środa, 12 kwietnia 2017

ZAPOMNIANY ŚWIAT - PODSUMOWANIE WERNISAŻU I ROKU 2016

Jakoś tak wyszło, że minął kolejny rok, był i wernisaż, a tu nie było podsumowania ani jednego ani drugiego, pora więc nadrobić straty.

Ubiegły rok już na samym początku zaczął się nietypowo, bo od sylwestra na Caryńskiej w mrozie poniżej -20C i ogólnym wypiździelu takim, że człowiekowi wszystkie durnoty z głowy wyleciały i pozostał sam, czysty instynkt przetrwania. Nie obiecywałam sobie początkowo za wiele. Chciałam po prostu by ten rok był lepszy od 2015. Miałam jakieś tam plany, ale nie wierzyłam w ich rychłą realizację. Czułam, że w końcu pojechać gdzieś dalej, zobaczyć coś więcej. Dzięki uprzejmości pewnych osób w styczniu było bardzo przyjemnie, bo rajdowo - testowo. 11 lutego nastąpił mały przełom w historii Nowego Oblicza podczas koncertu Besides z którymi rozmawiałam dzień później u mnie na audycji (do dziś w to nie wierzę) ☛ WYWIAD. Tam poznałam też zespół B17. Były forty i bunkry, były cerkwie i to co jak dotąd robiłam, były góry i robienie kondycji. Marzec to oczywiście sobota w uzdrowisku Siarkopol (dla wtajemniczonych), a dzień później inhalacja na KJS w Gorlicach przy oczyszczaniu ścieków. Później oczywiście Bieszczady i kwiecień - Tatry, by zobaczyć coś, co każdy choć raz w życiu zobaczyć powinien. Spontaniczny wyjazd, który okazał się sporym sukcesem i kolejny podpunkt do realizacji w najbliższych latach został skreślony. Dalej znowu Bieszczady, jedzenie chwastów i oszczędzanie każdego grosza na potencjalne warunki na uczelni. Końcem  kwietnia dziecko pojeździło sobie dzięki Do Celu pierwszy raz w życiu na torze. Jak majówka to koniecznie na fortach. Później pojawił się kolejny fajny wywiad. Niedługo po tym dzięki Krzysztofowi wylądowałam na wyścigu górskim w Załużu, za co jestem mu strasznie wdzięczna i to nie tylko za sam wyścig.. Natomiast końcem miesiąca dzięki Duży w Maluchu zobaczyłam jak wygląda MOTO SHOW w Krakowie i poznałam świetną rodzinę! W tym miejscu chciałabym polecić bloga Ani ➡ FotoPrzeBłysk. Czerwiec to znów Bieszczady, walka z systemem, zwątpienie w obronę w normalnym terminie, ale prace dało się machnąć ostatecznie w 3 dni. Praca w zoologu i niezwykle aktywny i chyba najbardziej przełomowy lipiec. Rajd Polski - rajd, który zmienił mój pogląd na wszystko to, co wcześniej widziałam. Kolejny wyścig w Limanowej, testy. W końcu znalazł się też ktoś, kto pokazał mi, że wiele rzeczy jest w zasięgu ręki, choć poganianie mnie do roboty dalej mu słabo idzie. Mimo wszystko dalej nie wierzę w Ennstal Classic i Alpy na które dawałam sobie przynajmniej 5 lat. No ok, chciałam zrealizować przed trzydziestką. Życie zaczęło nabierać szybszego tempa, czego możecie być obecnie świadkami.

... ale przejdźmy do wernisażu.

