe rzeczy, proste gesty, których tak mało jest w codziennym życiu. Choć może właśnie nie jest ich mało, tylko przestaliśmy je dostrzegać. Kiedy dochodzimy do momentu, że niby żyje nam się dobrze, niby nie musimy się tam czymś w danym momencie przesadnie martwić następuje przełom i największą radość potrafi sprawić babka klozetowa na dworcu w kiblu zamiast automatu, który życzy sobie 2,50 zł w monetach nie mniejszych jak 50 gr.
Tak, brzmiało to już tak dobrze. Jak jakaś głębsza myśl, przemyślenie a skończyło się na generalnie gównianej sytuacji. Gównianej z dwóch przyczyn. Jedna jest myślę logiczna, o drugiej dowiesz się kilka linijek dalej.
Życie w ciągłym biegu - takie "udogodnienie" XXI w. Do czego ono się sprowadza? Nie mamy czasu dla siebie, dla rodziny, najbliższych, tych, których cenimy, oraz naszych przyjaciół. Nie mamy czasu na odpoczynek, oderwanie się, przemyślenia, czy naukę tego co lubimy, chcemy. Nasze życie w pewnym momencie zaczyna sprowadzać się do taniej siły roboczej (Czymże jest jakieś wynagrodzenie, za cenę życia? Czy można by rzec, że w dzisiejszych czasach Twoje życie jest warte tyle ile zarabiasz? Że możesz sobie pozwolić na cokolwiek po za rachunkami? ... ), która może później stworzy kolejne pary rąk i nóg do pracy w lepszym lub gorszym świecie, na lepszych lub gorszych warunkach. I raczej wybrałabym tą drugą opcję, bo teraz dzieciństwo jest tragiczne i można tylko współczuć kolejnym pokoleniom przychodzącym na ten świat. Od małego faszerowanymi proszkami, wpatrzonymi w monitory, od momentu zdatności do oddania w ręce żłobka, później przedszkola - targane każdego ranka przez rodziców w ręce obcych ludzi, aby mogli pracować. Katowanymi coraz bardziej ułomnymi systemami edukacji, które tworzą ameby, a nie istoty myślące, bo kto ich nauczy myśleć kiedy to rodzice pracują, dziadkowie też, bo przecież emerytur brak, a dziecko spędza dnie w jakiejś instytucji, gdzie nie może się poszwędać, zrobić "bazy" z kolegami, nabić sobie guza, rozwalić kolana czy tam innych rzeczy lub spaść z drzewa - nieeee o Boże! Do drzew nie można, bo tam kleszcze! Borelioza! Kleszcze to śmierć w czystej postaci!
I tak sobie żyję z dnia na dzień, znów bez pracy, by móc żyć, póki to jeszcze możliwe, korzystając z dobrodziejstwa Ministerstwa, które uznało, że w końcu po przeszło 22 latach mojej egzystencji, może dofinansować mój rozwój i przekazać mi co miesiąc mniej niż szczęściarzom łapiącym się w program 500+, które nawet nie wystarcza na pokrycie raty czesnego. Tyle wygrać!
Wracając do tej gównianej sytuacji, chyba znasz ten moment, kiedy wpadasz w ostatniej chwili na dworzec i widzisz 2 odjeżdżające busy, w tym jeden twój? No nie... ludzi na stanowisku brak, chaos jak to zwykle po weekendzie, gdzie człekokształtni się pozabijają byleby tylko wleźć do busa. Informacja podaje opóźnienie o 20 min, a zastępcze przyjadą na stanowisko 5, 6, chwile później okazuje się, że na 15 (wtf?! where? przecież tu nie ma stanowiska 15) i ta decyzja, w której stwierdzasz, że choćby się miało żebrać u ludzi o kasę na kibel to nie ma czasu czekać.
Podjęcie próby, automat czy babka. Jednak istota ludzka. Kolejki jak za komuny za papierem toaletowym, jakieś laski kłócą się z babką, że one mogą do męskiego, byleby wejść już, bo nie wytrzyma. Ta nie wpuszcza, bo się faceci zawstydzą celując do pisuarów. W sumie zrozumiała decyzja, po co kobieta ma sobie dokładać roboty. Dziewczyna ogarnięta zwątpieniem odbiega. Patrzę na cennik 2 zeta. Nie dość, że nie automat, to jeszcze taniej. Bajka. W pośpiechu szukam kasy po kieszeniach, w portfelu nie było za bardzo co szukać, w kurtce znajduję metalową żabkę z grosikiem w pysku - no przecież jej go nie wyrwę.. Liczę wszystkie drobniaki w przewadze złociaki. "Yyyy czy bez 5 groszy mogę wejść?" - mówię sypiąc garść znalezisk na blat. Wpuszcza mnie bez problemów, a ja jestem w szoku tak bardzo, jak w momencie, kiedy młody facet przez uprzejmość otwiera mi drzwi. W kiblu słyszę informacje, że opóźniony bus podjedzie zaraz na stanowisko 8, wychodzę jeszcze raz dziękując kobiecie za łaskawy gest i gonie na tą ósemkę. Jedzie, ale nie tu. Nie zatrzymuje sie, leci dalej a za nim stado ludzi, którzy napierają jak podczas walki o karpia w Lidlu, a jest o co walczyć, w końcu przewoźnik podstawia nam luksusowego busa zastępczego. Ostatecznie klasycznie staje na 14 a mi jakimś cudem - pchniętą przez tłum - udaje się wbić w pierwszej 10.
Chaos? Doprawdy? Teraz spójrz na swoje życie :)
Doszukujesz się morału? Proszę bardzo! Jak nie w tym poście to w kolejnym. Kolejnym? Tak, kolejnym. Powiadam Ci - powracam!
Prawie 3 miesiące... na tyle porzuciłam bloga, nawet nie zaglądając tu ani na moment. Jedni zdążyli o mnie zapomnieć (swoją drogą słusznie), inni do pewnego czasu motywowali krzykiem i wyzwiskami (również słusznie, choć mało skutecznie), a ostatni w rozmowach wracali do Nowego Oblicza sugerując, że chętnie by coś nowego przeczytali, bo widzieli iż dużo się dzieje. Nie mogę zaprzeczyć, bo dzieje się, aż za dużo biorąc pod uwagę moje dawne normy. Jednak normy uległy zmianom, bo coś co się nie zmienia stoi w miejscu, a ja ustać nie potrafię.
