środa, 30 listopada 2016

MAŁE RZECZY

Bo wiesz...
są momenty w życiu kiedy cierpimy z przesytu dobrobytu, wszystko co dzieje się dookoła nas jest wielkie i wyniosłe, często obciążone wieloma trudami i wyrzeczeniami, zmianą trybu życia, czy też po prostu szczęściem, ale sprawia, że ten dobrobyt przytłumia małe rzeczy, proste gesty, których tak mało jest w codziennym życiu. Choć może właśnie nie jest ich mało, tylko przestaliśmy je dostrzegać. Kiedy dochodzimy do momentu, że niby żyje nam się dobrze, niby nie musimy się tam czymś w danym momencie przesadnie martwić następuje przełom i największą radość potrafi sprawić babka klozetowa na dworcu w kiblu zamiast automatu, który życzy sobie 2,50 zł w monetach nie mniejszych jak 50 gr.

Tak, brzmiało to już tak dobrze. Jak jakaś głębsza myśl, przemyślenie a skończyło się na generalnie gównianej sytuacji. Gównianej z dwóch przyczyn. Jedna jest myślę logiczna, o drugiej dowiesz się kilka linijek dalej.

Życie w ciągłym biegu - takie "udogodnienie" XXI w. Do czego ono się sprowadza? Nie mamy czasu dla siebie, dla rodziny, najbliższych, tych, których cenimy, oraz naszych przyjaciół. Nie mamy czasu na odpoczynek, oderwanie się, przemyślenia, czy naukę tego co lubimy, chcemy. Nasze życie w pewnym momencie zaczyna sprowadzać się do taniej siły roboczej (Czymże jest jakieś wynagrodzenie, za cenę życia? Czy można by rzec, że w dzisiejszych czasach Twoje życie jest warte tyle ile zarabiasz? Że możesz sobie pozwolić na cokolwiek po za rachunkami? ... ), która może później stworzy kolejne pary rąk i nóg do pracy w lepszym lub gorszym świecie, na lepszych lub gorszych warunkach. I raczej wybrałabym tą drugą opcję, bo teraz dzieciństwo jest tragiczne i można tylko współczuć kolejnym pokoleniom przychodzącym na ten świat. Od małego faszerowanymi proszkami, wpatrzonymi w monitory, od momentu zdatności do oddania w ręce żłobka, później przedszkola - targane każdego ranka przez rodziców w ręce obcych ludzi, aby mogli pracować. Katowanymi coraz bardziej ułomnymi systemami edukacji, które tworzą ameby, a nie istoty myślące, bo kto ich nauczy myśleć kiedy to rodzice pracują, dziadkowie też, bo przecież emerytur brak, a dziecko spędza dnie w jakiejś instytucji, gdzie nie może się poszwędać, zrobić "bazy" z kolegami, nabić sobie guza, rozwalić kolana czy tam innych rzeczy lub spaść z drzewa - nieeee o Boże! Do drzew nie można, bo tam kleszcze! Borelioza! Kleszcze to śmierć w czystej postaci!


I tak sobie żyję z dnia na dzień, znów bez pracy, by móc żyć, póki to jeszcze możliwe, korzystając z dobrodziejstwa Ministerstwa, które uznało, że w końcu po przeszło 22 latach mojej egzystencji, może dofinansować mój rozwój i przekazać mi co miesiąc mniej niż szczęściarzom łapiącym się w program 500+, które nawet nie wystarcza na pokrycie raty czesnego. Tyle wygrać!

Wracając do tej gównianej sytuacji, chyba znasz ten moment, kiedy wpadasz w ostatniej chwili na dworzec i widzisz 2 odjeżdżające busy, w tym jeden twój? No nie... ludzi na stanowisku brak, chaos jak to zwykle po weekendzie, gdzie człekokształtni się pozabijają byleby tylko wleźć do busa. Informacja podaje opóźnienie o 20 min, a zastępcze przyjadą na stanowisko 5, 6, chwile później okazuje się, że na 15 (wtf?! where? przecież tu nie ma stanowiska 15) i ta decyzja, w której stwierdzasz, że choćby się miało żebrać u ludzi o kasę na kibel to nie ma  czasu czekać.
Podjęcie próby, automat czy babka. Jednak istota ludzka. Kolejki jak za komuny za papierem toaletowym, jakieś laski kłócą się z babką, że one mogą do męskiego, byleby wejść już, bo nie wytrzyma. Ta nie wpuszcza, bo się faceci zawstydzą celując do pisuarów. W sumie zrozumiała decyzja, po co kobieta ma sobie dokładać roboty. Dziewczyna ogarnięta zwątpieniem odbiega. Patrzę na cennik 2 zeta. Nie dość, że nie automat, to jeszcze taniej. Bajka. W pośpiechu szukam kasy po kieszeniach, w portfelu nie było za bardzo co szukać, w kurtce znajduję metalową żabkę z grosikiem w pysku - no przecież jej go nie wyrwę.. Liczę wszystkie drobniaki w przewadze złociaki. "Yyyy czy bez 5 groszy mogę wejść?" - mówię sypiąc garść znalezisk na blat. Wpuszcza mnie bez problemów, a ja jestem w szoku tak bardzo, jak w momencie, kiedy młody facet przez uprzejmość otwiera mi drzwi. W kiblu słyszę informacje,  że opóźniony bus podjedzie zaraz na stanowisko 8, wychodzę jeszcze raz dziękując kobiecie za łaskawy gest i gonie na tą ósemkę. Jedzie, ale nie tu. Nie zatrzymuje sie, leci dalej a za nim stado ludzi, którzy napierają jak podczas walki o karpia w Lidlu, a jest o co walczyć, w końcu przewoźnik podstawia nam luksusowego busa zastępczego. Ostatecznie klasycznie staje na 14 a mi jakimś cudem - pchniętą przez tłum - udaje się wbić w pierwszej 10.

Chaos? Doprawdy? Teraz spójrz na swoje życie :)

Doszukujesz się morału? Proszę bardzo! Jak nie w tym poście to w kolejnym.
Kolejnym? Tak, kolejnym. Powiadam Ci - powracam!

środa, 7 września 2016

może powrócę?

Prawie 3 miesiące... na tyle porzuciłam bloga, nawet nie zaglądając tu ani na moment. Jedni zdążyli o mnie zapomnieć (swoją drogą słusznie), inni do pewnego czasu motywowali krzykiem i wyzwiskami (również słusznie, choć mało skutecznie),  a ostatni w rozmowach wracali do Nowego Oblicza sugerując, że chętnie by coś nowego przeczytali, bo widzieli iż dużo się dzieje. Nie mogę zaprzeczyć, bo dzieje się, aż za dużo biorąc pod uwagę moje dawne normy. Jednak normy uległy zmianom, bo coś co się nie zmienia stoi w miejscu, a ja ustać nie potrafię. 


Życie jest sztuką wyborów. mogą być one trafne, lub też mniej. Na moje ostatnie decyzje nie mogę narzekać, nawet na te złe, bo w dotkliwy, ale skuteczny sposób pokazały mi co jest ważne. Już dawno temu pisałam, że moje życie w niebezpieczny sposób nabrało tempa - tak pisałam kiedyś... nie wiedziałam co to naprawdę oznacza.

Wiele rzeczy przez te 3 miesiące się zmieniło. Ludzie przychodzili i odchodzili. Niektórzy pokazali swoją prawdziwą twarz. Były kłótnie, zażarte bitwy a nawet wojna. Nierzadko się też zawiodłam, zauważając, że zmarnowałam czas wyciągając do kogoś rękę, licząc na normalną współpracę i zdrowe przyjacielskie relacje. Nie i nie mówię tu o związkach, żeby nie było. Nikt mnie nie zranił, nie złamał mi serca, nie musiałam się zamknąć w sobie i odchorować - wręcz przeciwnie.

Trzeba było trochę rzeczy przewartościować, proces ten trwa, postępuje. Przerwa nie poszła na marne. Nie próżnuję. Dostrzegam i czuję więcej. I choć przeszło mi przez myśl usunąć bloga - nie zrobię tego. Choćby dla tych chwil, kiedy siedzę i natłok myśli nie daje mi spokoju.

Dlaczego kiedy człowiek zaczyna coś porządkować, robi się jeszcze większy bałagan?



sobota, 11 czerwca 2016

Śmieciowy problem w Bieszczadach

Bieszczady to nie tylko góry. Ktoś, gdzieś napisał, że w Bieszczady jedzie się tylko raz, a później się tylko wraca. I nie mogę się z tym nie zgodzić. Jest w nich coś takiego, że kiedy człowiek nie był tam przez dłuższy czas, one zaczynają nas wzywać. Wtedy nie pozostaje nic innego - trzeba jechać. 

Najlepiej po górach chodzi mi się o świcie, kiedy nie ma nikogo, choć czasem można spotkać ludzi - podobnych do nas, których spotkanie na szlaku jest wręcz czymś miłym i  dającym nadzieje, że w tym co robimy nie jesteśmy sami. I absolutnie nie zmierzam do tego, że osoby chodzące po górach za dnia są złe. Każdy chodzi jak lubi, a że dzienna zmiana jest znacznie liczniejsza niż nocna, to logiczne jest, że prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś skretyniałego osobnika wzrasta.