Po dwóch spotkaniach, powiedzmy autorskich, pierwszym w Rzeszowskim Inkubatorze Kultury w listopadzie 2015 oraz w Królestwie Bez Kresu w maju 2016, miałam pewien niedosyt. Chciałam zorganizować coś dla nieco większej grupy osób, żeby można było się spokojnie spotkać, porozmawiać, pooglądać foty. Niezwykle cieszy mnie, że w końcu się to udało! To takie podsumowanie pewnego etapu. Żeby się jakoś rozwijać trzeba iść cały czas dalej, więc teraz dokumentowanie Podkarpacia pozostawiam innym i sobie na starość, o ile sytuacja pozwoli, że tu zostanę, bądź wrócę. Bardzo cieszę się, że wystawę udało się zorganizować w Klub IQ, bo wyszło to naprawdę super! Jeszcze raz dziękuję Yerba MaTe 24 za serwowanie świetnej yerby i zapraszam do ich sklepu ➡ ymt24.pl! Cieszy mnie współpraca z Per Tutti, No i na koniec jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję B17 za koncert! Tu odsyłam do WYWIADU z zespołem. Dziękuję Krzysztofowi i Agnieszce za zdjęcia, oraz wszystkim przybyłym - za to, że się Wam chciało zajrzeć i szkoda, że nie miałam dla wszystkich tyle czasu ile bym chciała, ale to się jeszcze nadrobi!


Tak naprawdę nic bym sama nie osiągnęła bez pomocy innych! Ten wernisaż to wręcz nasza wspólna praca, tych, którzy ze mną  jeździli, grzecznie złazili z kadru i czekali, kiedy po raz dwudziesty poprawiałam fote. Gdyby nie dobra ekipa, to nie zrobiłabym tego w tak krótkim czasie - dlatego jeszcze raz, bardzo dziękuję wszystkim, którzy chcieli i chcą ze mną jeździć. Mam nadzieję, że jeszcze uda się parę fajnych rzeczy zrobić, a oczywiście to wszystko możecie na bieżąco śledzić na Nowym Obliczu na fb. Tak więc do zobaczenia na kolejnym spotkaniu już niebawem (tak, coś się święci) ;)

sobota, 8 kwietnia 2017

#BEZSIECI

Chciałam być miła.
Chciałam napisać jakiegoś przyjemnego posta o górach, albo urbexie...
Chciałam, ale jak zwykle wyszła ruda, wredna natura i skłonności hejterskie.
Czy słuszne? - oceńcie sami.

Zakładając, że przyjmuje się za normalne te zachowania, które przejawia większość, to można powiedzieć, że czymś całkowicie normalnym i już naturalnym jest dla nas korzystanie z sieci. Idąc tym tokiem  myślenia nienormalną jest osoba, która wzbrania się tego dobrodziejstwa jakim jest internet. Tak więc grupa <ekhm> wykładowców i studentów postanowiła sobie zrobić tydzień bez korzystania z internetu. Dla jednego to pikuś, dla kogoś innego to koniec świata. Może w tym momencie warto zadać pytanie: kto tu jest normalny? I niech ono was dręczy przez cały ten tekst byście mogli sobie na samym końcu na nie odpowiedzieć.

I wszystko w tym eksperymencie byłoby okej, gdyby nie robienie z tego afery w mediach rangą dorównującej prawie wyborom prezydenckim. Czy 7 dni bez internetu to wyzwanie? Normalny do niedawna człowiek (bo nową normę ustaliliśmy wcześniej) powinien  się cieszyć! Na legalu można w tym czasie mieć wywalone na wszystko co się tam dzieje, a jakby do tego nie oglądać TV i nie słuchać radia to właściwie czeka nas urlop, odmóżdżenie i wszystko co najlepsze! Jak jednak jest to odbierane teraz? Apokalipsa, tragedia, jak żyć, trauma, płacz i trudne sprawy. Żeby przetrwać 7 dni bez sieci trzeba pobrać zapas filmów i seriali, muzykę, ogarnąć numery do pizzerii, zaopatrzyć się również w zapas gier na kompa i inne urządzenia, a na koniec największy z możliwych dramatów - jak się wykąpać bez srajfona?! I co zrobić ze swoim życiem  bez codziennego wstawiania selfiaczków. Czy tylko ja mam wrażenie, że jest to już nie chore, a ułomne?

[fb.com/somuchnopekomiks]

Ja całkowicie rozumiem, że praca bez internetu w dzisiejszych czasach jest znacznie utrudniona i generalnie w tej kwestii rezygnacja z niego nie miałaby sensu, bo po co marnować czas na prace, kiedy można ją zrobić szybciej, lepiej się porozumieć i dzięki temu mieć więcej czasu dla siebie, swoich pasji, czy rodziny. Jednak czy naprawdę do spędzania wolnego czasu jest nam niezbędny internet?