Życie jest sztuką wyborów. mogą być one trafne, lub też mniej. Na moje ostatnie decyzje nie mogę narzekać, nawet na te złe, bo w dotkliwy, ale skuteczny sposób pokazały mi co jest ważne. Już dawno temu pisałam, że moje życie w niebezpieczny sposób nabrało tempa - tak pisałam kiedyś... nie wiedziałam co to naprawdę oznacza.
Wiele rzeczy przez te 3 miesiące się zmieniło. Ludzie przychodzili i odchodzili. Niektórzy pokazali swoją prawdziwą twarz. Były kłótnie, zażarte bitwy a nawet wojna. Nierzadko się też zawiodłam, zauważając, że zmarnowałam czas wyciągając do kogoś rękę, licząc na normalną współpracę i zdrowe przyjacielskie relacje. Nie i nie mówię tu o związkach, żeby nie było. Nikt mnie nie zranił, nie złamał mi serca, nie musiałam się zamknąć w sobie i odchorować - wręcz przeciwnie.
Trzeba było trochę rzeczy przewartościować, proces ten trwa, postępuje. Przerwa nie poszła na marne. Nie próżnuję. Dostrzegam i czuję więcej. I choć przeszło mi przez myśl usunąć bloga - nie zrobię tego. Choćby dla tych chwil, kiedy siedzę i natłok myśli nie daje mi spokoju.
Dlaczego kiedy człowiek zaczyna coś porządkować, robi się jeszcze większy bałagan?
Bieszczady to nie tylko góry. Ktoś, gdzieś napisał, że w Bieszczady jedzie się tylko raz, a później się tylko wraca. I nie mogę się z tym nie zgodzić. Jest w nich coś takiego, że kiedy człowiek nie był tam przez dłuższy czas, one zaczynają nas wzywać. Wtedy nie pozostaje nic innego - trzeba jechać.
Najlepiej po górach chodzi mi się o świcie, kiedy nie ma nikogo, choć czasem można spotkać ludzi - podobnych do nas, których spotkanie na szlaku jest wręcz czymś miłym i dającym nadzieje, że w tym co robimy nie jesteśmy sami. I absolutnie nie zmierzam do tego, że osoby chodzące po górach za dnia są złe. Każdy chodzi jak lubi, a że dzienna zmiana jest znacznie liczniejsza niż nocna, to logiczne jest, że prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś skretyniałego osobnika wzrasta.
W góry jadę dla ciszy, spokoju i samotności. Tego by przemyśleć wszystkie swoje problemy, cele i przełamać kolejne bariery. Nie ma, że sie nie chce, choć zazwyczaj się nie chce. Wyjazd o północy po to by dojechać na miejsce przed 3 rano, gdzie na miejscu jest zimno, ciemno, czasem mgliście i szybko ruszyć w góry by zobaczyć wschód słońca - tej części do przyjemności bym nie zaliczyła. Jednak ten moment, kiedy wschodzi słońce jest na tyle wyjątkowy, że wynagradza wszystko.
Tym razem naszym celem padła Tarnica. Akurat te okolice nie kojarzą mi się za dobrze, głównie ze względu na to, że jest to szczególnie oblegany szczyt w Bieszczadach, ale będąc tam w zimie niestety nawet tej góry nawet nie zobaczyłam, nie mówiąc już o jakichkolwiek innych widokach. Warunki zapowiadały się wyśmienite, ekipa w składzie Patrycja, Karolina, Leny i Tomek była gotowa, więc czemu nie - schodów widzieć nie będe, bo będzie ciemno.
Niestety rzeczywistość okazała się dla nas o wiele bardziej brutalna. W skrócie: SCHODY, SCHODY, SCHODY - ja pier****! Szło się mozolnie, ciężko i można było sobie graby połamać. Oj zdecydowanie wolę góry w zimowej odsłonie. Idąc i narzekając rozmyślaliśmy, kto wpadł na tak kretyński pomysł. Chodakowska? Lewandowska? No raczej nie Mel B. Co jak co, ale dziewczyny - pośladki będziecie mieć podniesione do góry i twarde jak skała! Robiło się coraz jaśniej, a my klęliśmy na to dzieło samego szatana, które nie pasowało do tego krajobrazu. W końcu Przełęcz Krygowskiego i biegiem po schodach na szczyt, nawet nie myśląc o tym, żeby się gdzieś wypieprzyć z aparatem w ręce.
UDAŁO SIĘ!
Pusto, ani żywej duszy. To takie wyjątkowe, wręcz dziwne, na szczycie, który zazwyczaj jest wypełniony do granic możliwości. Pozostało zrobić zdjęcia, nacieszyć się spokojem i widokami, choć temperatura i wiatr niekoniecznie do tego zachęcały, Leny jak to Leny wypatrzył butelkę i zaczął po nią złazić, żeby ją zabrać, ale to co tam znalazł delikatnie mówiąc zaskoczyło nas wszystkich.
Znicze, wkłady, flaga papieska... jakieś domysły? Tak, to pozostałości po Drodze Krzyżowej, która odbywa się co roku na Tarnicę. Jak podaje esanok.pl przewinęło się tam blisko 6 tysięcy turystów. Jak można było zobaczyć z fotek, które dodawali uczestnicy, lazło to jak stado baranów nie tylko wyznaczoną ścieżką, A teraz uwaga kolejna informacja tym razem z bieszczadzka24.pl, która dotyczyła wytycznych dla turystów - oto fragment: Straż Parkowa będzie karać wszystkich, którzy będą używać urządzeń nagłaśniających tj. megafonów, tub itp. BdPN przypomina również, że będzie surowo karać za pozostawianie na swoim terenie zniczy i zaśmiecania terenu. Co również można było zobaczyć na zdj jeden megafon na pewno był. A co ze zniczami i zaśmiecaniem terenu? Mówiąc wprost worek czy też folia ze śmieciami (obecnie trudno stwierdzić) został po prostu pieprznięty za ogrodzenie. Ktoś powie mi jakim cudem zostało to niezauważone? Dlaczego BdPN zezwala na organizację Drogi Krzyżowej, gdzie część uczestników to po prostu bydło, a utrudnia organizację Biegu Rzeźnika, który w bardzo pozytywny sposób promuje Bieszczady, w porównaniu do marszu na Tarnicę.