W góry jadę dla ciszy, spokoju i samotności. Tego by przemyśleć wszystkie swoje problemy, cele i przełamać kolejne bariery. Nie ma, że sie nie chce, choć zazwyczaj się nie chce. Wyjazd o północy po to by dojechać na miejsce przed 3 rano, gdzie na miejscu jest zimno, ciemno, czasem mgliście i szybko ruszyć w góry by zobaczyć wschód słońca - tej części do przyjemności bym nie zaliczyła. Jednak ten moment, kiedy wschodzi słońce jest na tyle wyjątkowy, że wynagradza wszystko. 

Tym razem naszym celem padła Tarnica. Akurat te okolice nie kojarzą mi się za dobrze, głównie ze względu na to, że jest to szczególnie oblegany szczyt w Bieszczadach, ale będąc tam w zimie niestety nawet tej góry nawet nie zobaczyłam, nie mówiąc już o jakichkolwiek innych widokach. Warunki zapowiadały się wyśmienite, ekipa w składzie Patrycja, Karolina, Leny i Tomek była gotowa, więc czemu nie - schodów widzieć nie będe, bo będzie ciemno. 

Niestety rzeczywistość okazała się dla nas o wiele bardziej brutalna. W skrócie: SCHODY, SCHODY, SCHODY - ja pier****! Szło się mozolnie, ciężko i można było sobie graby połamać. Oj zdecydowanie wolę góry w zimowej odsłonie. Idąc i narzekając rozmyślaliśmy, kto wpadł na tak kretyński pomysł. Chodakowska? Lewandowska? No raczej nie Mel B. Co jak co, ale dziewczyny - pośladki będziecie mieć podniesione do góry i twarde jak skała! Robiło się coraz jaśniej, a my klęliśmy na to dzieło samego szatana, które nie pasowało do tego krajobrazu. W końcu Przełęcz Krygowskiego i biegiem po schodach na szczyt, nawet nie myśląc o tym, żeby się gdzieś wypieprzyć z aparatem w ręce. 

UDAŁO SIĘ!

Pusto, ani żywej duszy. To takie wyjątkowe, wręcz dziwne, na szczycie, który zazwyczaj jest wypełniony do granic możliwości. Pozostało zrobić zdjęcia, nacieszyć się spokojem i widokami, choć temperatura i wiatr niekoniecznie do tego zachęcały, Leny jak to Leny wypatrzył butelkę i zaczął po nią złazić, żeby ją zabrać, ale to co tam znalazł delikatnie mówiąc zaskoczyło nas wszystkich.



Znicze, wkłady, flaga papieska... jakieś domysły? Tak, to pozostałości po Drodze Krzyżowej, która odbywa się co roku na Tarnicę. Jak podaje esanok.pl przewinęło się tam blisko 6 tysięcy turystów. Jak można było zobaczyć z fotek, które dodawali uczestnicy, lazło to jak stado baranów nie tylko wyznaczoną ścieżką, A teraz uwaga kolejna informacja tym razem z bieszczadzka24.pl, która dotyczyła wytycznych dla turystów - oto fragment: Straż Parkowa będzie karać wszystkich, którzy będą używać urządzeń nagłaśniających tj. megafonów, tub itp. BdPN przypomina również, że będzie surowo karać za pozostawianie na swoim terenie zniczy i zaśmiecania terenu. Co również można było zobaczyć na zdj jeden megafon na pewno był. A co ze zniczami i zaśmiecaniem terenu? Mówiąc wprost worek czy też folia ze śmieciami (obecnie trudno stwierdzić) został po prostu pieprznięty za ogrodzenie. Ktoś powie mi jakim cudem zostało to niezauważone? Dlaczego BdPN zezwala na organizację Drogi Krzyżowej, gdzie część uczestników to po prostu bydło, a utrudnia organizację Biegu Rzeźnika, który w bardzo pozytywny sposób promuje Bieszczady, w porównaniu do marszu na Tarnicę. 

Choć po górach chodzę krótko, to od zawsze byłam przekonana, że do nich trzeba podchodzić z szacunkiem. A ludzi prawdziwie wierzących przyciąga cisza i spokój, która pozwala kontemplować, rozmawiać sam na sam z Bogiem. Kościół, co niejednokrotnie się można było przekonać, ma gdzieś przyrodę, zwierzęta, a góry wykorzystuje do celów które nijak się mają do WIARY i POZNANIA. Jeśli już jest organizator tego festynu to powinien zapewnić porządkowych, którzy pozbierają śmieci po swoich braciach i siostrach. Choć w sumie nie potrafię zrozumieć po jaką cholerę znicze w górach. Chyba nie jestem w wystarczającym stopniu wierząca, by pojąć sens organizacji takich wydarzeń. By poczuć ten klimat. Dla mnie patrząc pod kątem duchowości już większy przekaz ma Bieg Rzeźnika, bo tam to naprawdę trzeba mieć wiarę, by go ukończyć ;)  Po za tym nie powinno się zabraniać osobom, które kochają przyrodę, dbają o czystość, kontaktu z górami! Można wprowadzić limit uczestników, osoby odpowiedzialne za czystość, ale te same zasady powinny dotyczyć Drogi Krzyżowej! Dlaczego impreza religijna ma mieć jakieś przywileje? Po za tym czymże jest nawet te 2 tys uczestników rozstrzelonych na trasie przy 6 tysiącach pielgrzymów idących w grupach? 

Po powrocie do domu wrzuciłam zdj na grupę Bieszczady na Fb... o tu. Ciekawa byłam rozwoju wydarzeń. Po części mnie zadowolił, ale jednak nie zaspokoił, więc sprawy nie zostawię.

 

Wracając do tematu wyprawy...
zeszliśmy SCHODAMI na dół do Przełęczy Krygowskiego i znowu SCHODAMI do Przełęczy Goprowskiego, gdzie w okolicach wiaty spotkaliśmy pierwszych dwóch wędrowców i jak się okazało już ostatnich aż do czasu powrotu w to samo miejsce, tylko nie ma się co dziwić skoro na Tarnicy byliśmy po 4.  A później już zaczęła się najprzyjemniejsza część, czyli droga na Halicz - coś pięknego! Wspaniałe widoki, spokój, śpiew ptaków i szum wiatru. W porównaniu do pierwszej części ta szła bajecznie lekko i przyjemnie. Na Haliczu, krótka drzemka, bo wiatr zdmuchiwał człowieka z ławki. Zaczynało wiać coraz bardziej, więc postanowiliśmy wrócić tak jak przyszliśmy, bo było po prostu pięknie... aż do fragmentu ze SCHODAMI. A teraz do czego zmierzam: patrząc tak obiektywnie - przecież to więcej szkody jak pożytku. Dlaczego? Na zdrowy rozum:
  1. Coś co było już stabilne, udreptane, zostało zastąpione czymś nienaturalnym w tym środowisku. Czymś co niby miało powstrzymywać wypłukiwanie ziemi, gdyż kamienie podobno były zbyt niebezpieczne - a raczej ludzie zbyt leniwi i nieuważni więc leźli obok, co dzieje się nadal. 
  2. Schody się wypłukały, więc obecnie są tak samo niebezpieczne jak kamienie, a może i bardziej, bo albo trzeba skakać z belki na belkę, co nie zawsze jest wykonalne, bo nie mają one żadnej regularności, raz jest stopień na 1 krok, innym na pół kroku, kolejnym na dwa, więc stojąc na jednym trzeba postawić krok za belkę na wypłukany stopień, co tylko utrudnia wejście, a w nocy już całkiem. 
  3. Kamienie obok schodów leżą i się marnują zamiast być na schodach. taki stabilny kamyk na którym można stanąć byłby fajny. 
  4. Belki kiedyś zgniją - trzeba będzie znowu wszystko rozbabrać i je wymienić? Czy nie łatwiej było jakoś poprawić ten jak to ujmują "gruz" tak by szło się wygodniej?
  5. No i na koniec rzecz oczywista: Do pogorszenia sytuacji przyczyniały się też powtarzane, co roku masowe wejścia na rozmiękczone mokre szlaki w okresie wielkanocnym. - esanok.pl

Apel na koniec, jeśli już idziesz na Drogę Krzyżową, bo czujesz taką potrzebę, to masz obowiązek zabrać ze sobą swoje śmieci, podnieść z ziemi to co zostało przez kogoś rzucone na ziemię, a w sytuacji, kiedy zobaczysz, że ktoś śmieci - po prostu dać mu w mordę.
(to samo dotyczy normalnych turystów!)

A teraz część przyjemniejsza: chciałabym pozdrowić Ryszarda Maciosa i jego małżonkę.
Mam nadzieję, że się kiedyś jeszcze spotkamy ;)

Galeria zdjęć jak zwykle gdzieś niedługo na Nowe Oblicze :) 

poniedziałek, 30 maja 2016

Spodziewaj się niespodziewanego - Moto Show w Krakowie

Zazwyczaj tak bywa, że kiedy mam już wszystko zaplanowane i tylko odliczam godziny do startu, nagle pojawia się kolejna opcja, która sprawia, że mam dość spory dylemat, co zrobić. Tak było i tym razem.

Moto Show w Krakowie - planowałam tam zajrzeć, jednakże biorąc pod uwagę mój obecny budżet, odrzuciłam tą opcję i raczej miałam do niej nie wracać, bo jednak sama wejściówka, do tego dojazd, dają sumę łączną taką, na którą nie mogę, a może nie chce sobie pozwolić. Bądź co bądź kusiło, bardzo. Kusiło samo w sobie, by zobaczyć jak wygląda taka impreza, kusiło spotkanie z Hołowczycem i parę innych rzeczy w programie, które ułatwiłyby mi znacznie pisanie pracy licencjackiej, bo coś tak utknęłam i ruszyć nie mogłam.

