poniedziałek, 30 maja 2016

Spodziewaj się niespodziewanego - Moto Show w Krakowie

Zazwyczaj tak bywa, że kiedy mam już wszystko zaplanowane i tylko odliczam godziny do startu, nagle pojawia się kolejna opcja, która sprawia, że mam dość spory dylemat, co zrobić. Tak było i tym razem.

Moto Show w Krakowie - planowałam tam zajrzeć, jednakże biorąc pod uwagę mój obecny budżet, odrzuciłam tą opcję i raczej miałam do niej nie wracać, bo jednak sama wejściówka, do tego dojazd, dają sumę łączną taką, na którą nie mogę, a może nie chce sobie pozwolić. Bądź co bądź kusiło, bardzo. Kusiło samo w sobie, by zobaczyć jak wygląda taka impreza, kusiło spotkanie z Hołowczycem i parę innych rzeczy w programie, które ułatwiłyby mi znacznie pisanie pracy licencjackiej, bo coś tak utknęłam i ruszyć nie mogłam.

W piątek otrzymałam wiadomość od Duży w Maluchu, że jestem wpisana na listę VIP, więc sobota i niedziela jest moja. Kurczę, no i jak tu zrezygnować, nie jechać - no jak?! Skoro o bilety nie muszę się martwić, pozostała kwestia transportu, która zapowiadała się naprawdę dobrze, bo ilość chętnych na wyjazd do Krakowa mnie naprawdę zaskoczyła. Tylko jak zwykle w ostatniej chwili zostałam na lodzie. Sobota, na rezerwację biletów w sensownych cenach było za późno, w sumie na wszystko było za późno, więc już studiowałam mapę, jak dojechać samochodem na miejsce, żeby nie musieć się użerać z nawigacją w trasie - tak jestem z tych co wolą papier, a nie gadające urządzenia, które lubią nagle, bez naszej wiedzy i zgody zmienić sobie czasem trasę. Na moje szczęście, tak jakoś wyszło, że na wyjazd  zdecydowali się Maciek i Tomek, więc i kwestię transportu miałam już z głowy. Pozostało spakować aparat, książkę - w razie jakbym cudem dorwała Hołka i ruszyć w drogę.

Trasa przebiegała szybko i sprawnie, zatrzymaliśmy się na Lotosie w celu uzupełnienia braków w prowiancie, gdyż czekał nas dłuższy pobyt w Krakowie, jednakże widząc ceny, szybko stwierdziłam, że skoro olali Kubicę, chcą olać Rajd Polski i mimo tego, że czynnikiem przemawiającym za zrobieniem tam zakupów powinien być Kajto, to mimo wszystko uznałam, że 6 zł za litr Coca Coli to to dla mnie za dużo. Przyzwyczajenie do Rzeszowa sprawia, że zapominam, iż nie wszędzie jest po drodze narąbane tyle sklepów, co niestety się później na mnie odbiło, gdyż im bliżej EXPO tym większe korki, zielone światło na którym zdążył przejechać jeden samochód - WTF?!... więc bez zbędnego kombinowania pojechaliśmy prosto na miejsce.

Kolejka była dość spora i nie zamierzałam w niej stać. Lista była wyjątkowo krótka i dziwię się, że tak łatwo mnie wpuścili do środka, gdyż były tam na niej postaci znane z wyglądu, lub chociażby z głosu, ale żeby nie było, że narzekam... bo tak nie jest! No dobra narzekam - szkoda, że nie dawali plakietek.