Filmy i seriale
- a może by tak czasem przejść sie nawet do tego empiku poprzeglądać nowości, starości, promocje, jakieś tematyczne mądrzejsze pisma? Biblioteki wciąż istnieją - naprawdę! A w antykwariatach, księgarniach, czy nawet w Biedronce (sama się wczoraj zdziwiłam) można znaleźć perełki nieraz za śmieszny pieniądz, że aż żal by to na półce tam leżało kiedy można wziąć, kupić, przytulić i zapewnić sobie i jej wspaniałe chwile. Proste prawda? Nie żyjcie wyłącznie życiem serialowych postaci - macie swoje! Lepsze i ciekawsze, tylko tak naprawdę boicie się, lub nie chce się wam po prostu dupy ruszyć gdziekolwiek. A jak nie możecie żyć bez filmu i dramy to są kina i teatry.

Gry - serio nie da się bez nich żyć przez tydzień? NAPRAWDĘ?! Ludzie... będziecie ślepi jak krety. Już jesteście. Ja rozumiem jak już naprawdę nie ma się co robić, pogoda nie sprzyja i wszystko dookoła jest przeciwko nam - to okej. Jednak myśląc racjonalnie za ten czas możesz: umówić się z kumplami na piwo, wyjść z psem, czy tam pobawić się z chomikiem... poświęcić czas swojemu partnerowi/partnerce, nie masz laski? - wyrwij ją! (ale na pewno nie zrobisz tego przed kompem, bez neta), wyjść na zewnątrz (!) gdyż nie ma już śniegu po dupe i mrozów stulecia. można umówić się też z kimś, kogo się dawno nie widziało, odwiedzić rodzinę, pójść do miasta, znaleźć nowy pub, poznać ludzi....

Muzyka - tu mnie macie. Owszem mam na tyle, że na tydzień mi wystarczy, może dwa, no okej - miesiąc! Jednak mimo to czułabym braki z niesłuchania radia - KONIECZNIE NIEPOLSKIEGO, bo po co się denerwować. Ciulowa muzyka, informacje, których może lepiej nie słyszeć, a jednak internet daje możliwość znaleźć coś wyjątkowego w języku, którego nie znamy, ale może nam się podobać i to jest piękne! Mimo wszystko przez tydzień da się i bez muzyki, z bólem, ale da się. Przerabiałam. Kiedy jednak budżet na to pozwala, to dlaczego by nie kupić sobie płyty, albo nie pójść na koncert?

Jedzenie - nie wiesz gdzie zadzwonić po kebsa? Nic straconego! Zadzwoń do znajomych, znając życie ktoś na pewno będzie chętny. Załóż laczki, opcjonalnie kurtkę jak zimno i w drogę! Przynajmniej jak się trochę poruszasz będziesz się mógł bez wyrzutów sumienia nawpierdalać (dotyczy obu płci). Może warto pójść w miasto, a nuż odkryjesz coś ciekawego, czego się dotąd nie znało? Spróbować nie zaszkodzi.
Hmm... a może wyższy lvl? Zrobić coś samemu? Nie umiesz? Najwyższa pora się nauczyć, jak się trochę pomęczysz to będzie lepiej smakowało.
Nie chce Ci sie ruszyć? To nie jedz.

Kosmetyka - naprawdę nie da się wykąpać bez telefonu? Bez żadnego snapka, insta... czy czegoś tam? Koniecznie musisz dokumentować każdy etap nakładania szpachli na twarz? Naprawdę żeby się wysrać musisz trzymać w ręce telefon? Ewidentnie masz problem.

Brak kasy na to wszystko? Palisz papierosy? Ile pijesz alkoholu? Ile wydajesz na gotowe żarcie, zamiast coś sobie w domu ogarnąć. By zrobić zakupy jedziesz te kilkadziesiąt metrów samochodem? Ile przewaliłaś kasy na te tandetne szpilki, lub ciuchy, które za kilka miesięcy będą niemodne i nawet nikt za połowe ceny tego nie kupi?
Przykładów można mnożyć, a jak się chce, to zawsze da się te pare groszy zaoszczędzić.