W piątek otrzymałam wiadomość od Duży w Maluchu, że jestem wpisana na listę VIP, więc sobota i niedziela jest moja. Kurczę, no i jak tu zrezygnować, nie jechać - no jak?! Skoro o bilety nie muszę się martwić, pozostała kwestia transportu, która zapowiadała się naprawdę dobrze, bo ilość chętnych na wyjazd do Krakowa mnie naprawdę zaskoczyła. Tylko jak zwykle w ostatniej chwili zostałam na lodzie. Sobota, na rezerwację biletów w sensownych cenach było za późno, w sumie na wszystko było za późno, więc już studiowałam mapę, jak dojechać samochodem na miejsce, żeby nie musieć się użerać z nawigacją w trasie - tak jestem z tych co wolą papier, a nie gadające urządzenia, które lubią nagle, bez naszej wiedzy i zgody zmienić sobie czasem trasę. Na moje szczęście, tak jakoś wyszło, że na wyjazd  zdecydowali się Maciek i Tomek, więc i kwestię transportu miałam już z głowy. Pozostało spakować aparat, książkę - w razie jakbym cudem dorwała Hołka i ruszyć w drogę.

Trasa przebiegała szybko i sprawnie, zatrzymaliśmy się na Lotosie w celu uzupełnienia braków w prowiancie, gdyż czekał nas dłuższy pobyt w Krakowie, jednakże widząc ceny, szybko stwierdziłam, że skoro olali Kubicę, chcą olać Rajd Polski i mimo tego, że czynnikiem przemawiającym za zrobieniem tam zakupów powinien być Kajto, to mimo wszystko uznałam, że 6 zł za litr Coca Coli to to dla mnie za dużo. Przyzwyczajenie do Rzeszowa sprawia, że zapominam, iż nie wszędzie jest po drodze narąbane tyle sklepów, co niestety się później na mnie odbiło, gdyż im bliżej EXPO tym większe korki, zielone światło na którym zdążył przejechać jeden samochód - WTF?!... więc bez zbędnego kombinowania pojechaliśmy prosto na miejsce.

Kolejka była dość spora i nie zamierzałam w niej stać. Lista była wyjątkowo krótka i dziwię się, że tak łatwo mnie wpuścili do środka, gdyż były tam na niej postaci znane z wyglądu, lub chociażby z głosu, ale żeby nie było, że narzekam... bo tak nie jest! No dobra narzekam - szkoda, że nie dawali plakietek.

Ogólnie od zewnątrz wszystko wyglądało dość niepozornie, wewnątrz masa ludzi, na którą właściwie byłam przygotowana i już od początku nie nastawiałam się na jakąś dużą liczbę zdjęć. W sumie to nawet nie zobaczyłam wszystkich samochodów, bo mi się nie chciało. Nie żeby było tego aż tak dużo, tylko co ciekawsze było tak oblepione, że jak dla mnie nie miało to sensu. Hołowczyca namierzyć też nie było trudno - wystarczyło popatrzeć gdzie jest dużo ludzi. W sumie to aż mi się słowa Colina McRae przypominają: "Kiedy nie wiesz, gdzie dalej przebiega trasa OS-u, to wal tam, gdzie jest najwięcej ludzi. Na pewno trafisz..."  - tu było podobnie! Tylko, że nie było sensu się pchać, gdyż zaraz miało się odbyć z nim spotkanie, więc zajęłam grzecznie miejsce i czekałam. Międzyczasie wpadło mi w oko "Piekło Dakaru" - coś, co i ja miałam i z czym miałam zamiar się udać do jego autora. Choć, właściwie chciałam grzecznie w czasie wyznaczonym na tego typu rzeczy, to dość szybko się przekonałam, że wtedy raczej nie miałabym na to szans. Szybko uznając, że są to ludzie bardziej w temacie i wiedzą lepiej niż ja co robić... dołączyłam więc do Rambo Team. I miałam szczęście! Udało się nie tylko spotkać na spokojnie, to właściwie już na samym początku targów miałam i podpis w książce, i zdjęcie z gościem specjalnym. Dlatego też Rambo Team - dziękuję! I przy okazji odsyłam też do bloga Ani - FotoPrzeBłysk!

Głupi ma zawsze szczęście, mam tylko nadzieję, że nie wykorzystam zbyt szybko limitu! 

Tyle co przyjechałam i miałam wszystko to, co zaplanowałam na cały dzień. Pozostało słuchać i obserwować, by wyciągnąć jak najwięcej informacji do mojej pracy. Przy okazji udało się nazbierać trochę przydatnych rzeczy. Czas mijał, głód się wzmagał, ale ceny jak to ceny, szczególnie w takich miejscach. Szkoda mi było dać 6 zł za litr Coca Coli w Lotosie, tak tu za tą samą cenę oferowali mi 0,5l - aż tak zdesperowana jeszcze nie byłam! No dobra, już robiłam nawet podejście do zakupu, tylko nie chciało mi się stać w kolejce, a międzyczasie załapałam się na darmową przegryzkę i napój, więc czego więcej mi do szczęścia było jeszcze trzeba?

Ano Gosi Rdest. Dziewczynę tą złapać też nie było łatwo, ale w ostatniej chwili na szybko się udało, więc mam coś od Niej dla Was. Do wygrania już 9 czerwca na audycji Nowe Oblicze w radioeter.fm - zapraszam do słuchania i oczywiście do udziału w konkursie!

Powrót do Rzeszowa jeszcze szybszy w pogoni za Mercedesem AMG GT
(on jest w końcu żółty czy złoty?)
nasz samochód miał tylko ok 350 koni mniej
wynik jest jasny...
ale było miło! 


Wyjazd zaliczam do niezwykle udanych i dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do realizacji tego wszystkiego, bo dzięki temu Nowe Oblicze żyje! ;)  GALERIA

wtorek, 24 maja 2016

Goło i wesoło. Czyli słów kilka o tym, jak praca rujnuje nam życie ;)

Pieniądze są ważne. Nie oszukujmy się, bez nich w dzisiejszych czasach trudno jest coś zdziałać. Tylko co, jeśli tych pieniędzy nie mamy, a praca z różnych względów nie wchodzi w grę - trzeba myśleć, kreatywnie! Pracując normalnie, dzień w dzień, wykonując te same czynności zauważyłam, że bardzo szybko człowiek się wówczas uwstecznia. Wiadomo jeśli czegoś nie robimy na bieżąco, nie wykorzystujemy swoich umiejętności, to one zanikają - jest to prawda powszechnie znana, a przez tak nielicznych stosowana. Dla większości jest to wygodna sytuacja, robią dzień w dzień, miesiąc w miesiąc i jak się uda rok w rok to samo, udając się w to samo miejsce, do tej samej roboty i tak samo narzekając jaka ona jest ch*jowa, ale generalnie nic w temacie nie robią, bo w sumie potrafią już to robić, nie muszą się uczyć niczego nowego, a kasa lepsza lub gorsza wpływa i nie trzeba się o nic więcej martwić. Gorzej jeśli nagle okazuje się, że pracę się traci i pora ogarnąć swoje życie na nowo, bo pojawia się ogólny niepokój, niekiedy panika związana z brakiem stałych przelewów na konto. Dlatego też uznałam, że skoro już studiuję i niewiele mi tego wspaniałego czasu zostało, to muszę go sensownie wykorzystać, chociażby na to by spróbować swoich sił w rzeczach o jakich kiedyś marzyłam i uważałam za nieosiągalne, a teraz mam świadomość tego, że to tylko kwestia moich chęci.

Żeby zrealizować jakiś cel zawsze czegoś nowego trzeba się nauczyć i nie ma zmiłuj. Trzeba wyjść do ludzi, wejść w dane środowisko, a czasami w ogóle zmienić swoje otoczenie, znajomych, oderwać się i zacząć wszystko od nowa. Szczególnie w młodym wieku (te dwadzieścia parę lat uważam raczej za mało, niż wiele) nie można stać w miejscu, być ograniczanym przez innych i myśleć co powiedzą znajomi, może się obrażą, wyśmieją, odwrócą - trudno skoro się tak stanie przez to, że człowiek chce się rozwijać, to niestety widocznie nie są warci tej znajomości i tym nie należy się przejmować, gdyż idąc do przodu poznajemy nieustannie niesamowite postaci, które często stają się inspiracją i bodźcem do kolejnych działań, a rozmawiając z nimi okazuje się, że właściwie każdy zaczynał tak samo, od wyznaczenia sobie celu i dążenia do jego realizacji. To takie proste! W sumie to wróćmy do kwestii kasy, od czego właściwie zaczynałam. Pracując i mając normalną wypłatę zauważyłam, że wielu rzeczy mi się odechciało robić, szłam na łatwiznę, nie chciało mi się już w sumie nic za wiele, dlatego też jak miałam opcję coś zrobić to wolałam to kupić. No bo kto bogatemu zabroni! I generalnie w połowie miesiąca moja sytuacja już była nieciekawa - chyba każdy to zna. Na tydzień przed wypłatą to już wypadało ograniczać racje żywieniowe, ale tak czekało się do kolejnej wypłaty i czas leciał. Aktualnie mój stan zarówno psychiczny jak i fizyczny uważam za dobry, nie jestem zniewolona robotą, grafikiem, obowiązkami, które mnie wkurzają, dosłownie goła i wesoła. Czasem coś się uda zarobić, więc można odłożyć na wyjazd, jedzenie wychodzi taniej, bo jak może niektórym wiadomo, aktualnie mam fazę na chwasty, więc automatycznie dużo oszczędzam na jedzeniu. Jeśli mam coś kupić, teraz kilka razy myślę zanim to zrobię. Sprawdzam dokładnie jakość i pochodzenie produktów. Kupuję to, co jest mi potrzebne. Tyle ile mogę - robię sama. Jeśli czegoś nie umiem zrobić - to się uczę. Dzięki czemu po kilkumiesięcznych poszukiwaniach solidnego regału w sklepach, udałam się na swój strych, następnie do garażu i ze znalezionych elementów zrobiłam go, bez niczyjej pomocy i wkładu finansowego. A porównując jego wytrzymałość to tych gotowców dostępnych w sklepach - one mogą się przed nim schować!