Choć po górach chodzę krótko, to od zawsze byłam przekonana, że do nich trzeba podchodzić z szacunkiem. A ludzi prawdziwie wierzących przyciąga cisza i spokój, która pozwala kontemplować, rozmawiać sam na sam z Bogiem. Kościół, co niejednokrotnie się można było przekonać, ma gdzieś przyrodę, zwierzęta, a góry wykorzystuje do celów które nijak się mają do WIARY i POZNANIA. Jeśli już jest organizator tego festynu to powinien zapewnić porządkowych, którzy pozbierają śmieci po swoich braciach i siostrach. Choć w sumie nie potrafię zrozumieć po jaką cholerę znicze w górach. Chyba nie jestem w wystarczającym stopniu wierząca, by pojąć sens organizacji takich wydarzeń. By poczuć ten klimat. Dla mnie patrząc pod kątem duchowości już większy przekaz ma Bieg Rzeźnika, bo tam to naprawdę trzeba mieć wiarę, by go ukończyć ;) Po za tym nie powinno się zabraniać osobom, które kochają przyrodę, dbają o czystość, kontaktu z górami! Można wprowadzić limit uczestników, osoby odpowiedzialne za czystość, ale te same zasady powinny dotyczyć Drogi Krzyżowej! Dlaczego impreza religijna ma mieć jakieś przywileje? Po za tym czymże jest nawet te 2 tys uczestników rozstrzelonych na trasie przy 6 tysiącach pielgrzymów idących w grupach?
Po powrocie do domu wrzuciłam zdj na grupę Bieszczady na Fb... o tu. Ciekawa byłam rozwoju wydarzeń. Po części mnie zadowolił, ale jednak nie zaspokoił, więc sprawy nie zostawię.
Wracając do tematu wyprawy...
zeszliśmy SCHODAMI na dół do Przełęczy Krygowskiego i znowu SCHODAMI do Przełęczy Goprowskiego, gdzie w okolicach wiaty spotkaliśmy pierwszych dwóch wędrowców i jak się okazało już ostatnich aż do czasu powrotu w to samo miejsce, tylko nie ma się co dziwić skoro na Tarnicy byliśmy po 4. A później już zaczęła się najprzyjemniejsza część, czyli droga na Halicz - coś pięknego! Wspaniałe widoki, spokój, śpiew ptaków i szum wiatru. W porównaniu do pierwszej części ta szła bajecznie lekko i przyjemnie. Na Haliczu, krótka drzemka, bo wiatr zdmuchiwał człowieka z ławki. Zaczynało wiać coraz bardziej, więc postanowiliśmy wrócić tak jak przyszliśmy, bo było po prostu pięknie... aż do fragmentu ze SCHODAMI. A teraz do czego zmierzam: patrząc tak obiektywnie - przecież to więcej szkody jak pożytku. Dlaczego? Na zdrowy rozum:
Coś co było już stabilne, udreptane, zostało zastąpione czymś nienaturalnym w tym środowisku. Czymś co niby miało powstrzymywać wypłukiwanie ziemi, gdyż kamienie podobno były zbyt niebezpieczne - a raczej ludzie zbyt leniwi i nieuważni więc leźli obok, co dzieje się nadal.
Schody się wypłukały, więc obecnie są tak samo niebezpieczne jak kamienie, a może i bardziej, bo albo trzeba skakać z belki na belkę, co nie zawsze jest wykonalne, bo nie mają one żadnej regularności, raz jest stopień na 1 krok, innym na pół kroku, kolejnym na dwa, więc stojąc na jednym trzeba postawić krok za belkę na wypłukany stopień, co tylko utrudnia wejście, a w nocy już całkiem.
Kamienie obok schodów leżą i się marnują zamiast być na schodach. taki stabilny kamyk na którym można stanąć byłby fajny.
Belki kiedyś zgniją - trzeba będzie znowu wszystko rozbabrać i je wymienić? Czy nie łatwiej było jakoś poprawić ten jak to ujmują "gruz" tak by szło się wygodniej?
No i na koniec rzecz oczywista: Do pogorszenia sytuacji przyczyniały się też powtarzane, co roku masowe wejścia na rozmiękczone mokre szlaki w okresie wielkanocnym. - esanok.pl
Apel na koniec, jeśli już idziesz na Drogę Krzyżową, bo czujesz taką potrzebę, to masz obowiązek zabrać ze sobą swoje śmieci, podnieść z ziemi to co zostało przez kogoś rzucone na ziemię, a w sytuacji, kiedy zobaczysz, że ktoś śmieci - po prostu dać mu w mordę.
(to samo dotyczy normalnych turystów!)
A teraz część przyjemniejsza: chciałabym pozdrowić Ryszarda Maciosa i jego małżonkę.
Mam nadzieję, że się kiedyś jeszcze spotkamy ;)
Galeria zdjęć jak zwykle gdzieś niedługo na Nowe Oblicze :)
Pieniądze są ważne. Nie oszukujmy się, bez nich w dzisiejszych czasach trudno jest coś zdziałać. Tylko co, jeśli tych pieniędzy nie mamy, a praca z różnych względów nie wchodzi w grę - trzeba myśleć, kreatywnie! Pracując normalnie, dzień w dzień, wykonując te same czynności zauważyłam, że bardzo szybko człowiek się wówczas uwstecznia. Wiadomo jeśli czegoś nie robimy na bieżąco, nie wykorzystujemy swoich umiejętności, to one zanikają - jest to prawda powszechnie znana, a przez tak nielicznych stosowana. Dla większości jest to wygodna sytuacja, robią dzień w dzień, miesiąc w miesiąc i jak się uda rok w rok to samo, udając się w to samo miejsce, do tej samej roboty i tak samo narzekając jaka ona jest ch*jowa, ale generalnie nic w temacie nie robią, bo w sumie potrafią już to robić, nie muszą się uczyć niczego nowego, a kasa lepsza lub gorsza wpływa i nie trzeba się o nic więcej martwić. Gorzej jeśli nagle okazuje się, że pracę się traci i pora ogarnąć swoje życie na nowo, bo pojawia się ogólny niepokój, niekiedy panika związana z brakiem stałych przelewów na konto. Dlatego też uznałam, że skoro już studiuję i niewiele mi tego wspaniałego czasu zostało, to muszę go sensownie wykorzystać, chociażby na to by spróbować swoich sił w rzeczach o jakich kiedyś marzyłam i uważałam za nieosiągalne, a teraz mam świadomość tego, że to tylko kwestia moich chęci.