Reasumując. Wmawiają nam, że jest to dobre. Namawiają, do publikowania swojego życia w sieci. Dzielicie się tym świadomie, całkowicie za darmo! Po co? Wszystko jest fajne, ale to trzeba dawkować, sama mam fejsa czy insta, publikuję różne materiały, lubię czasem odkrywać krańce i mroczne strony internetów, ale za każdym razem później stwierdzam a na ch*j mi to było. Wszystko jest dla ludzi. Byle  z tego rozsądnie korzystać, ale w przypadku internetu tego rozsądku trzeba by z lupą szukać. I teraz powróćmy do pytania zadanego na początku: kto tu jest normalny? Jeśli nie jesteście sobie w stanie poradzić i zapewnić rozrywki bez internetu przez tydzień to jesteście zwykłymi niewolnikami, którymi z łatwością można manipulować... teraz pewnie się gotujecie, burzycie, ale taka jest prawda. Macie wyjątkowo nudne i puste życie. Zamiast ze sobą porozmawiać, spotkać się, wolicie każdy osobno gapić się w monitor/wyświetlacz, wyrażać kolejne zgody na przetwarzanie waszych danych i dawać dostęp do wszystkiego czego dana aplikacja zapragnie, byleby ją mieć, być tacy jak wszyscy, byle nie odbiegać. A kiedy przyjdzie co do czego zostajecie sami, bo nie ma do kogo zadzwonić, nikt nie chce pomóc, a z ludźmi nie potraficie gadać inaczej jak wirtualnie, lub po pijaku. Komunikacja międzyludzka w realu leży i kwiczy, a wy wydajecie kase na coraz to nowsze telefony, które obsługują coraz to nowsze aplikacje, które są wam niepotrzebne, tylko wam wmówiono, że bez nich się nie obejdziecie, czego oczywiście nie byliście świadomi. Zacznijcie myśleć, zacznijcie żyć i korzystać z życia! Z tego, że choć wszędzie się mówi, że czasy są do dupy to są naprawdę nie jest źle, bo można dość łatwo i niskim kosztem poznać wiele rzeczy. Podróżować, uczyć się, poznawać. Jest właściwie nieskończoność możliwości, w końcu każdy coś znajdzie. Tylko podnieście wzrok. Rozejrzyjcie sie. W realu też toczy się życie!


piątek, 27 stycznia 2017

OKRES U FACETA

Zmotywowana oceną 4,5 z projektu, którego myślałam, że nie napiszę - ba, pierwszy raz w życiu chciałam go kupić, bo uznałam, że nie podołam - postanowiłam znowu spróbować. Może nie w takiej formie jak dotychczas, może po części hejterskiej - ale warto zaznaczyć, że dobry hejt nie jest zły. O ile jest słuszny i w dobrej sprawie, to warto zwracać uwagę, na przejawy debilzmu, z którymi borykamy się na co dzień.

Nie ma urbexu?
Nie ma motoryzacji?
Spokój!
Na wszystko przyjdzie czas. Aktualnie tego czasu nie ma. A m.in. dlaczego możecie zobaczyć poniżej.

Okres. Okres to okres. Trudna sprawa i tego generalnie wyjaśniać nie trzeba. Kobiety wiedzą, faceci mający kobiety wiedzą jeszcze lepiej. Bywamy trudne. W ogólnym postrzeganiu lepiej byśmy były trudne niż łatwe. Kto ma silną wolę wytrwa, a kto jest słaby to polegnie. Ot taka naturalna selekcja.