Wydawać się może, że teraz żyje mi się biednie. Ja uważam, że żyje mi się ciekawiej. Jeśli mam w głowie jakiś pomysł, próbuje go zrealizować, dzięki czemu się uczę, nabywam nowe umiejętności i przede wszystkim mam czas myśleć! A odłożone pieniądze mogę sensowniej wykorzystać. I pewnie tym tekstem strzelam sobie w kolano, bo kto by mnie teraz chciał zatrudnić. Tylko patrząc przyszłościowo, skoro ktoś chce dobrego pracownika, to raczej takiego, który nie boi się wyzwań i coś umie, a praca na kasie w spożywczaku, zbiorach, czy sprzątaniu nie nauczy mnie niczego, a raczej zabije jakiekolwiek chęci walki i rozwoju - ile wart jest taki pracownik? Trzeba korzystać, póki jest czas, uczyć się, rozwijać, próbować. Nie bać się ruszyć dupy, szczególnie jeśli nie mamy jeszcze dużych zobowiązań, rodziny, dzieci i hipoteki na głowie, bo wtedy nie będzie łatwiej. Ogólnie później nie będzie łatwiej niż jest teraz. Później będzie już tylko trudniej. Im dłużej się zwleka, tym bardziej wydaje się to niemożliwe, a człowiek staje się tchórzliwy.

To, czy czujemy się z tym gorsi lub lepsi zależy tylko od nas. Nikt nie jest w stanie przewidzieć ile masz gotówki przy sobie albo pieniędzy na koncie, albo czy w ogóle masz konto. Ja nie mam. A mimo to idąc ostatnio do Media Expert w poszukiwaniu normalnej myszki do kompa, takiej na kablu... byłam z każdego regału atakowana przez niezwykle miłych i całkiem niezłych pracowników sklepu, którzy z uśmiechem od ucha do ucha oferowali swą pomoc. Tym sposobem nie wiem jakim cudem znalazłam się na pralkach, ale mniejsza o to. Dało mi to w sumie to myślenia. Ile trzeba zapłacić człowiekowi by tak pracował? Albo jak go złamać? Sorry, ale na bogatą nie wyglądałam, a czułam się jak jakiś VIP - a o tym właściwie napiszę już jutro, bo jak się okazało po raz kolejny, że czasem warto spróbować, bo kto wie, może się udać.

A więc kończąc - nie zawsze gotówka oznacza fajne, ciekawe życie, znam masę ludzi, którzy mają spokojną sytuację finansową a życie nudne jak flaki z olejem, natomiast osoby mające cele w życiu i nie bojące się ryzyka - czeka często trudna, ale wspaniała przyszłość. 

sobota, 7 maja 2016

Mam wszystko i nie mam nic.


Właściwie to powinnam być szczęśliwa. Mam gdzie mieszkać, co jeść, jeszcze mam jakieś środki na niedaleką wycieczkę, choć wystarczą one na krótko. Na uczelnię właściwie chodzić nie muszę, w sumie to nie chodzę już nawet nie pamiętam od kiedy, bo i tak prawie nie mam zajęć, a jak mam to wykłady, na których i tak nie jestem w stanie się skupić, bo raczej wtedy natłok innych myśli chodzi mi po głowie. Jest już maj. Coś się kończy i czasu zostało coraz mniej. Przeglądam stare foldery ze zdjęciami przygotowując się do spotkania z moją jakże nudną osobą. Natrafiam tam na kadry z początków studiów. Dzień napchany zajęciami, wykłady, ćwiczenia... później doszło radio. Człowiek wracał do domu w stanie kiepskim, nieużytecznym i w sumie już nawet niekontaktowym i jedyne co, to zmierzało się do kompa ewentualnie coś szybko skończyć/przygotować na kolejny dzień i spać. Dodatkowo mnogość wyjazdów, spotkań zapełniała cały tydzień ponad normę. W styczniu mówiłam sobie, że będzie lepiej, że będzie coraz fajniej, napiszę pracę, obronię się, między czasie będą wyjazdy w góry, rajdy... . Tylko jak zwykle coś się zepsuło. Pierwsze problemy na uczelni, później trochę innych. Wszystko się zmienia, ale moje skłonności do pchania się w gówno z którego później trudno wybrnąć są niezmienne. Przez te 3 lata studiów osiągnęłam więcej niż mogłam sobie wymarzyć, zdobyłam poziom o jakim nawet nie myślałam, komfort życia jako taki też wzrósł, ale czy z tego powodu jestem szczęśliwsza? NIE! I choć cieszy to, że widzę i słyszę swoje postępy, to w głowie jest masa myśli, których trudno się pozbyć. Cieszy też to, że sprawiam radość innym, że zaciekawiam ich, zachęcam do poznawania świata, tylko sama odnoszę wrażenie, że w pewnym momencie utknęłam w martwym punkcie. Coś się kończy, ale co dalej? Kiedy starsi, mądrzejsi znacznie odemnie ludzie mówili już dawno, że trzeba mieć wyznaczony cel, odpowiadałam, że życie pokaże, bo zawsze pokazywało, wyznaczało nowe ścieżki. Teraz nie chce. Teraz czeka na mój krok, mój wybór. Daje mi szanse, której nie potrafię w tym momencie wykorzystać.

Ostatnio rozmawiając, krótko określając to co robię, uświadomiłam sobie, że przez stosunkowo niedługi czas, bo jednak wiek tych lekko ponad 20 lat nie wydaje mi się przesadnie długim, przebyłam przez tyle środowisk, poznałam bardziej i też mniej tylu ludzi, że jednak znacznie wpłynęło to na moją obecną "formę". I śmiem wątpić, że wpłynęło to dobrze. Owszem dobrze jest sobie radzić wszędzie, ale jakoś mi to nie pomaga. Nie czuję miejsca, gdzie jest mi najlepiej. Kilka dni temu napisałam, że dobrze, że mi ktoś robi zdjęcia, bo przynajmniej widzę jak głupie rzeczy robię. Przeglądając ostatnie galerie z wyjazdów nie widzę w nich tego co było kiedyś. Jedyne co zauważam to podejmowanie z mojej strony zbędnego ryzyka. Może i jest lepszy warsztat, większa dokładność, ale brakuje mi czegoś. Tego co było na samym początku, kiedy zdjęcia robiłam jeszcze cyfrówką, kiedy cieszyłam się każdym napotkanym obiektem, każdym widokiem, nowym miejscem. 

Nasze otoczenie się zmienia i ludzie się zmieniają. Chęć stabilizacji? Broń Boże! Stabilizacja kojarzy mi się z monotonią, choć miło byłoby mieć jakieś ostoje, które służyłyby chociażby za punkt wyjścia. Mam wszystko i nie mam nic. Przerost ambicji nad możliwościami. I w dalszym ciągu poszukiwanie czegoś, co na dłużej przykuje moją uwagę. 

czwartek, 5 maja 2016

Słów kilka o tym jak w potrzebie możesz liczyć tylko na siebie

W końcu ktoś mi zarzuci, że wpisy na blogu pojawiają się tylko wtedy, kiedy  jestem wkurzona i chcę zwrócić uwagę na pewne problemy - będzie miał słuszność. Choć uważam się za osobę stosunkowo spokojną, cierpliwą i w miarę wyrozumiałą (wszystko w granicach rozsądku), to niekiedy trafiają się sytuacje, w których szlag mnie jasny trafia, więc dzieci niech lepiej tego nie czytają, a dorośli niech wybaczą wulgaryzmy pojawiające się w tym tekście, ale inaczej po prostu się nie da!

To już nie pierwszy przypadek kiedy pod Przemyślem trafiam na zwierzę potrzebujące pomocy i fajnie jakby udzielili jej fachowcy z odpowiednim sprzętem i doświadczeniem, a nie ludzie dysponujący zaledwie dużymi chęciami i jakąś tam wiedzą, choć jak już się znów przekonałam ci drudzy przez to, że chcą - mogą więcej. Jedna z sytuacji, takich ciekawszych i poważniejszych z którymi miałam styczność, to znalezienie na forcie "Optyń" żbika, który nie bardzo reagował na ludzi obok siebie i był ogólnie w kiepskim stanie, gdyby nie ogon, pewnie wzięłabym go za normalnego kota i wpakowała do samochodu. Aby się upewnić co zamierzam łapać zadzwoniłam do koleżanki z Fundacji Felineus, która zawsze dobrą radą poratuje. Dziewczyny z fundacji szybko ustaliły, że to żbik i podały mi namiary na słynną lecznicę Ada w Przemyślu. Dodzwoniłam się, sprawę zgłosiłam. Niby mieli to zgłoszenie sprawdzić, ale na tym się skończyło, bo niestety o historii żbika nic mi więcej nie wiadomo. Dobra, rozumiem, stwierdzili, że robię ich w ciula, bo jak do żbika podeszłam, to niemożliwe...