Żeby zrealizować jakiś cel zawsze czegoś nowego trzeba się nauczyć i nie ma zmiłuj. Trzeba wyjść do ludzi, wejść w dane środowisko, a czasami w ogóle zmienić swoje otoczenie, znajomych, oderwać się i zacząć wszystko od nowa. Szczególnie w młodym wieku (te dwadzieścia parę lat uważam raczej za mało, niż wiele) nie można stać w miejscu, być ograniczanym przez innych i myśleć co powiedzą znajomi, może się obrażą, wyśmieją, odwrócą - trudno skoro się tak stanie przez to, że człowiek chce się rozwijać, to niestety widocznie nie są warci tej znajomości i tym nie należy się przejmować, gdyż idąc do przodu poznajemy nieustannie niesamowite postaci, które często stają się inspiracją i bodźcem do kolejnych działań, a rozmawiając z nimi okazuje się, że właściwie każdy zaczynał tak samo, od wyznaczenia sobie celu i dążenia do jego realizacji. To takie proste! W sumie to wróćmy do kwestii kasy, od czego właściwie zaczynałam. Pracując i mając normalną wypłatę zauważyłam, że wielu rzeczy mi się odechciało robić, szłam na łatwiznę, nie chciało mi się już w sumie nic za wiele, dlatego też jak miałam opcję coś zrobić to wolałam to kupić. No bo kto bogatemu zabroni! I generalnie w połowie miesiąca moja sytuacja już była nieciekawa - chyba każdy to zna. Na tydzień przed wypłatą to już wypadało ograniczać racje żywieniowe, ale tak czekało się do kolejnej wypłaty i czas leciał. Aktualnie mój stan zarówno psychiczny jak i fizyczny uważam za dobry, nie jestem zniewolona robotą, grafikiem, obowiązkami, które mnie wkurzają, dosłownie goła i wesoła. Czasem coś się uda zarobić, więc można odłożyć na wyjazd, jedzenie wychodzi taniej, bo jak może niektórym wiadomo, aktualnie mam fazę na chwasty, więc automatycznie dużo oszczędzam na jedzeniu. Jeśli mam coś kupić, teraz kilka razy myślę zanim to zrobię. Sprawdzam dokładnie jakość i pochodzenie produktów. Kupuję to, co jest mi potrzebne. Tyle ile mogę - robię sama. Jeśli czegoś nie umiem zrobić - to się uczę. Dzięki czemu po kilkumiesięcznych poszukiwaniach solidnego regału w sklepach, udałam się na swój strych, następnie do garażu i ze znalezionych elementów zrobiłam go, bez niczyjej pomocy i wkładu finansowego. A porównując jego wytrzymałość to tych gotowców dostępnych w sklepach - one mogą się przed nim schować!
Wydawać się może, że teraz żyje mi się biednie. Ja uważam, że żyje mi się ciekawiej. Jeśli mam w głowie jakiś pomysł, próbuje go zrealizować, dzięki czemu się uczę, nabywam nowe umiejętności i przede wszystkim mam czas myśleć! A odłożone pieniądze mogę sensowniej wykorzystać. I pewnie tym tekstem strzelam sobie w kolano, bo kto by mnie teraz chciał zatrudnić. Tylko patrząc przyszłościowo, skoro ktoś chce dobrego pracownika, to raczej takiego, który nie boi się wyzwań i coś umie, a praca na kasie w spożywczaku, zbiorach, czy sprzątaniu nie nauczy mnie niczego, a raczej zabije jakiekolwiek chęci walki i rozwoju - ile wart jest taki pracownik? Trzeba korzystać, póki jest czas, uczyć się, rozwijać, próbować. Nie bać się ruszyć dupy, szczególnie jeśli nie mamy jeszcze dużych zobowiązań, rodziny, dzieci i hipoteki na głowie, bo wtedy nie będzie łatwiej. Ogólnie później nie będzie łatwiej niż jest teraz. Później będzie już tylko trudniej. Im dłużej się zwleka, tym bardziej wydaje się to niemożliwe, a człowiek staje się tchórzliwy.
To, czy czujemy się z tym gorsi lub lepsi zależy tylko od nas. Nikt nie jest w stanie przewidzieć ile masz gotówki przy sobie albo pieniędzy na koncie, albo czy w ogóle masz konto. Ja nie mam. A mimo to idąc ostatnio do Media Expert w poszukiwaniu normalnej myszki do kompa, takiej na kablu... byłam z każdego regału atakowana przez niezwykle miłych i całkiem niezłych pracowników sklepu, którzy z uśmiechem od ucha do ucha oferowali swą pomoc. Tym sposobem nie wiem jakim cudem znalazłam się na pralkach, ale mniejsza o to. Dało mi to w sumie to myślenia. Ile trzeba zapłacić człowiekowi by tak pracował? Albo jak go złamać? Sorry, ale na bogatą nie wyglądałam, a czułam się jak jakiś VIP - a o tym właściwie napiszę już jutro, bo jak się okazało po raz kolejny, że czasem warto spróbować, bo kto wie, może się udać.
A więc kończąc - nie zawsze gotówka oznacza fajne, ciekawe życie, znam masę ludzi, którzy mają spokojną sytuację finansową a życie nudne jak flaki z olejem, natomiast osoby mające cele w życiu i nie bojące się ryzyka - czeka często trudna, ale wspaniała przyszłość.
Właściwie to powinnam być szczęśliwa. Mam gdzie mieszkać, co jeść, jeszcze mam jakieś środki na niedaleką wycieczkę, choć wystarczą one na krótko. Na uczelnię właściwie chodzić nie muszę, w sumie to nie chodzę już nawet nie pamiętam od kiedy, bo i tak prawie nie mam zajęć, a jak mam to wykłady, na których i tak nie jestem w stanie się skupić, bo raczej wtedy natłok innych myśli chodzi mi po głowie. Jest już maj. Coś się kończy i czasu zostało coraz mniej. Przeglądam stare foldery ze zdjęciami przygotowując się do spotkania z moją jakże nudną osobą. Natrafiam tam na kadry z początków studiów. Dzień napchany zajęciami, wykłady, ćwiczenia... później doszło radio. Człowiek wracał do domu w stanie kiepskim, nieużytecznym i w sumie już nawet niekontaktowym i jedyne co, to zmierzało się do kompa ewentualnie coś szybko skończyć/przygotować na kolejny dzień i spać. Dodatkowo mnogość wyjazdów, spotkań zapełniała cały tydzień ponad normę. W styczniu mówiłam sobie, że będzie lepiej, że będzie coraz fajniej, napiszę pracę, obronię się, między czasie będą wyjazdy w góry, rajdy... . Tylko jak zwykle coś się zepsuło. Pierwsze problemy na uczelni, później trochę innych. Wszystko się zmienia, ale moje skłonności do pchania się w gówno z którego później trudno wybrnąć są niezmienne. Przez te 3 lata studiów osiągnęłam więcej niż mogłam sobie wymarzyć, zdobyłam poziom o jakim nawet nie myślałam, komfort życia jako taki też wzrósł, ale czy z tego powodu jestem szczęśliwsza? NIE! I choć cieszy to, że widzę i słyszę swoje postępy, to w głowie jest masa myśli, których trudno się pozbyć. Cieszy też to, że sprawiam radość innym, że zaciekawiam ich, zachęcam do poznawania świata, tylko sama odnoszę wrażenie, że w pewnym momencie utknęłam w martwym punkcie. Coś się kończy, ale co dalej? Kiedy starsi, mądrzejsi znacznie odemnie ludzie mówili już dawno, że trzeba mieć wyznaczony cel, odpowiadałam, że życie pokaże, bo zawsze pokazywało, wyznaczało nowe ścieżki. Teraz nie chce. Teraz czeka na mój krok, mój wybór. Daje mi szanse, której nie potrafię w tym momencie wykorzystać.