Ogólnie od zewnątrz wszystko wyglądało dość niepozornie, wewnątrz masa ludzi, na którą właściwie byłam przygotowana i już od początku nie nastawiałam się na jakąś dużą liczbę zdjęć. W sumie to nawet nie zobaczyłam wszystkich samochodów, bo mi się nie chciało. Nie żeby było tego aż tak dużo, tylko co ciekawsze było tak oblepione, że jak dla mnie nie miało to sensu. Hołowczyca namierzyć też nie było trudno - wystarczyło popatrzeć gdzie jest dużo ludzi. W sumie to aż mi się słowa Colina McRae przypominają: "Kiedy nie wiesz, gdzie dalej przebiega trasa OS-u, to wal tam, gdzie jest najwięcej ludzi. Na pewno trafisz..."  - tu było podobnie! Tylko, że nie było sensu się pchać, gdyż zaraz miało się odbyć z nim spotkanie, więc zajęłam grzecznie miejsce i czekałam. Międzyczasie wpadło mi w oko "Piekło Dakaru" - coś, co i ja miałam i z czym miałam zamiar się udać do jego autora. Choć, właściwie chciałam grzecznie w czasie wyznaczonym na tego typu rzeczy, to dość szybko się przekonałam, że wtedy raczej nie miałabym na to szans. Szybko uznając, że są to ludzie bardziej w temacie i wiedzą lepiej niż ja co robić... dołączyłam więc do Rambo Team. I miałam szczęście! Udało się nie tylko spotkać na spokojnie, to właściwie już na samym początku targów miałam i podpis w książce, i zdjęcie z gościem specjalnym. Dlatego też Rambo Team - dziękuję! I przy okazji odsyłam też do bloga Ani - FotoPrzeBłysk!

Głupi ma zawsze szczęście, mam tylko nadzieję, że nie wykorzystam zbyt szybko limitu! 

Tyle co przyjechałam i miałam wszystko to, co zaplanowałam na cały dzień. Pozostało słuchać i obserwować, by wyciągnąć jak najwięcej informacji do mojej pracy. Przy okazji udało się nazbierać trochę przydatnych rzeczy. Czas mijał, głód się wzmagał, ale ceny jak to ceny, szczególnie w takich miejscach. Szkoda mi było dać 6 zł za litr Coca Coli w Lotosie, tak tu za tą samą cenę oferowali mi 0,5l - aż tak zdesperowana jeszcze nie byłam! No dobra, już robiłam nawet podejście do zakupu, tylko nie chciało mi się stać w kolejce, a międzyczasie załapałam się na darmową przegryzkę i napój, więc czego więcej mi do szczęścia było jeszcze trzeba?

Ano Gosi Rdest. Dziewczynę tą złapać też nie było łatwo, ale w ostatniej chwili na szybko się udało, więc mam coś od Niej dla Was. Do wygrania już 9 czerwca na audycji Nowe Oblicze w radioeter.fm - zapraszam do słuchania i oczywiście do udziału w konkursie!

Powrót do Rzeszowa jeszcze szybszy w pogoni za Mercedesem AMG GT
(on jest w końcu żółty czy złoty?)
nasz samochód miał tylko ok 350 koni mniej
wynik jest jasny...
ale było miło! 


Wyjazd zaliczam do niezwykle udanych i dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do realizacji tego wszystkiego, bo dzięki temu Nowe Oblicze żyje! ;)  GALERIA

wtorek, 24 maja 2016

Goło i wesoło. Czyli słów kilka o tym, jak praca rujnuje nam życie ;)

Pieniądze są ważne. Nie oszukujmy się, bez nich w dzisiejszych czasach trudno jest coś zdziałać. Tylko co, jeśli tych pieniędzy nie mamy, a praca z różnych względów nie wchodzi w grę - trzeba myśleć, kreatywnie! Pracując normalnie, dzień w dzień, wykonując te same czynności zauważyłam, że bardzo szybko człowiek się wówczas uwstecznia. Wiadomo jeśli czegoś nie robimy na bieżąco, nie wykorzystujemy swoich umiejętności, to one zanikają - jest to prawda powszechnie znana, a przez tak nielicznych stosowana. Dla większości jest to wygodna sytuacja, robią dzień w dzień, miesiąc w miesiąc i jak się uda rok w rok to samo, udając się w to samo miejsce, do tej samej roboty i tak samo narzekając jaka ona jest ch*jowa, ale generalnie nic w temacie nie robią, bo w sumie potrafią już to robić, nie muszą się uczyć niczego nowego, a kasa lepsza lub gorsza wpływa i nie trzeba się o nic więcej martwić. Gorzej jeśli nagle okazuje się, że pracę się traci i pora ogarnąć swoje życie na nowo, bo pojawia się ogólny niepokój, niekiedy panika związana z brakiem stałych przelewów na konto. Dlatego też uznałam, że skoro już studiuję i niewiele mi tego wspaniałego czasu zostało, to muszę go sensownie wykorzystać, chociażby na to by spróbować swoich sił w rzeczach o jakich kiedyś marzyłam i uważałam za nieosiągalne, a teraz mam świadomość tego, że to tylko kwestia moich chęci.