1 maja - oczywiście wszystko pozamykane, ludzie zmuszeni udać się gdzieś indziej niż do sklepów na zakupy ruszają to tu - to tam. Jednakże na opuszczonej cegielni nie ma nikogo i chyba dawno nikogo nie było, a nawet jeśli był to wątpliwe jest to, że normalny człowiek zagląda do studzienek w poszukiwaniu jakiegoś tajemniczego wejścia... mniejsza o to. Jako, że my nigdy nie mieściliśmy się w normie, chłopaki namierzyli uwięzionego jeża. Przystąpiliśmy więc do akcji ratunkowej.



Stan jeża niestety nie był za ciekawy, czuć było już w dłoniach to, że musiał tam chwile siedzieć, bo był za lekki, pazury miał starte, palce i nos obdarte i trochę połamanych igieł. Nie bronił się, nie fuczał, tylko był taki w sumie sflaczały. Padła decyzja, by znów szukać pomocy u Fedaczyńskich. 



Między kolejnymi telefonami jeż został napojony i zmuszony do spożycia dżdżownicy, co przyszło mu dość opornie, ale grunt, że poszło. Stwierdziliśmy, że nie będziemy czekać dłużej, a on i tak na cegielni nie zostanie, bo było tam za dużo miejsc, gdzie nadal mógł wpaść, więc został spakowany do torby na aparat i wyruszyliśmy z nim w drogę. Tak też natrafiliśmy na schronisko dla zwierząt w Orzechwcach, więc już pojawiła się radość, że jeż w spokoju chociaż miskę wody i karmę dla kota dostanie. A tu - mówiąc potocznie - chuj. Na wstępie dostaliśmy opierdol, że w ogóle raczyliśmy zadzwonić do bramy i zmusić opiekuna do wyjścia. Po drugie dostaliśmy opierdol, że dupę zawracamy jeżem, skoro nie mamy żadnych papierów na niego, że schronisko ma go przyjąć, mamy sobie dzwonić do Fedaczyńskich, a skoro nie odbierają to mamy problem. Po trzecie gość podsumował, że oni weterynarza nie mają, jeża nie przyjmą i nawet nie dostanie od nich miski z wodą i żarciem, a argument, że nie chcemy wieźć jeża do Rzeszowa, bo to kawał drogi, jakoś do niego nie trafiał - spoko! Gratuluję podejścia do sprawy! A niech ich szlag trafi. To już ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości by wzięli tego jeża i chociaż dali tej wody i parę granulek karmy, a w nocy pod las wynieśli. Gdzie tam, osoba zajmująca się bezdomniakami, ma w dupie los osłabionego zwierzęcia, bo żeśmy papieru nie dali. No po prostu ja pierdolę. Naprawdę? Ciekawe czy jakbyśmy przywieźli zdychającego psa zareagowaliby podobnie - no pewnie tak, skoro nie ma kwitka...

Do Fedaczyńskich się nie dodzwoniliśmy, w sumie mnie to nawet zbytnio nie zdziwiło, bo w końcu święto. Wieźć go do Rzeszowa w takim stanie - nie było sensu. Stres spowodowany długą drogą mógłby jeszcze bardziej zaszkodzić niż pomóc, choć przynajmniej ja zagwarantowałabym mu schronienie i odpowiednie żarcie w opór aż do powrotu do sił. Postępując ZGODNIE Z PRAWEM jeż został tylko przewieziony w bezpieczne miejsce na skraj lasu z dala od dróg i tam pozostawiony. Albo przeżył, albo go coś zeżarło. Przynajmniej próbowaliśmy. 


Ale to nie koniec! Następnego dnia napisałam do lecznicy Ada z zapytaniem, czy są jeszcze jakieś miejsca w Przemyślu, gdzie można szukać ratunku w takich przypadkach, bo kto jak nie oni może mi udzielić lepszej odpowiedzi w tej sprawie, no kto? No to macie - screen po prawej. Ja rozumiem, że telefon ratunkowy w święta mógł nie działać, rozumiem, że tego żbika mogli wziąć na głupi żart. Ale żeby ich przerosło odpisanie na niezbyt skomplikowane pytania? Fakt, że było już po godzinie 22, ale żeby do tego stopnia? Szkoda, bo liczyłam jednak na profesjonalizm. Podanie kontaktu? Jakąś radę, albo nawet link odsyłający do jakiejś treści, jakby im się pisać nie chciało. No ale... może za dużo bym chciała. Może za dużo wymagam. Może i jestem cholerną idealistką, przez co później siedzę i się wkurwiam, że liczyłam na czyjąś pomoc zamiast działać sama. Ale chociaż w tych kwestiach, kwestiach ratowania życia, pomagania innym, zawsze liczę na to, że jednak są dobrzy ludzie, z powołaniem, dla których przyjemnością i radością byłoby wystawienie miski z karmą - te parę granulek to tak dużo? Zwykły prosty gest - to zbyt wiele?

środa, 4 maja 2016

Roladki z piersi kurczaka i sałatką z mniszka lekarskiego

Roladki z piersi kurczaka 

Sezon chwastów trwa w najlepsze, jednak po wielu zarzutach mięsożerców, że moimi potrawami nie można się najeść - dziś nieco inna propozycja. Myślę, że powinna ona Was zadowolić, lub chociażby zapewnić komfort psychiczny, że jest mięso, jednak wymaga nieco więcej pracy i cierpliwości niż moje poprzednie dania. 



Składniki:
  • filet z kurczaka
  • pieczarki
  • żółty ser (najwygodniej w plasterkach)
  • olej kokosowy
  • ogórek 
  • mniszek lekarski
  • szczypiorek
  • śmietana
  • bluszczyk kurdybanek 
  • oregano
  • pieprz 
  • sól
  • bułka tarta 
  • jajko
  • ostra papryczka/sos


Przygotowanie: 


ROLADKI: Filet porcjujemy na większe plasterki, które będzie można łatwo zwinąć. Następnie przyprawiamy je solą, pieprzem oraz ostrą papryką/sosem. Międzyczasie lekko podduszamy na patelni pieczarki z dodatkiem oleju kokosowego pieprzu i soli. Zwijanie: Na filet kładziemy plasterek lub dwa żółtego sera, pieczarki i doprawiamy oregano oraz bluszczykiem kurdybankiem. Zwijamy. Jeśli roladka się rozpada możemy sobie pomóc przebijając ją wykałaczką. Następnie roladkę wkładamy do roztrzepanego jajka a następnie obtaczamy w bułce tartej. Gotową dajemy na patelnię z rozgrzanym olejem kokosowym. Smażymy aż do uzyskania złotego koloru.

SAŁATKA: Klasycznie mniszka lekarskiego możemy potraktować jak sałatę - poszarpać go lub pociąć na większe kawałki. Ogórka tniemy w kostkę, dodajemy do tego jeszcze posiekany szczypiorek, pieprz, odrobinę soli i śmietanę. Mieszamy i gotowe.

OPCJA DLA LENIWYCH: Kurczaka tniemy w kostkę i smażymy z pieczarkami na oleju kokosowym na patelni, przyprawiamy solą, pieprzem, ostrą papryką. Na koniec dodajemy oregano i bluszczyk, kładziemy na to żółty ser i czekamy aż się roztopi. 

I właściwie to chyba tyle. Powodzenia! 

środa, 27 kwietnia 2016

Sałatka z mniszka lekarskiego z tuńczykiem


Składniki:

  • mniszek lekarski - spora ilość 
  • papryka
  • ogórek
  • szczypiorek
  • tuńczyk z puszki
  • majonez domowy lub gotowy (opcja dla leniwych) 
  • pieprz
  • sól (himalajska)
    _____________________
  • chleb pełnoziarnisty 
  • olej kokosowy nierafinowany 




Liście mlecza i szczypiorek siekamy, paprykę i ogórka tniemy w kostkę i wrzucamy wszystko do jednej miski. Tuńczyka odcedzamy i dodajemy do reszty, łącząc składniki majonezem a następnie przyprawiając pieprzem. Jeśli ktoś ma za słodko wystarczy delikatnie posolić i gotowe. Do sałatki można podać chleb pełnoziarnisty z olejem kokosowym nierafinowanym, którego zapach idealnie skomponuje się z resztą składników, ale tańsza wersja czyli olej rafinowany też będzie bogaty w swoje właściwości, choć niestety nie posiada on takiego zapachu. 


Olej kokosowy to kolejny produkt z serii tych, który nadaje się do wszystkiego, zarówno do spożywania jak i kosmetyki. Ogrom jego właściwości, powinien chociaż zachęcić do spróbowania jego stosowania, gdyż działa antybakteryjnie i grzybobójczo, reguluje poziom cholesterolu, wspomaga odchudzanie, odżywia skórę, włosy i paznokcie, zawiera naturalny filtr słoneczny i może działać jako środek do demakijażu - tak więc, kto nie zna, testujemy, nie boimy się!