Ostatnio rozmawiając, krótko określając to co robię, uświadomiłam sobie, że przez stosunkowo niedługi czas, bo jednak wiek tych lekko ponad 20 lat nie wydaje mi się przesadnie długim, przebyłam przez tyle środowisk, poznałam bardziej i też mniej tylu ludzi, że jednak znacznie wpłynęło to na moją obecną "formę". I śmiem wątpić, że wpłynęło to dobrze. Owszem dobrze jest sobie radzić wszędzie, ale jakoś mi to nie pomaga. Nie czuję miejsca, gdzie jest mi najlepiej. Kilka dni temu napisałam, że dobrze, że mi ktoś robi zdjęcia, bo przynajmniej widzę jak głupie rzeczy robię. Przeglądając ostatnie galerie z wyjazdów nie widzę w nich tego co było kiedyś. Jedyne co zauważam to podejmowanie z mojej strony zbędnego ryzyka. Może i jest lepszy warsztat, większa dokładność, ale brakuje mi czegoś. Tego co było na samym początku, kiedy zdjęcia robiłam jeszcze cyfrówką, kiedy cieszyłam się każdym napotkanym obiektem, każdym widokiem, nowym miejscem.
Nasze otoczenie się zmienia i ludzie się zmieniają. Chęć stabilizacji? Broń Boże! Stabilizacja kojarzy mi się z monotonią, choć miło byłoby mieć jakieś ostoje, które służyłyby chociażby za punkt wyjścia. Mam wszystko i nie mam nic. Przerost ambicji nad możliwościami. I w dalszym ciągu poszukiwanie czegoś, co na dłużej przykuje moją uwagę.
W końcu ktoś mi zarzuci, że wpisy na blogu pojawiają się tylko wtedy, kiedy jestem wkurzona i chcę zwrócić uwagę na pewne problemy - będzie miał słuszność. Choć uważam się za osobę stosunkowo spokojną, cierpliwą i w miarę wyrozumiałą (wszystko w granicach rozsądku), to niekiedy trafiają się sytuacje, w których szlag mnie jasny trafia, więc dzieci niech lepiej tego nie czytają, a dorośli niech wybaczą wulgaryzmy pojawiające się w tym tekście, ale inaczej po prostu się nie da!
To już nie pierwszy przypadek kiedy pod Przemyślem trafiam na zwierzę potrzebujące pomocy i fajnie jakby udzielili jej fachowcy z odpowiednim sprzętem i doświadczeniem, a nie ludzie dysponujący zaledwie dużymi chęciami i jakąś tam wiedzą, choć jak już się znów przekonałam ci drudzy przez to, że chcą - mogą więcej. Jedna z sytuacji, takich ciekawszych i poważniejszych z którymi miałam styczność, to znalezienie na forcie "Optyń" żbika, który nie bardzo reagował na ludzi obok siebie i był ogólnie w kiepskim stanie, gdyby nie ogon, pewnie wzięłabym go za normalnego kota i wpakowała do samochodu. Aby się upewnić co zamierzam łapać zadzwoniłam do koleżanki z Fundacji Felineus, która zawsze dobrą radą poratuje. Dziewczyny z fundacji szybko ustaliły, że to żbik i podały mi namiary na słynną lecznicę Ada w Przemyślu. Dodzwoniłam się, sprawę zgłosiłam. Niby mieli to zgłoszenie sprawdzić, ale na tym się skończyło, bo niestety o historii żbika nic mi więcej nie wiadomo. Dobra, rozumiem, stwierdzili, że robię ich w ciula, bo jak do żbika podeszłam, to niemożliwe...
1 maja - oczywiście wszystko pozamykane, ludzie zmuszeni udać się gdzieś indziej niż do sklepów na zakupy ruszają to tu - to tam. Jednakże na opuszczonej cegielni nie ma nikogo i chyba dawno nikogo nie było, a nawet jeśli był to wątpliwe jest to, że normalny człowiek zagląda do studzienek w poszukiwaniu jakiegoś tajemniczego wejścia... mniejsza o to. Jako, że my nigdy nie mieściliśmy się w normie, chłopaki namierzyli uwięzionego jeża. Przystąpiliśmy więc do akcji ratunkowej.
Stan jeża niestety nie był za ciekawy, czuć było już w dłoniach to, że musiał tam chwile siedzieć, bo był za lekki, pazury miał starte, palce i nos obdarte i trochę połamanych igieł. Nie bronił się, nie fuczał, tylko był taki w sumie sflaczały. Padła decyzja, by znów szukać pomocy u Fedaczyńskich.