Żeby zrealizować jakiś cel zawsze czegoś nowego trzeba się nauczyć i nie ma zmiłuj. Trzeba wyjść do ludzi, wejść w dane środowisko, a czasami w ogóle zmienić swoje otoczenie, znajomych, oderwać się i zacząć wszystko od nowa. Szczególnie w młodym wieku (te dwadzieścia parę lat uważam raczej za mało, niż wiele) nie można stać w miejscu, być ograniczanym przez innych i myśleć co powiedzą znajomi, może się obrażą, wyśmieją, odwrócą - trudno skoro się tak stanie przez to, że człowiek chce się rozwijać, to niestety widocznie nie są warci tej znajomości i tym nie należy się przejmować, gdyż idąc do przodu poznajemy nieustannie niesamowite postaci, które często stają się inspiracją i bodźcem do kolejnych działań, a rozmawiając z nimi okazuje się, że właściwie każdy zaczynał tak samo, od wyznaczenia sobie celu i dążenia do jego realizacji. To takie proste! W sumie to wróćmy do kwestii kasy, od czego właściwie zaczynałam. Pracując i mając normalną wypłatę zauważyłam, że wielu rzeczy mi się odechciało robić, szłam na łatwiznę, nie chciało mi się już w sumie nic za wiele, dlatego też jak miałam opcję coś zrobić to wolałam to kupić. No bo kto bogatemu zabroni! I generalnie w połowie miesiąca moja sytuacja już była nieciekawa - chyba każdy to zna. Na tydzień przed wypłatą to już wypadało ograniczać racje żywieniowe, ale tak czekało się do kolejnej wypłaty i czas leciał. Aktualnie mój stan zarówno psychiczny jak i fizyczny uważam za dobry, nie jestem zniewolona robotą, grafikiem, obowiązkami, które mnie wkurzają, dosłownie goła i wesoła. Czasem coś się uda zarobić, więc można odłożyć na wyjazd, jedzenie wychodzi taniej, bo jak może niektórym wiadomo, aktualnie mam fazę na chwasty, więc automatycznie dużo oszczędzam na jedzeniu. Jeśli mam coś kupić, teraz kilka razy myślę zanim to zrobię. Sprawdzam dokładnie jakość i pochodzenie produktów. Kupuję to, co jest mi potrzebne. Tyle ile mogę - robię sama. Jeśli czegoś nie umiem zrobić - to się uczę. Dzięki czemu po kilkumiesięcznych poszukiwaniach solidnego regału w sklepach, udałam się na swój strych, następnie do garażu i ze znalezionych elementów zrobiłam go, bez niczyjej pomocy i wkładu finansowego. A porównując jego wytrzymałość to tych gotowców dostępnych w sklepach - one mogą się przed nim schować!