Inne przepisy:
  1. Sałatka z pokrzyw i mniszka lekarskiego
  2. Makaron z czosnkiem niedźwiedzim


wtorek, 26 kwietnia 2016

Krokusowe szaleństwo - czyli krótka opowieść o pewnej patologii


Zobaczyć krokusy w Tatrach - taki cel lekko ponad rok temu obrałam oglądając zdjęcia Doliny Chochołowskiej obsypanej krokusami w Internecie. Na wyjazd jak zwykle brakowało pieniędzy, brakowało ludzi, transportu, a chyba tak właściwie brakowało odwagi, bo inaczej to wszystko sobie wyobrażałam. Rzeczywistość okazała się całkowicie odmienna, zdecydowanie gorsza od tego jak o tym wszystkim myślałam. Nie znałam gór, nie znałam Tatr, nie orientowałam się w terenie w ogóle. Tatry zawsze kojarzyłam z wyższym stopniem zaawansowania, większymi trudnościami w terenie i jakoś tak naturalnie wydawało mi się, że o ile Krupówki są oblegane przez turystów, tak w górach jest jako taki spokój. Wiedziałam, że krokusy przyciągają tłumy, ale do cholery nie w tak skrajnej formie. 
Zgadałam się dość spontanicznie z Kasią, która jako jedyna była w stanie się szybko zmobilizować do wyjazdu we wcześniejszym terminie, by ominąć pielgrzymki turystów (hehe taa... ominąć... ). Na miejscu pojawiłyśmy się jeszcze przed świtem, aby na spokojnie dojść na miejsce. Mroźne powietrze sprawiało, że szło nam się bardzo przyjemnie i droga choć nudna minęła stosunkowo sprawnie. Polana była zamrożona, gdyż promienie słońca jeszcze na nią nie padały, więc krokusy jak we śnie czekały na ten moment w którym miały się przebudzić. Stojąc w miejscu doskwierało nam zimno, więc postanowiłyśmy się przejść gdzieś dalej, poznać okolice i korzystać ze spokoju, o jakim marzyłam w tym miejscu.


 Z każdą chwilą robiło się coraz cieplej, śnieg znikał w oczach i zamieniał się w breję. Stwierdziłyśmy, że to czas by wrócić na miejsce, by spokojnie rozminąć się z tłumem. I jakież było nasze zdziwienie widząc ten cały cyrk. Jako osoba, która chodzi głównie po Bieszczadach i to zimą , nocą, w niekoniecznie ciekawych warunkach - nie jestem przyzwyczajona do większej ilości ludzi na szlaku, a tam czekał nas widok prawie jak w Lidlu podczas polowania na karpie. Wydawało mi się, że jestem w stanie wiele pojąć i wiele zrozumieć - tylko czy ktoś mi wytłumaczy sens i logikę turlania się w krokusach, wbiegania na polanę, siadania dupą na tych nieszczęsnych kwiatach tylko po to by strzelić fotkę, którą będzie można się chwalić przed znajomymi? Brak szacunku do gór, do przyrody i ogólnie do innych ludzi którzy chcieliby zobaczyć te kwiaty w niezgniecionej przez czyjąś dupę formie, mnie przerastał. Wyzwaniem więc stało się wywalczenie miejscówki aby uwiecznić kwiaty bez człowieka w kadrze. GALERIA


Niewątpliwie było pięknie, ale nadeszła pora na ewakuację. Dorośli, dzieci, staruszki, psy, rowerzyści, narciarze i jeszcze na dobitkę nieszczęsne konie. Tragedia. Temperatury wzrosły, więc i droga stała się jednym wielkim lodowiskiem. Raz po raz ktoś się ratował łapiąc równowagę, a tu jeszcze co chwila jak nie pieseł na szmyczy to bez smyczy, to dziecko bawiące się w jazdę figurową, dziecko na rowerze, które nie bardzo wiedziało jak go opanować i na dobitkę konie gonione kłusem po lodzie - po prostu rewelacja. Nie wiem co za debil wyraził zgodę na to by w tym miejscu pojawiły się dorożki konne. Nie wiem co za debil nie zakazał im w tamtym dniu im ruchu, choć straż parku jeździła dość często. Konie umordowane, bo kursy robiły co chwila góra - dół. Ślizgały się i próbowały ratować się gwałtownie poganiane przez spasionych górali - a co jakby pod nogi zaplątało się dziecko? Sceny te przerażały (sprawa została zgłoszona), a widok tych parszywych gęb jadących dorożką obrzydzał całą drogę. Jak tak można?! Schodząc w dół droga dłużyła się niemiłosiernie. Ciągłe rozmijanie się z tłumami, manewry i ogromny żal koni, które mają tam tak przesrane życie. W dół schodziła nas zaledwie garstka, wszyscy gonili do góry, zobaczyć ten "cud natury". Szli i młodzi i starzy, ludzie zdrowi i chorzy, małe dzieci na wózkach i ludzie o kulach, nawet szedł ktoś z uszkodzoną nogą w ortezie wspierany przez swoich znajomych, była też osoba na wózku, zakonnice i bardzo miła babcia z wnuczkiem - oni nie korzystali z dorożek, tylko szli do góry o własnych siłach w warunkach niebezpiecznych i nieprzyjemnych. Kto więc wiózł dupę do góry - otóż chorego i starców tam nie widziałam, ludzie w kwiecie wieku, spasłe świnie, którym akurat ruch by się przydał a nie jeszcze wpierdzielali przez drogę i osoby, którym się od dobrobytu chyba już we łbach poprzewracało a próżnością biło od nich po oczach.
To skoro już się wyżyłam: powrotu w to miejsce na krokusy w życiu nie zamierzam. Jeśli już się tam kiedykolwiek raz jeszcze pojawię to będzie zimowa noc i kierunek okoliczne szczyty. Obecności swej tam nie żałuję, dobrze było się przekonać na własnej skórze a nie z relacji jak ten cyrk wygląda. Mimo wszystko jest to smutne. 

niedziela, 24 kwietnia 2016

Makaron z czosnkiem niedźwiedzim

Chyba mam w sobie coś ze zła, bo osobiście czosnku nie lubię. W kuchni staram się unikać, kiedy trafia się już w jedzeniu - przeżyć przeżyję, ale jako tako przyjemności nie odczuwam z jego spożywania. Jednak jest roślina w pewnym stopniu do czosnku podobna, której jestem wręcz fanką - czosnek niedźwiedzi. Jest idealny do sałatek, makaronów, zup, pasty, czy mięsa, jest również pod ochroną, ale nie stanowi większego kłopotu jego uprawa w ogródku, czy też można nawet podobno kupić go w niektórych sklepach, choć osobiście się tam z nim jeszcze nie spotkałam. Czosnek niedźwiedzi naprawdę trudno pomylić z inną rośliną, idąc czarnym szlakiem na Połoninę Wetlińską można zobaczyć całkiem spore jego skupisko. Niektórzy mylą go z konwalią majową, która jest trująca (!), ale wystarczy urwać liść by mieć 100% pewność z czym mamy do czynienia, gdyż zapach jest nie do pomylenia, nawet dla kogoś, kto ma z nim pierwszy raz styczność. Czosnek niedźwiedzi oczyszcza organizm z toksyn, działa korzystnie na odporność i jest przeciwpasożytniczy, swego rodzaju naturalny antybiotyk zawierający bardzo duże ilości siarki, który działa antynowotworowo.  

Makaron z czosnkiem niedźwiedzim 



Składniki: 
  • makaron
  • czosnek niedźwiedzi
  • mozzarella
  • pieprz
  • sól (himalajska) 
  • oregano świeże lub suszone
  • oliwa z oliwek 
Gotujemy makaron, międzyczasie na patelnię lejemy trochę oliwy z oliwek i wrzucamy posiekane liście czosnku niedźwiedziego i dusimy je aż zmiękną. Ugotowany makaron dajemy na patelnię do czosnku, przyprawiamy solą, pieprzem i oregano, a następnie potrzepujemy mozzarellą. Kiedy ser się stopi danie jest gotowe - ot cała filozofia! Proporcje na oko - w zależności ile mamy czego w lodówce, czas wykonania = czas gotowania makaronu (zależy jaki macie) + 5 min. Smacznego! 

sobota, 23 kwietnia 2016

Sałatka z pokrzyw i mniszka lekarskiego

Większość z nas nie docenia tego, co oferuje nam przyroda. Ludzie z zawziętością pozbywają się chemicznymi środkami chwastów, wylewają beton i asfalt gdzie się tylko da i układają wszędzie kostkę. Jedzenie kupuje się gotowe w sklepach, a przydomowe ogródki nawożone są w większości sztucznymi nawozami. Takie czasy, taka moda, a przecież można lepiej, taniej i zdrowiej. Kiedy tylko przyroda budzi się do życia po zimie, to czas by zacząć rozglądać się dookoła, wybrać się za miasto i nazbierać roślin, które są nie tylko jadalne, ale też niezwykle smaczne i zdrowe. W związku ze sporym zaciekawieniem innych osób jakim się spotkałam, będę publikować moje przepisy tu na blogu, by zachęcić do chociażby spróbowania czegoś zdrowszego niż gotowce ze sklepu. Zaznaczę tylko, że rośliny zbieramy z dala od dróg i terenów zanieczyszczonych, a zanim coś zjemy warto upewnić się, że to co zebraliśmy jest jadalne. 