Sesja to czas trudny i wymagający dla każdego studenta. Jedni mają łatwiej, drudzy trudniej. Ona nie ma litości dla nikogo. To w sumie fajna sprawa. Potrafi prawdziwie jednoczyć nawet najgorszych wrogów w celu pozyskania informacji dotyczących zaliczenia, czy odpowiednich notatek, materiałów, czy czegokolwiek co dałoby generalnie uzyskać ocenę dostateczną, która będzie dostateczna i wystarczająca do tego by na moment stać się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Przez te 3 lata mojej edukacji wyższej, jaka by ona nie była, czy to ze względu na prowadzących czy moje zaangażowanie wynikające ze wspaniałości oferowanych nam przedmiotów, zawsze na koniec podczas koniecznego i niezbędnego zaliczenia czułam się jak człowiek. Raz może jak powietrze, ale generalnie jak człowiek. Tak wiecie, po ludzku. Nawet jak się nie umiało, to wykładowca zawsze dyplomatycznie przekładał słowa "weź kurwa wyjdź i wróć jak się nauczysz", ale ostatecznie w najgorszym wypadku kończyło się drugim terminem, który był  do zdania o ile człowiek zaczął angażować więcej szarych komórek do przetworzenia poleceń i złożenia sensownej treści. Pomijam kwestię włożonego czasu w przyswojenie jakiejśtam części materiału z reguły metodą prawdopodobieństwa, bo przecież nie startuję do stypendium ministra - wyścig szczurów zacznie się po studiach, więc trochę więcej czasu dla rozwijania swoich pasji, które jeszcze dają nadzieję bytu w przyszłości, nie zaszkodzi.

Zachciało mi się magisterki. Generalnie liczyłam na wyższy lvl, ale taki powiedzmy, że człowiek naprawdę poczuje, że to ma sens i zapragnie więcej!
I co?
I *****....
Jeszcze będąc na licencjacie miałam nadzieję, teraz ją zatraciłam jak i wiarę w polskie szkolnictwo wyższe, w nasz kraj, w jego poprawę, w szansę na normalną pracę i w ogóle wszystko.

I tak siedząc teraz w nocy, odgryzając łeb mikołajowi z czekolady, kupionemu przed świętami, zaginionego i odnalezionego przed momentem w pudełku z bielizną,  zastanawiam się czy to ma jeszcze sens. Ta nierówna gra, która nie powinna mieć miejsca. Jestem porażką pedagogiczną jak i wiele innych osób. Czy to mówi o tym, że jesteśmy debilami? Czy to powód dla triumfu prowadzącego?
Czy raczej bodziec do zastanowienia - dlaczego tak jest?

Każdy ma inny sposób na podbudowanie swojego ego.
Tylko czy robienie tego kosztem innych można uznać za moralne?
Chyba nie do końca...

Okres prędzej lub później mija. Oby minął na warunek.

środa, 30 listopada 2016

MAŁE RZECZY

Bo wiesz...
są momenty w życiu kiedy cierpimy z przesytu dobrobytu, wszystko co dzieje się dookoła nas jest wielkie i wyniosłe, często obciążone wieloma trudami i wyrzeczeniami, zmianą trybu życia, czy też po prostu szczęściem, ale sprawia, że ten dobrobyt przytłumia małe rzeczy, proste gesty, których tak mało jest w codziennym życiu. Choć może właśnie nie jest ich mało, tylko przestaliśmy je dostrzegać. Kiedy dochodzimy do momentu, że niby żyje nam się dobrze, niby nie musimy się tam czymś w danym momencie przesadnie martwić następuje przełom i największą radość potrafi sprawić babka klozetowa na dworcu w kiblu zamiast automatu, który życzy sobie 2,50 zł w monetach nie mniejszych jak 50 gr.

Tak, brzmiało to już tak dobrze. Jak jakaś głębsza myśl, przemyślenie a skończyło się na generalnie gównianej sytuacji. Gównianej z dwóch przyczyn. Jedna jest myślę logiczna, o drugiej dowiesz się kilka linijek dalej.