Wydawać się może, że teraz żyje mi się biednie. Ja uważam, że żyje mi się ciekawiej. Jeśli mam w głowie jakiś pomysł, próbuje go zrealizować, dzięki czemu się uczę, nabywam nowe umiejętności i przede wszystkim mam czas myśleć! A odłożone pieniądze mogę sensowniej wykorzystać. I pewnie tym tekstem strzelam sobie w kolano, bo kto by mnie teraz chciał zatrudnić. Tylko patrząc przyszłościowo, skoro ktoś chce dobrego pracownika, to raczej takiego, który nie boi się wyzwań i coś umie, a praca na kasie w spożywczaku, zbiorach, czy sprzątaniu nie nauczy mnie niczego, a raczej zabije jakiekolwiek chęci walki i rozwoju - ile wart jest taki pracownik? Trzeba korzystać, póki jest czas, uczyć się, rozwijać, próbować. Nie bać się ruszyć dupy, szczególnie jeśli nie mamy jeszcze dużych zobowiązań, rodziny, dzieci i hipoteki na głowie, bo wtedy nie będzie łatwiej. Ogólnie później nie będzie łatwiej niż jest teraz. Później będzie już tylko trudniej. Im dłużej się zwleka, tym bardziej wydaje się to niemożliwe, a człowiek staje się tchórzliwy.

To, czy czujemy się z tym gorsi lub lepsi zależy tylko od nas. Nikt nie jest w stanie przewidzieć ile masz gotówki przy sobie albo pieniędzy na koncie, albo czy w ogóle masz konto. Ja nie mam. A mimo to idąc ostatnio do Media Expert w poszukiwaniu normalnej myszki do kompa, takiej na kablu... byłam z każdego regału atakowana przez niezwykle miłych i całkiem niezłych pracowników sklepu, którzy z uśmiechem od ucha do ucha oferowali swą pomoc. Tym sposobem nie wiem jakim cudem znalazłam się na pralkach, ale mniejsza o to. Dało mi to w sumie to myślenia. Ile trzeba zapłacić człowiekowi by tak pracował? Albo jak go złamać? Sorry, ale na bogatą nie wyglądałam, a czułam się jak jakiś VIP - a o tym właściwie napiszę już jutro, bo jak się okazało po raz kolejny, że czasem warto spróbować, bo kto wie, może się udać.

A więc kończąc - nie zawsze gotówka oznacza fajne, ciekawe życie, znam masę ludzi, którzy mają spokojną sytuację finansową a życie nudne jak flaki z olejem, natomiast osoby mające cele w życiu i nie bojące się ryzyka - czeka często trudna, ale wspaniała przyszłość. 

sobota, 7 maja 2016

Mam wszystko i nie mam nic.


Właściwie to powinnam być szczęśliwa. Mam gdzie mieszkać, co jeść, jeszcze mam jakieś środki na niedaleką wycieczkę, choć wystarczą one na krótko. Na uczelnię właściwie chodzić nie muszę, w sumie to nie chodzę już nawet nie pamiętam od kiedy, bo i tak prawie nie mam zajęć, a jak mam to wykłady, na których i tak nie jestem w stanie się skupić, bo raczej wtedy natłok innych myśli chodzi mi po głowie. Jest już maj. Coś się kończy i czasu zostało coraz mniej. Przeglądam stare foldery ze zdjęciami przygotowując się do spotkania z moją jakże nudną osobą. Natrafiam tam na kadry z początków studiów. Dzień napchany zajęciami, wykłady, ćwiczenia... później doszło radio. Człowiek wracał do domu w stanie kiepskim, nieużytecznym i w sumie już nawet niekontaktowym i jedyne co, to zmierzało się do kompa ewentualnie coś szybko skończyć/przygotować na kolejny dzień i spać. Dodatkowo mnogość wyjazdów, spotkań zapełniała cały tydzień ponad normę. W styczniu mówiłam sobie, że będzie lepiej, że będzie coraz fajniej, napiszę pracę, obronię się, między czasie będą wyjazdy w góry, rajdy... . Tylko jak zwykle coś się zepsuło. Pierwsze problemy na uczelni, później trochę innych. Wszystko się zmienia, ale moje skłonności do pchania się w gówno z którego później trudno wybrnąć są niezmienne. Przez te 3 lata studiów osiągnęłam więcej niż mogłam sobie wymarzyć, zdobyłam poziom o jakim nawet nie myślałam, komfort życia jako taki też wzrósł, ale czy z tego powodu jestem szczęśliwsza? NIE! I choć cieszy to, że widzę i słyszę swoje postępy, to w głowie jest masa myśli, których trudno się pozbyć. Cieszy też to, że sprawiam radość innym, że zaciekawiam ich, zachęcam do poznawania świata, tylko sama odnoszę wrażenie, że w pewnym momencie utknęłam w martwym punkcie. Coś się kończy, ale co dalej? Kiedy starsi, mądrzejsi znacznie odemnie ludzie mówili już dawno, że trzeba mieć wyznaczony cel, odpowiadałam, że życie pokaże, bo zawsze pokazywało, wyznaczało nowe ścieżki. Teraz nie chce. Teraz czeka na mój krok, mój wybór. Daje mi szanse, której nie potrafię w tym momencie wykorzystać.