Sałatka z pokrzyw i mniszka lekarskiego



Składniki:
  • młode pokrzywy
  • mniszek lekarski
    (przy zbieraniu pokrzyw oraz mniszka wybieramy jak najmłodsze liście, wówczas smak będzie łagodniejszy)
  • jogurt naturalny
  • szczypiorek
  • natka pietruszki
  • olej z pestek z dyni
  • żurawina
  • jajko
  • pomidor
  • kwiaty stokrotki i bluszczyku kurdybanku
  • sól (ja dałam himalajską)
  • pieprz
Liście pokrzywy i mniszka płuczemy, w razie gdy pokrzywa jest już starsza i parzy, warto przelać ją wrzątkiem wówczas można ją spożywać bez lęku, że ucierpi nasze podniebienie. Rośliny siekamy lub po prostu potraktujmy je jak sałatę. Odnośnie proporcji - według uznania najlepiej pół na pół albo z przewagą mlecza. Do miski z roślinami dodajemy jogurt naturalny tak aby je połączył oraz dosypujemy posiekany szczypiorek i przyprawiamy solą oraz pieprzem. Podajemy z ugotowanym jajkiem na twardo lub miękko - to bez znaczenia, pomidorem, którego polewamy olejem z pestek z dyni, dodajemy pietruszkę, żurawinę a na dekorację kwiaty, które oczywiście można śmiało zjeść. 

A teraz w ogromnym skrócie o składnikach:
  • pokrzywa - witaminy: A, B2, K, C, zawiera też magnez, żelazo, jod, wapń, jod, sole mineralne... i wiele innych;
  • mniszek lekarski - witaminy: B, A, C, ma również potas, magnez..., jest przeciwzapalny i przeciwwirusowy;
  • szczypiorek - witaminy: C, B1, B2. bogaty w składniki mineralne, ułatwia też trawienie;
  • natka pietruszki - witaminy: A, B, C, D, E, K, PP, kwas foliowy, żelazo, magnez, potas, ułatwia przyswajanie żelaza z produktów roślinnych i zwierzęcych; 
  • olej z pestek z dyni - witaminy: A, C, D, E, B1, B2, B6, kwasy omega 3, omega 6, selen, potas, cynk..., środek  przeciwpasożytniczy;
  • żurawina - witaminy: A, C, B1, B2, ma też jod, wapń, fosfor, zmniejsza występowanie wielu chorób, jak miażdżyca, obniża ryzyko zawału serca; 
  • pomidor - witaminy: C, K, PP, wit. z grupy B, zwiększa odporność, wpływa korzystnie na skórę i gojenie się ran; 
  • sól himalajska - zawiera aż 84 minerały ("wodór, lit, beryl, bor, węgiel, azot, tlen, fluor, sód, magnez, aluminium, krzem, fosfor, siarka, chlorek, wapno, skand, tytan, wanad, chrom, mangan, żelazo, kobalt, nikiel, miedź, cynk, gal, german, arsen, selen, brom, rubid, stront, itr, cyrkon, niob, molibden, ruten, pallad rod, srebro, kadm, ind, cyna, antymon, tellur, jod, cez, bar, lantan, cer, prazeodym, samar, europ, gadolin, terb, dysproz, holm, erb, tul, iterb, lutet, hafn, tantal, wolfram, ren, osm, iryd, platyna, złoto, rtęć, tal, ołów, bizmut, polon, astat, frans, rad, aktyn, tor, protaktyn, uran, neptun i pluton" -  źródło: Naturalna medycyna), generalnie to można o niej naprawde dużo pisać, w porównaniu do tej dobrze znanej nam soli, która więcej szkody wyrządza aniżeli pożytku; 
Myślę, że na temat składników nie muszę pisać więcej, choć zrobiłam to i tak strasznie ogólnikowo, jednakże często nie zwracamy uwagi na to co jemy. Ta krótka wzmianka może da trochę do myślenia i zachęci do zagłębienia się w ten temat. Jak widać przepis na sałatkę jest banalny i chyba nie ma osoby, która by nie poradziła sobie z takim zadaniem, więc pozostaje mi tylko życzyć smacznego :) 

wtorek, 29 marca 2016

NOWE OBLICZE - Odcinek 2


Ich twarze były trupio blade. Głowy całkowicie pozbawione włosów. Oczy mieli czarne, szeroko otwarte, ale bez wyrazu. Skóra na przeraźliwie chudych ciałach pękała, tworząc płaty, gdzie niektóre odchodziły ukazując jeszcze żywą tkankę, z której sączyła się krew prawie tak czarna jak ich oczy. Nie mieli ubrań, jedynie okrywali się poszarpanymi, brudnymi płaszczami. Szli w moim kierunku, chwiejąc się i zataczając na bosych stopach, u których często brakowało palców, inne były owinięte zakrwawionymi bandażami. Podobnie było w przypadku dłoni, część z nich była całkowicie ich pozbawiona, inni wskazywali w moim kierunku czarnymi, sztywnymi, pokrzywionymi palcami. Próbowali coś mówić, ale ich zmarznięte usta odmawiały posłuszeństwa. Z otworów nosowych wydostawała się para, to dało mi pewność, że to nie są zjawy a istoty wciąż żywe. 
Starałam się szybko znaleźć jakieś wyjście, co jednak było prawie niemożliwe. Postaci zbliżały się do mnie, dalej próbując coś powiedzieć. Jednej z nich patrząc w moim kierunku, udało się w końcu wydusić jedno słowo, po czym tłumnie zaczęli powtarzać:
- JEDZENIE!

Ktoś chce drugi odcinek słuchowiska?

poniedziałek, 28 marca 2016

Skutki nudy lub przepracowania - doniczka

Kiedy przez dłuższy czas nie mamy styczności z tym, co bardzo lubimy - zaczynamy za tym tęsknić. Mając jakąś pasję staramy się jej poświęcać każdą wolną chwilę i jeśli byłaby taka możliwość to najchętniej byśmy się z nią nie rozstawali ani na moment. W ostatnim czasie byłam zmuszona siedzieć w domu, bo jednak rzeczy, które miałam do zrobienia, nie pozwalały na wyjazdy w góry czy na urbex. W związku z tym było mi przykro, a w mojej głowie zaczęły rodzić się kolejne pomysły, jak sobie ów klimat przybliżyć. Jeśli  już przedmioty, które widzimy na co dzień powoli przestają nas zaspokajać, to znak, że pora stworzyć coś nowego. Przesadzając kwiatki doszłam do wniosku, że nie mam fajnej doniczki... a więc pozbierałam co miałam w domu, przyszły dwie pomocniczki i do dzieła. 


Przedmioty, które miałam do wykorzystania:
  • jakaś obudowa/osłonka lub kij wie co, przytargane do domu kiedyś w niewiadomym celu;
  • pojemnik po karaczanach madagaskarskich, idealnie pasujący do osłonki (tak, mam karaluchy w domu); 
  • reklamówka jakich wszędzie pełno, zapewniająca szczelność dziurawego pojemnika;
  • ziemia ogrodowa;
  • taśma klejąca;
  • nożyczki


Skoro mamy składniki to pora na przepis:

W związku z tym, że pojemnik po karaczanach miał dziurki, został obklejony taśmą, a następnie do środka włożyłam reklamówkę, a całość napełniłam ziemią do roślin. Międzyczasie na kontrolę jakości przybyła Wiki z Fiestą i po wydaniu przez nie pozytywnej opinii odnośnie jakości gleby w której miały zostać zasadzone rośliny przeszłyśmy do kolejnej czynności. 


W sumie miałam sadzić coś innego, ale stwierdziłam, że ta roślina szybko się rozrasta, więc w dość niedługim czasie uzyskam fajny efekt (pewnie się pochwalę jak będzie gotowe). Bądź co bądź rośliny zasadzone, obkleiłam ponownie pojemnik taśmą i obcięłam zbędne części reklamówki. 



Na koniec zostało tylko włożyć pojemnik do obudowy i urbexowa doniczka gotowa! 



Choć aktualnie wygląda to jak wygląda, to już niedługo folia będzie niewidoczna. Recykling jest, praktyczne zastosowanie zbędnych przedmiotów również, jakiś walor estetyczny na swój sposób też, no i przede wszystkim oryginalność! Jej braku chyba nikt mi nie zarzuci! Znajdzie ktoś lepszą doniczkę w Castoramie? 

niedziela, 27 marca 2016

3 rude w jednym łóżku

Wiedząc, że ktoś czeka na nas w łóżku: chłopak/dziewczyna, pies, książka - udajemy się do niego szybciej i chętniej, tym samym odchodząc od monitora komputera.


Dziś skupmy się na drugim przypadku, czyli psie, no w moim dwóch, małych, wrednych, rudych i złośliwych bestiach. A jak wiadomo ich właścicielka też ruda, więc 3 rude w jednym łóżku - to nie mogło się dobrze skończyć.