Między kolejnymi telefonami jeż został napojony i zmuszony do spożycia dżdżownicy, co przyszło mu dość opornie, ale grunt, że poszło. Stwierdziliśmy, że nie będziemy czekać dłużej, a on i tak na cegielni nie zostanie, bo było tam za dużo miejsc, gdzie nadal mógł wpaść, więc został spakowany do torby na aparat i wyruszyliśmy z nim w drogę. Tak też natrafiliśmy na schronisko dla zwierząt w Orzechwcach, więc już pojawiła się radość, że jeż w spokoju chociaż miskę wody i karmę dla kota dostanie. A tu - mówiąc potocznie - chuj. Na wstępie dostaliśmy opierdol, że w ogóle raczyliśmy zadzwonić do bramy i zmusić opiekuna do wyjścia. Po drugie dostaliśmy opierdol, że dupę zawracamy jeżem, skoro nie mamy żadnych papierów na niego, że schronisko ma go przyjąć, mamy sobie dzwonić do Fedaczyńskich, a skoro nie odbierają to mamy problem. Po trzecie gość podsumował, że oni weterynarza nie mają, jeża nie przyjmą i nawet nie dostanie od nich miski z wodą i żarciem, a argument, że nie chcemy wieźć jeża do Rzeszowa, bo to kawał drogi, jakoś do niego nie trafiał - spoko! Gratuluję podejścia do sprawy! A niech ich szlag trafi. To już ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości by wzięli tego jeża i chociaż dali tej wody i parę granulek karmy, a w nocy pod las wynieśli. Gdzie tam, osoba zajmująca się bezdomniakami, ma w dupie los osłabionego zwierzęcia, bo żeśmy papieru nie dali. No po prostu ja pierdolę. Naprawdę? Ciekawe czy jakbyśmy przywieźli zdychającego psa zareagowaliby podobnie - no pewnie tak, skoro nie ma kwitka...
Do Fedaczyńskich się nie dodzwoniliśmy, w sumie mnie to nawet zbytnio nie zdziwiło, bo w końcu święto. Wieźć go do Rzeszowa w takim stanie - nie było sensu. Stres spowodowany długą drogą mógłby jeszcze bardziej zaszkodzić niż pomóc, choć przynajmniej ja zagwarantowałabym mu schronienie i odpowiednie żarcie w opór aż do powrotu do sił. Postępując ZGODNIE Z PRAWEM jeż został tylko przewieziony w bezpieczne miejsce na skraj lasu z dala od dróg i tam pozostawiony. Albo przeżył, albo go coś zeżarło. Przynajmniej próbowaliśmy.
Ale to nie koniec! Następnego dnia napisałam do lecznicy Ada z zapytaniem, czy są jeszcze jakieś miejsca w Przemyślu, gdzie można szukać ratunku w takich przypadkach, bo kto jak nie oni może mi udzielić lepszej odpowiedzi w tej sprawie, no kto? No to macie - screen po prawej. Ja rozumiem, że telefon ratunkowy w święta mógł nie działać, rozumiem, że tego żbika mogli wziąć na głupi żart. Ale żeby ich przerosło odpisanie na niezbyt skomplikowane pytania? Fakt, że było już po godzinie 22, ale żeby do tego stopnia? Szkoda, bo liczyłam jednak na profesjonalizm. Podanie kontaktu? Jakąś radę, albo nawet link odsyłający do jakiejś treści, jakby im się pisać nie chciało. No ale... może za dużo bym chciała. Może za dużo wymagam. Może i jestem cholerną idealistką, przez co później siedzę i się wkurwiam, że liczyłam na czyjąś pomoc zamiast działać sama. Ale chociaż w tych kwestiach, kwestiach ratowania życia, pomagania innym, zawsze liczę na to, że jednak są dobrzy ludzie, z powołaniem, dla których przyjemnością i radością byłoby wystawienie miski z karmą - te parę granulek to tak dużo? Zwykły prosty gest - to zbyt wiele?
Sezon chwastów trwa w najlepsze, jednak po wielu zarzutach mięsożerców, że moimi potrawami nie można się najeść - dziś nieco inna propozycja. Myślę, że powinna ona Was zadowolić, lub chociażby zapewnić komfort psychiczny, że jest mięso, jednak wymaga nieco więcej pracy i cierpliwości niż moje poprzednie dania.
Składniki:
filet z kurczaka
pieczarki
żółty ser (najwygodniej w plasterkach)
olej kokosowy
ogórek
mniszek lekarski
szczypiorek
śmietana
bluszczyk kurdybanek
oregano
pieprz
sól
bułka tarta
jajko
ostra papryczka/sos
Przygotowanie:
ROLADKI: Filet porcjujemy na większe plasterki, które będzie można łatwo zwinąć. Następnie przyprawiamy je solą, pieprzem oraz ostrą papryką/sosem. Międzyczasie lekko podduszamy na patelni pieczarki z dodatkiem oleju kokosowego pieprzu i soli. Zwijanie: Na filet kładziemy plasterek lub dwa żółtego sera, pieczarki i doprawiamy oregano oraz bluszczykiem kurdybankiem. Zwijamy. Jeśli roladka się rozpada możemy sobie pomóc przebijając ją wykałaczką. Następnie roladkę wkładamy do roztrzepanego jajka a następnie obtaczamy w bułce tartej. Gotową dajemy na patelnię z rozgrzanym olejem kokosowym. Smażymy aż do uzyskania złotego koloru.
SAŁATKA: Klasycznie mniszka lekarskiego możemy potraktować jak sałatę - poszarpać go lub pociąć na większe kawałki. Ogórka tniemy w kostkę, dodajemy do tego jeszcze posiekany szczypiorek, pieprz, odrobinę soli i śmietanę. Mieszamy i gotowe.
OPCJA DLA LENIWYCH: Kurczaka tniemy w kostkę i smażymy z pieczarkami na oleju kokosowym na patelni, przyprawiamy solą, pieprzem, ostrą papryką. Na koniec dodajemy oregano i bluszczyk, kładziemy na to żółty ser i czekamy aż się roztopi.
Liście mlecza i szczypiorek siekamy, paprykę i ogórka tniemy w kostkę i wrzucamy wszystko do jednej miski. Tuńczyka odcedzamy i dodajemy do reszty, łącząc składniki majonezem a następnie przyprawiając pieprzem. Jeśli ktoś ma za słodko wystarczy delikatnie posolić i gotowe. Do sałatki można podać chleb pełnoziarnisty z olejem kokosowym nierafinowanym, którego zapach idealnie skomponuje się z resztą składników, ale tańsza wersja czyli olej rafinowany też będzie bogaty w swoje właściwości, choć niestety nie posiada on takiego zapachu.
Olej kokosowy to kolejny produkt z serii tych, który nadaje się do wszystkiego, zarówno do spożywania jak i kosmetyki. Ogrom jego właściwości, powinien chociaż zachęcić do spróbowania jego stosowania, gdyż działa antybakteryjnie i grzybobójczo, reguluje poziom cholesterolu, wspomaga odchudzanie, odżywia skórę, włosy i paznokcie, zawiera naturalny filtr słoneczny i może działać jako środek do demakijażu - tak więc, kto nie zna, testujemy, nie boimy się!