Ostatnio rozmawiając, krótko określając to co robię, uświadomiłam sobie, że przez stosunkowo niedługi czas, bo jednak wiek tych lekko ponad 20 lat nie wydaje mi się przesadnie długim, przebyłam przez tyle środowisk, poznałam bardziej i też mniej tylu ludzi, że jednak znacznie wpłynęło to na moją obecną "formę". I śmiem wątpić, że wpłynęło to dobrze. Owszem dobrze jest sobie radzić wszędzie, ale jakoś mi to nie pomaga. Nie czuję miejsca, gdzie jest mi najlepiej. Kilka dni temu napisałam, że dobrze, że mi ktoś robi zdjęcia, bo przynajmniej widzę jak głupie rzeczy robię. Przeglądając ostatnie galerie z wyjazdów nie widzę w nich tego co było kiedyś. Jedyne co zauważam to podejmowanie z mojej strony zbędnego ryzyka. Może i jest lepszy warsztat, większa dokładność, ale brakuje mi czegoś. Tego co było na samym początku, kiedy zdjęcia robiłam jeszcze cyfrówką, kiedy cieszyłam się każdym napotkanym obiektem, każdym widokiem, nowym miejscem. 

Nasze otoczenie się zmienia i ludzie się zmieniają. Chęć stabilizacji? Broń Boże! Stabilizacja kojarzy mi się z monotonią, choć miło byłoby mieć jakieś ostoje, które służyłyby chociażby za punkt wyjścia. Mam wszystko i nie mam nic. Przerost ambicji nad możliwościami. I w dalszym ciągu poszukiwanie czegoś, co na dłużej przykuje moją uwagę. 

czwartek, 5 maja 2016

Słów kilka o tym jak w potrzebie możesz liczyć tylko na siebie

W końcu ktoś mi zarzuci, że wpisy na blogu pojawiają się tylko wtedy, kiedy  jestem wkurzona i chcę zwrócić uwagę na pewne problemy - będzie miał słuszność. Choć uważam się za osobę stosunkowo spokojną, cierpliwą i w miarę wyrozumiałą (wszystko w granicach rozsądku), to niekiedy trafiają się sytuacje, w których szlag mnie jasny trafia, więc dzieci niech lepiej tego nie czytają, a dorośli niech wybaczą wulgaryzmy pojawiające się w tym tekście, ale inaczej po prostu się nie da!

To już nie pierwszy przypadek kiedy pod Przemyślem trafiam na zwierzę potrzebujące pomocy i fajnie jakby udzielili jej fachowcy z odpowiednim sprzętem i doświadczeniem, a nie ludzie dysponujący zaledwie dużymi chęciami i jakąś tam wiedzą, choć jak już się znów przekonałam ci drudzy przez to, że chcą - mogą więcej. Jedna z sytuacji, takich ciekawszych i poważniejszych z którymi miałam styczność, to znalezienie na forcie "Optyń" żbika, który nie bardzo reagował na ludzi obok siebie i był ogólnie w kiepskim stanie, gdyby nie ogon, pewnie wzięłabym go za normalnego kota i wpakowała do samochodu. Aby się upewnić co zamierzam łapać zadzwoniłam do koleżanki z Fundacji Felineus, która zawsze dobrą radą poratuje. Dziewczyny z fundacji szybko ustaliły, że to żbik i podały mi namiary na słynną lecznicę Ada w Przemyślu. Dodzwoniłam się, sprawę zgłosiłam. Niby mieli to zgłoszenie sprawdzić, ale na tym się skończyło, bo niestety o historii żbika nic mi więcej nie wiadomo. Dobra, rozumiem, stwierdzili, że robię ich w ciula, bo jak do żbika podeszłam, to niemożliwe...