Życie w ciągłym biegu - takie "udogodnienie" XXI w. Do czego ono się sprowadza? Nie mamy czasu dla siebie, dla rodziny, najbliższych, tych, których cenimy, oraz naszych przyjaciół. Nie mamy czasu na odpoczynek, oderwanie się, przemyślenia, czy naukę tego co lubimy, chcemy. Nasze życie w pewnym momencie zaczyna sprowadzać się do taniej siły roboczej (Czymże jest jakieś wynagrodzenie, za cenę życia? Czy można by rzec, że w dzisiejszych czasach Twoje życie jest warte tyle ile zarabiasz? Że możesz sobie pozwolić na cokolwiek po za rachunkami? ... ), która może później stworzy kolejne pary rąk i nóg do pracy w lepszym lub gorszym świecie, na lepszych lub gorszych warunkach. I raczej wybrałabym tą drugą opcję, bo teraz dzieciństwo jest tragiczne i można tylko współczuć kolejnym pokoleniom przychodzącym na ten świat. Od małego faszerowanymi proszkami, wpatrzonymi w monitory, od momentu zdatności do oddania w ręce żłobka, później przedszkola - targane każdego ranka przez rodziców w ręce obcych ludzi, aby mogli pracować. Katowanymi coraz bardziej ułomnymi systemami edukacji, które tworzą ameby, a nie istoty myślące, bo kto ich nauczy myśleć kiedy to rodzice pracują, dziadkowie też, bo przecież emerytur brak, a dziecko spędza dnie w jakiejś instytucji, gdzie nie może się poszwędać, zrobić "bazy" z kolegami, nabić sobie guza, rozwalić kolana czy tam innych rzeczy lub spaść z drzewa - nieeee o Boże! Do drzew nie można, bo tam kleszcze! Borelioza! Kleszcze to śmierć w czystej postaci!


I tak sobie żyję z dnia na dzień, znów bez pracy, by móc żyć, póki to jeszcze możliwe, korzystając z dobrodziejstwa Ministerstwa, które uznało, że w końcu po przeszło 22 latach mojej egzystencji, może dofinansować mój rozwój i przekazać mi co miesiąc mniej niż szczęściarzom łapiącym się w program 500+, które nawet nie wystarcza na pokrycie raty czesnego. Tyle wygrać!

Wracając do tej gównianej sytuacji, chyba znasz ten moment, kiedy wpadasz w ostatniej chwili na dworzec i widzisz 2 odjeżdżające busy, w tym jeden twój? No nie... ludzi na stanowisku brak, chaos jak to zwykle po weekendzie, gdzie człekokształtni się pozabijają byleby tylko wleźć do busa. Informacja podaje opóźnienie o 20 min, a zastępcze przyjadą na stanowisko 5, 6, chwile później okazuje się, że na 15 (wtf?! where? przecież tu nie ma stanowiska 15) i ta decyzja, w której stwierdzasz, że choćby się miało żebrać u ludzi o kasę na kibel to nie ma  czasu czekać.
Podjęcie próby, automat czy babka. Jednak istota ludzka. Kolejki jak za komuny za papierem toaletowym, jakieś laski kłócą się z babką, że one mogą do męskiego, byleby wejść już, bo nie wytrzyma. Ta nie wpuszcza, bo się faceci zawstydzą celując do pisuarów. W sumie zrozumiała decyzja, po co kobieta ma sobie dokładać roboty. Dziewczyna ogarnięta zwątpieniem odbiega. Patrzę na cennik 2 zeta. Nie dość, że nie automat, to jeszcze taniej. Bajka. W pośpiechu szukam kasy po kieszeniach, w portfelu nie było za bardzo co szukać, w kurtce znajduję metalową żabkę z grosikiem w pysku - no przecież jej go nie wyrwę.. Liczę wszystkie drobniaki w przewadze złociaki. "Yyyy czy bez 5 groszy mogę wejść?" - mówię sypiąc garść znalezisk na blat. Wpuszcza mnie bez problemów, a ja jestem w szoku tak bardzo, jak w momencie, kiedy młody facet przez uprzejmość otwiera mi drzwi. W kiblu słyszę informacje,  że opóźniony bus podjedzie zaraz na stanowisko 8, wychodzę jeszcze raz dziękując kobiecie za łaskawy gest i gonie na tą ósemkę. Jedzie, ale nie tu. Nie zatrzymuje sie, leci dalej a za nim stado ludzi, którzy napierają jak podczas walki o karpia w Lidlu, a jest o co walczyć, w końcu przewoźnik podstawia nam luksusowego busa zastępczego. Ostatecznie klasycznie staje na 14 a mi jakimś cudem - pchniętą przez tłum - udaje się wbić w pierwszej 10.

Chaos? Doprawdy? Teraz spójrz na swoje życie :)

Doszukujesz się morału? Proszę bardzo! Jak nie w tym poście to w kolejnym.
Kolejnym? Tak, kolejnym. Powiadam Ci - powracam!