Zobaczyć krokusy w Tatrach - taki cel lekko ponad rok temu obrałam oglądając zdjęcia Doliny Chochołowskiej obsypanej krokusami w Internecie. Na wyjazd jak zwykle brakowało pieniędzy, brakowało ludzi, transportu, a chyba tak właściwie brakowało odwagi, bo inaczej to wszystko sobie wyobrażałam. Rzeczywistość okazała się całkowicie odmienna, zdecydowanie gorsza od tego jak o tym wszystkim myślałam. Nie znałam gór, nie znałam Tatr, nie orientowałam się w terenie w ogóle. Tatry zawsze kojarzyłam z wyższym stopniem zaawansowania, większymi trudnościami w terenie i jakoś tak naturalnie wydawało mi się, że o ile Krupówki są oblegane przez turystów, tak w górach jest jako taki spokój. Wiedziałam, że krokusy przyciągają tłumy, ale do cholery nie w tak skrajnej formie.
Zgadałam się dość spontanicznie z Kasią, która jako jedyna była w stanie się szybko zmobilizować do wyjazdu we wcześniejszym terminie, by ominąć pielgrzymki turystów (hehe taa... ominąć... ). Na miejscu pojawiłyśmy się jeszcze przed świtem, aby na spokojnie dojść na miejsce. Mroźne powietrze sprawiało, że szło nam się bardzo przyjemnie i droga choć nudna minęła stosunkowo sprawnie. Polana była zamrożona, gdyż promienie słońca jeszcze na nią nie padały, więc krokusy jak we śnie czekały na ten moment w którym miały się przebudzić. Stojąc w miejscu doskwierało nam zimno, więc postanowiłyśmy się przejść gdzieś dalej, poznać okolice i korzystać ze spokoju, o jakim marzyłam w tym miejscu.
Z każdą chwilą robiło się coraz cieplej, śnieg znikał w oczach i zamieniał się w breję. Stwierdziłyśmy, że to czas by wrócić na miejsce, by spokojnie rozminąć się z tłumem. I jakież było nasze zdziwienie widząc ten cały cyrk. Jako osoba, która chodzi głównie po Bieszczadach i to zimą , nocą, w niekoniecznie ciekawych warunkach - nie jestem przyzwyczajona do większej ilości ludzi na szlaku, a tam czekał nas widok prawie jak w Lidlu podczas polowania na karpie. Wydawało mi się, że jestem w stanie wiele pojąć i wiele zrozumieć - tylko czy ktoś mi wytłumaczy sens i logikę turlania się w krokusach, wbiegania na polanę, siadania dupą na tych nieszczęsnych kwiatach tylko po to by strzelić fotkę, którą będzie można się chwalić przed znajomymi? Brak szacunku do gór, do przyrody i ogólnie do innych ludzi którzy chcieliby zobaczyć te kwiaty w niezgniecionej przez czyjąś dupę formie, mnie przerastał. Wyzwaniem więc stało się wywalczenie miejscówki aby uwiecznić kwiaty bez człowieka w kadrze. GALERIA
Niewątpliwie było pięknie, ale nadeszła pora na ewakuację. Dorośli, dzieci, staruszki, psy, rowerzyści, narciarze i jeszcze na dobitkę nieszczęsne konie. Tragedia. Temperatury wzrosły, więc i droga stała się jednym wielkim lodowiskiem. Raz po raz ktoś się ratował łapiąc równowagę, a tu jeszcze co chwila jak nie pieseł na szmyczy to bez smyczy, to dziecko bawiące się w jazdę figurową, dziecko na rowerze, które nie bardzo wiedziało jak go opanować i na dobitkę konie gonione kłusem po lodzie - po prostu rewelacja. Nie wiem co za debil wyraził zgodę na to by w tym miejscu pojawiły się dorożki konne. Nie wiem co za debil nie zakazał im w tamtym dniu im ruchu, choć straż parku jeździła dość często. Konie umordowane, bo kursy robiły co chwila góra - dół. Ślizgały się i próbowały ratować się gwałtownie poganiane przez spasionych górali - a co jakby pod nogi zaplątało się dziecko? Sceny te przerażały (sprawa została zgłoszona), a widok tych parszywych gęb jadących dorożką obrzydzał całą drogę. Jak tak można?! Schodząc w dół droga dłużyła się niemiłosiernie. Ciągłe rozmijanie się z tłumami, manewry i ogromny żal koni, które mają tam tak przesrane życie. W dół schodziła nas zaledwie garstka, wszyscy gonili do góry, zobaczyć ten "cud natury". Szli i młodzi i starzy, ludzie zdrowi i chorzy, małe dzieci na wózkach i ludzie o kulach, nawet szedł ktoś z uszkodzoną nogą w ortezie wspierany przez swoich znajomych, była też osoba na wózku, zakonnice i bardzo miła babcia z wnuczkiem - oni nie korzystali z dorożek, tylko szli do góry o własnych siłach w warunkach niebezpiecznych i nieprzyjemnych. Kto więc wiózł dupę do góry - otóż chorego i starców tam nie widziałam, ludzie w kwiecie wieku, spasłe świnie, którym akurat ruch by się przydał a nie jeszcze wpierdzielali przez drogę i osoby, którym się od dobrobytu chyba już we łbach poprzewracało a próżnością biło od nich po oczach. To skoro już się wyżyłam: powrotu w to miejsce na krokusy w życiu nie zamierzam. Jeśli już się tam kiedykolwiek raz jeszcze pojawię to będzie zimowa noc i kierunek okoliczne szczyty. Obecności swej tam nie żałuję, dobrze było się przekonać na własnej skórze a nie z relacji jak ten cyrk wygląda. Mimo wszystko jest to smutne.
Chyba mam w sobie coś ze zła, bo osobiście czosnku nie lubię. W kuchni staram się unikać, kiedy trafia się już w jedzeniu - przeżyć przeżyję, ale jako tako przyjemności nie odczuwam z jego spożywania. Jednak jest roślina w pewnym stopniu do czosnku podobna, której jestem wręcz fanką - czosnek niedźwiedzi. Jest idealny do sałatek, makaronów, zup, pasty, czy mięsa, jest również pod ochroną, ale nie stanowi większego kłopotu jego uprawa w ogródku, czy też można nawet podobno kupić go w niektórych sklepach, choć osobiście się tam z nim jeszcze nie spotkałam. Czosnek niedźwiedzi naprawdę trudno pomylić z inną rośliną, idąc czarnym szlakiem na Połoninę Wetlińską można zobaczyć całkiem spore jego skupisko. Niektórzy mylą go z konwalią majową, która jest trująca (!), ale wystarczy urwać liść by mieć 100% pewność z czym mamy do czynienia, gdyż zapach jest nie do pomylenia, nawet dla kogoś, kto ma z nim pierwszy raz styczność. Czosnek niedźwiedzi oczyszcza organizm z toksyn, działa korzystnie na odporność i jest przeciwpasożytniczy, swego rodzaju naturalny antybiotyk zawierający bardzo duże ilości siarki, który działa antynowotworowo.