1 maja - oczywiście wszystko pozamykane, ludzie zmuszeni udać się gdzieś indziej niż do sklepów na zakupy ruszają to tu - to tam. Jednakże na opuszczonej cegielni nie ma nikogo i chyba dawno nikogo nie było, a nawet jeśli był to wątpliwe jest to, że normalny człowiek zagląda do studzienek w poszukiwaniu jakiegoś tajemniczego wejścia... mniejsza o to. Jako, że my nigdy nie mieściliśmy się w normie, chłopaki namierzyli uwięzionego jeża. Przystąpiliśmy więc do akcji ratunkowej.



Stan jeża niestety nie był za ciekawy, czuć było już w dłoniach to, że musiał tam chwile siedzieć, bo był za lekki, pazury miał starte, palce i nos obdarte i trochę połamanych igieł. Nie bronił się, nie fuczał, tylko był taki w sumie sflaczały. Padła decyzja, by znów szukać pomocy u Fedaczyńskich. 



Między kolejnymi telefonami jeż został napojony i zmuszony do spożycia dżdżownicy, co przyszło mu dość opornie, ale grunt, że poszło. Stwierdziliśmy, że nie będziemy czekać dłużej, a on i tak na cegielni nie zostanie, bo było tam za dużo miejsc, gdzie nadal mógł wpaść, więc został spakowany do torby na aparat i wyruszyliśmy z nim w drogę. Tak też natrafiliśmy na schronisko dla zwierząt w Orzechwcach, więc już pojawiła się radość, że jeż w spokoju chociaż miskę wody i karmę dla kota dostanie. A tu - mówiąc potocznie - chuj. Na wstępie dostaliśmy opierdol, że w ogóle raczyliśmy zadzwonić do bramy i zmusić opiekuna do wyjścia. Po drugie dostaliśmy opierdol, że dupę zawracamy jeżem, skoro nie mamy żadnych papierów na niego, że schronisko ma go przyjąć, mamy sobie dzwonić do Fedaczyńskich, a skoro nie odbierają to mamy problem. Po trzecie gość podsumował, że oni weterynarza nie mają, jeża nie przyjmą i nawet nie dostanie od nich miski z wodą i żarciem, a argument, że nie chcemy wieźć jeża do Rzeszowa, bo to kawał drogi, jakoś do niego nie trafiał - spoko! Gratuluję podejścia do sprawy! A niech ich szlag trafi. To już ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości by wzięli tego jeża i chociaż dali tej wody i parę granulek karmy, a w nocy pod las wynieśli. Gdzie tam, osoba zajmująca się bezdomniakami, ma w dupie los osłabionego zwierzęcia, bo żeśmy papieru nie dali. No po prostu ja pierdolę. Naprawdę? Ciekawe czy jakbyśmy przywieźli zdychającego psa zareagowaliby podobnie - no pewnie tak, skoro nie ma kwitka...

Do Fedaczyńskich się nie dodzwoniliśmy, w sumie mnie to nawet zbytnio nie zdziwiło, bo w końcu święto. Wieźć go do Rzeszowa w takim stanie - nie było sensu. Stres spowodowany długą drogą mógłby jeszcze bardziej zaszkodzić niż pomóc, choć przynajmniej ja zagwarantowałabym mu schronienie i odpowiednie żarcie w opór aż do powrotu do sił. Postępując ZGODNIE Z PRAWEM jeż został tylko przewieziony w bezpieczne miejsce na skraj lasu z dala od dróg i tam pozostawiony. Albo przeżył, albo go coś zeżarło. Przynajmniej próbowaliśmy. 