Makaron z czosnkiem niedźwiedzim
Składniki:
makaron
czosnek niedźwiedzi
mozzarella
pieprz
sól (himalajska)
oregano świeże lub suszone
oliwa z oliwek
Gotujemy makaron, międzyczasie na patelnię lejemy trochę oliwy z oliwek i wrzucamy posiekane liście czosnku niedźwiedziego i dusimy je aż zmiękną. Ugotowany makaron dajemy na patelnię do czosnku, przyprawiamy solą, pieprzem i oregano, a następnie potrzepujemy mozzarellą. Kiedy ser się stopi danie jest gotowe - ot cała filozofia! Proporcje na oko - w zależności ile mamy czego w lodówce, czas wykonania = czas gotowania makaronu (zależy jaki macie) + 5 min. Smacznego!
Większość z nas nie docenia tego, co oferuje nam przyroda. Ludzie z zawziętością pozbywają się chemicznymi środkami chwastów, wylewają beton i asfalt gdzie się tylko da i układają wszędzie kostkę. Jedzenie kupuje się gotowe w sklepach, a przydomowe ogródki nawożone są w większości sztucznymi nawozami. Takie czasy, taka moda, a przecież można lepiej, taniej i zdrowiej. Kiedy tylko przyroda budzi się do życia po zimie, to czas by zacząć rozglądać się dookoła, wybrać się za miasto i nazbierać roślin, które są nie tylko jadalne, ale też niezwykle smaczne i zdrowe. W związku ze sporym zaciekawieniem innych osób jakim się spotkałam, będę publikować moje przepisy tu na blogu, by zachęcić do chociażby spróbowania czegoś zdrowszego niż gotowce ze sklepu. Zaznaczę tylko, że rośliny zbieramy z dala od dróg i terenów zanieczyszczonych, a zanim coś zjemy warto upewnić się, że to co zebraliśmy jest jadalne.
Sałatka z pokrzyw i mniszka lekarskiego
Składniki:
młode pokrzywy
mniszek lekarski (przy zbieraniu pokrzyw oraz mniszka wybieramy jak najmłodsze liście, wówczas smak będzie łagodniejszy)
jogurt naturalny
szczypiorek
natka pietruszki
olej z pestek z dyni
żurawina
jajko
pomidor
kwiaty stokrotki i bluszczyku kurdybanku
sól (ja dałam himalajską)
pieprz
Liście pokrzywy i mniszka płuczemy, w razie gdy pokrzywa jest już starsza i parzy, warto przelać ją wrzątkiem wówczas można ją spożywać bez lęku, że ucierpi nasze podniebienie. Rośliny siekamy lub po prostu potraktujmy je jak sałatę. Odnośnie proporcji - według uznania najlepiej pół na pół albo z przewagą mlecza. Do miski z roślinami dodajemy jogurt naturalny tak aby je połączył oraz dosypujemy posiekany szczypiorek i przyprawiamy solą oraz pieprzem. Podajemy z ugotowanym jajkiem na twardo lub miękko - to bez znaczenia, pomidorem, którego polewamy olejem z pestek z dyni, dodajemy pietruszkę, żurawinę a na dekorację kwiaty, które oczywiście można śmiało zjeść.
A teraz w ogromnym skrócie o składnikach:
pokrzywa - witaminy: A, B2, K, C, zawiera też magnez, żelazo, jod, wapń, jod, sole mineralne... i wiele innych;
mniszek lekarski - witaminy: B, A, C, ma również potas, magnez..., jest przeciwzapalny i przeciwwirusowy;
szczypiorek - witaminy: C, B1, B2. bogaty w składniki mineralne, ułatwia też trawienie;
natka pietruszki - witaminy: A, B, C, D, E, K, PP, kwas foliowy, żelazo, magnez, potas, ułatwia przyswajanie żelaza z produktów roślinnych i zwierzęcych;
olej z pestek z dyni - witaminy: A, C, D, E, B1, B2, B6, kwasy omega 3, omega 6, selen, potas, cynk..., środek przeciwpasożytniczy;
żurawina - witaminy: A, C, B1, B2, ma też jod, wapń, fosfor, zmniejsza występowanie wielu chorób, jak miażdżyca, obniża ryzyko zawału serca;
pomidor - witaminy: C, K, PP, wit. z grupy B, zwiększa odporność, wpływa korzystnie na skórę i gojenie się ran;
sól himalajska - zawiera aż 84 minerały ("wodór, lit, beryl, bor, węgiel, azot, tlen, fluor, sód, magnez, aluminium, krzem, fosfor, siarka, chlorek, wapno, skand, tytan, wanad, chrom, mangan, żelazo, kobalt, nikiel, miedź, cynk, gal, german, arsen, selen, brom, rubid, stront, itr, cyrkon, niob, molibden, ruten, pallad rod, srebro, kadm, ind, cyna, antymon, tellur, jod, cez, bar, lantan, cer, prazeodym, samar, europ, gadolin, terb, dysproz, holm, erb, tul, iterb, lutet, hafn, tantal, wolfram, ren, osm, iryd, platyna, złoto, rtęć, tal, ołów, bizmut, polon, astat, frans, rad, aktyn, tor, protaktyn, uran, neptun i pluton" - źródło: Naturalna medycyna), generalnie to można o niej naprawde dużo pisać, w porównaniu do tej dobrze znanej nam soli, która więcej szkody wyrządza aniżeli pożytku;
Myślę, że na temat składników nie muszę pisać więcej, choć zrobiłam to i tak strasznie ogólnikowo, jednakże często nie zwracamy uwagi na to co jemy. Ta krótka wzmianka może da trochę do myślenia i zachęci do zagłębienia się w ten temat. Jak widać przepis na sałatkę jest banalny i chyba nie ma osoby, która by nie poradziła sobie z takim zadaniem, więc pozostaje mi tylko życzyć smacznego :)