Ale to nie koniec! Następnego dnia napisałam do lecznicy Ada z zapytaniem, czy są jeszcze jakieś miejsca w Przemyślu, gdzie można szukać ratunku w takich przypadkach, bo kto jak nie oni może mi udzielić lepszej odpowiedzi w tej sprawie, no kto? No to macie - screen po prawej. Ja rozumiem, że telefon ratunkowy w święta mógł nie działać, rozumiem, że tego żbika mogli wziąć na głupi żart. Ale żeby ich przerosło odpisanie na niezbyt skomplikowane pytania? Fakt, że było już po godzinie 22, ale żeby do tego stopnia? Szkoda, bo liczyłam jednak na profesjonalizm. Podanie kontaktu? Jakąś radę, albo nawet link odsyłający do jakiejś treści, jakby im się pisać nie chciało. No ale... może za dużo bym chciała. Może za dużo wymagam. Może i jestem cholerną idealistką, przez co później siedzę i się wkurwiam, że liczyłam na czyjąś pomoc zamiast działać sama. Ale chociaż w tych kwestiach, kwestiach ratowania życia, pomagania innym, zawsze liczę na to, że jednak są dobrzy ludzie, z powołaniem, dla których przyjemnością i radością byłoby wystawienie miski z karmą - te parę granulek to tak dużo? Zwykły prosty gest - to zbyt wiele?

środa, 4 maja 2016

Roladki z piersi kurczaka i sałatką z mniszka lekarskiego

Roladki z piersi kurczaka 

Sezon chwastów trwa w najlepsze, jednak po wielu zarzutach mięsożerców, że moimi potrawami nie można się najeść - dziś nieco inna propozycja. Myślę, że powinna ona Was zadowolić, lub chociażby zapewnić komfort psychiczny, że jest mięso, jednak wymaga nieco więcej pracy i cierpliwości niż moje poprzednie dania. 



Składniki:
  • filet z kurczaka
  • pieczarki
  • żółty ser (najwygodniej w plasterkach)
  • olej kokosowy
  • ogórek 
  • mniszek lekarski
  • szczypiorek
  • śmietana
  • bluszczyk kurdybanek 
  • oregano
  • pieprz 
  • sól
  • bułka tarta 
  • jajko
  • ostra papryczka/sos


Przygotowanie: 


ROLADKI: Filet porcjujemy na większe plasterki, które będzie można łatwo zwinąć. Następnie przyprawiamy je solą, pieprzem oraz ostrą papryką/sosem. Międzyczasie lekko podduszamy na patelni pieczarki z dodatkiem oleju kokosowego pieprzu i soli. Zwijanie: Na filet kładziemy plasterek lub dwa żółtego sera, pieczarki i doprawiamy oregano oraz bluszczykiem kurdybankiem. Zwijamy. Jeśli roladka się rozpada możemy sobie pomóc przebijając ją wykałaczką. Następnie roladkę wkładamy do roztrzepanego jajka a następnie obtaczamy w bułce tartej. Gotową dajemy na patelnię z rozgrzanym olejem kokosowym. Smażymy aż do uzyskania złotego koloru.

SAŁATKA: Klasycznie mniszka lekarskiego możemy potraktować jak sałatę - poszarpać go lub pociąć na większe kawałki. Ogórka tniemy w kostkę, dodajemy do tego jeszcze posiekany szczypiorek, pieprz, odrobinę soli i śmietanę. Mieszamy i gotowe.

OPCJA DLA LENIWYCH: Kurczaka tniemy w kostkę i smażymy z pieczarkami na oleju kokosowym na patelni, przyprawiamy solą, pieprzem, ostrą papryką. Na koniec dodajemy oregano i bluszczyk, kładziemy na to żółty ser i czekamy aż się roztopi. 

I właściwie to chyba tyle. Powodzenia!