Nie wiem skąd zrodził ten podstępny plan w tych małych, niepozornych łebkach, ale generalnie w przypadku mojego pokoju i mojego łóżka sprawa dla nich była generalnie jasna - nie, bo nie i już. Moje skłonności do czarnego koloru, czarnej pościeli i połączenie jej z jasną sierścią średnio mi się widziało, dlatego psy mają wygodne legowisko obok i nawet na każdego przypada jeden jasiek i kocyk oraz miś przytulak, więc full wypas. Tylko tak dziwne było, kiedy jak nigdy stały i patrzyły na mnie tymi wielkimi jak pięciozłotówki, czarnymi ślepiami cicho podchrumkując, jako, że pora na nie, choć północ dopiero, ale spać już chcą, a moje klepanie w klawiaturę im w tym nie pomagało. I tak spoglądały to z nastawionymi pionowo radarami raz na mnie raz na łóżko moje, sugerując mi tym samym, że one tam spać zamierzają, nigdzie indziej, tylko w łóżku moim. W związku ze zbliżającymi się świętami postanowiłam zrobić im tą przepustkę i choć raz zezwolić na spanie ze mną w łóżku. 
- Czyli chcecie tu spać? - Czarne ślepia sztuk cztery mrugnęły i nie pozostało mi nic innego jak pozwolić na wskoczenie do łóżka. Ja wówczas udałam się jeszcze do łazienki a po powrocie zastałam łóżko pościelone po psiemu - kto ma psy w domu, ten zrozumie. Wiki spała zwinięta w kokonie z kołdry na samym środku, natomiast Fiesta rozciągnięta na całą poduszkę. Odzyskałam kołdrę i poduszkę psy przepchałam w nogi. Śpimy. Radość ma nie trwała długo i zaczęło się stosunkowo niepozornie: Wiki spała obok, zapierając się nogami o ścianę a mnie spychając na ziemię. Ponownie przetransportowałam ją w nogi i padłam na poduszkę. Już spało się dobrze, nawet miałam jakiś sen w którym bolało mnie ucho, niepokoił mnie, więc jak to bywa przebudziłam się i od razu było wiadomo w czym tkwi cały szkopuł. Fiesta jeszcze nie wyzbyła się dziecięcych nawyków i ssała mi ucho. Szkoda tylko, że z każdym pociągnięciem w skórę wbijały mi się jej ostre, białe szpilki. Niewiele by brakowało, a zyskałabym dodatkowe dziurki na kolczyki. Dziecko w sumie niczemu winne, po za tym jemu wybacza się więcej, więc obniżyłam ją na poduszce i przekręciłam na drugi bok, aby za chwilę nie budzić się z tego samego powodu. Ułożenie psa było na tyle niekorzystne, że chwilę później zaczęło się jej chrapanie, dosłownie jak starego chłopa. Nie no w sumie, nie było tak źle... jedna owieczka, druga owieczka, czterdziesta... ja pierdolę. Poprawiłam, chwila spokoju. Spaaać! Psy w nogach, psy na nogach, Sylwia w nogach, pies pod głową, pies na głowie, pies ma kołdrę, ja mam kołdrę, znów psy przejęły władze - zakładam więc skarpetki... Ej! Czy to nie jest przesada? Odzyskałam utraconą kołdrę, ułożyłam się w pozycji embrionalnej - teraz nic mnie nie pokona. Sen, taki wspaniały, tak krótki. Chuchanie do ucha z przerywającym go ciamkaniem i poszczekiwaniem przez psi sen Nieee, naprawdę? Dlaczego?! Pogoda za oknem mówiła, że już niedługo będzie dzień, zaraz zadzwoni budzik, ale jeszcze pół godzinki, pół... patrze na budzik 27 minut. Tak, wyśpię się, tak, tak, tak, śpię! I zaczęło się lizanie po twarzy. NIEEE! Spieprzać chce spać, błagam. Lizanie się nasilało, doszło ściąganie kołdry i ciągnięcie mnie za fraki zmuszające do wstania z łóżka. Kiedy Fiesta mnie nadal molestowała, Wiki pobiegła po moje kapcie, które położyła tuż przy stopach, jednej w skarpetce, drugiej bez - już nawet nie wnikałam co się z nią stało, to nie ma najmniejszego sensu. Patrzę na godzinę - 5:40. Dziękuję. Tak, idziemy na spacer. 

niedziela, 20 marca 2016

Nasze życie

Czasami trudno jest nadążyć za zmianami w naszym życiu i niezależnie czy tego chcemy czy nie, jesteśmy zmuszeni nieustannie za nimi podążać. Czasami zastanawiam się czy bunt w wielu przypadkach ma sens. Ciągłe utrudnianie sobie zadania. Udowadniania, że da się inaczej, nie tak jak wszyscy. Pochłania to masę energii, którą można by spożytkować inaczej, chociażby na tworzenie tych zmian. Do niektórych decyzji trzeba dojrzeć, by je zrozumieć. Do niektórych wystarczy się napić i następnego dnia z towarzyszącym nam moralniakiem dojść do takich samych wniosków, do jakich można by dojść będąc w górach. To dla mnie wciąż niepojęte, że góry wyciągają ze mnie całe zło, najgorsze emocje i wypuszczają nową osobę, która już następnego dnia zostanie na nowo zepsuta. Te cholerne czasy i ciągła pogoń sprawiają, że przestajemy żyć. Stajemy się machinami, które działają na wyznaczonych przez kogoś zasadach. I to nie byłoby najgorsze. Natłok obowiązków sprawia, że zapominamy o samorealizacji. Często słyszę wymówki "w moim wieku to nie wypada", "to za późno", "minął ten czas", "mam rodzinę", lub "trzeba się ustatkować" - czy aby na pewno są to przeszkody do tego aby dążyć do bycia lepszym? Dlaczego ludzie się ograniczają? Prowadzą szarą, bezsensowną egzystencję: wstać, iść do roboty, wrócić, TV, spać... okej, żony i matki muszą doliczyć do tego prowadzenie domu i dzieci. Przykre. Skąd ta chęć u tak wielu osób, by w bardzo młodym wieku kończyć swoje życie na rzecz wejścia w schemat? Tak jest łatwiej? Naprawdę? Czy tak łatwo jest utrzymać dom i rodzinę za najniższą krajową, spoko, ma wzrosnąć, mimo wszystko życzę dużo zdrowia i powodzenia. Dlaczego w tych czasach tak mało jest osób chętnych poznania świata? Mamy takie możliwości, stosunkowo bezpieczne czasy a ludzie zamiast z tego korzystać - uciekają. Fajnie jest pojechać za granicę. Zarobić dużo stosunkowo szybko i łatwo. Wrócić lub też nie. I czuć ten niedosyt, że u nas tak nie ma. Za mało kasy, ciągle za mało, a chce się więcej! Naturalny, ludzki odruch. Wiecznie mało. Dobrze jest mieć tyle, by nie martwić się, co włożyć do garnka, czy wystarczy na zapłacenie rachunków, leki w razie choroby, karmę dla psa no i jakby się dało cokolwiek odłożyć - luksus. A tak serio to logicznym jest dla mnie mieć, ale po to by to sensownie spożytkować, a nie mieć by mieć. Jaka jest radość z życia, kiedy na koncie mamy nawet siedmiocyfrową sumę, a siedzimy jak ten dziad i nie mamy się do kogo odezwać, bo nawet pies nas olał, bo nie mieliśmy się kiedy nim zająć, choć ten pies i tak jest naszym jedynym, ostatnim przyjacielem. Nigdy nie miałam zaufania do ludzi, bo jeśli już może być coś złego na tej ziemi, jest tym właśnie człowiek. Zwierzęta nie są z natury złe, choć zdarzały się sytuacje, kiedy chciały wyrządzić mi krzywdę, ale wynikało to bezpośrednio z wcześniejszej winy człowieka. Pies podobno upodabnia się do swojego właściciela. Patrząc w te ślepia moich bestii pisząc to, nie wiem co o tym myśleć. Może lepiej nie myśleć, bo co kolejny to bardziej ułomny na komendy, a za to bardziej zachłanny na wolność, indywidualizm i poznawanie świata.
Każdy z nas ma jakąś przeszłość, każdy popełnił błędy. Ten co ryzykował więcej i się nie bał wiadomo, że ma ich na swoim koncie więcej. Szkoda, że zamiast patrzeć na to, czego człowiek się dzięki temu nauczył, wyciąga się stare syfy na światło dzienne. Tak, to też ludzka natura.
Pytanie: Lepiej być nikim? Człowiekiem, który nie zaryzykował, nie spróbował niczego, nie zmienił, lub nawet nie próbował zmienić czegokolwiek w swoim życiu? Czy człowiekiem, który próbuje, upada, życie go kopie po dupie, ale jednak ma jakiś bagaż doświadczeń i przeżyć?

Pomyśl, co jest lepsze dla Ciebie?


wtorek, 1 marca 2016

Pierwsza wędrówka po Tatrach - zimowe wejście na Kasprowy Wierch



Chyba mogę powiedzieć, że byłam w Bieszczadach już wiele razy, biorąc pod uwagę fakt, że jeżdżę od niedawna i zapoczątkował to jeden niepozorny wyjazd na Wetlinę w dość nieciekawych warunkach, które bardziej powinny zniechęcić niż zachęcić do łażenia po górach. Owszem wcześniej zdarzało się być Biesach czy Tatrach, ale nie konkretnie w celu chodzenia, było podziwianie widoków, napawanie się spokojem, ale nie chodzenie. Swego czasu byłam bardziej skierowana ku kolarstwie niż wędrówce, ale tego jednego dnia blisko 2 lata temu nastąpił pewien przełom. Z moim charakterem nie było to takie łatwe. Widząc, że ludzie sobie lepiej radzą z chodzeniem w takim terenie, wkurzałam się. Miałam świadomość tego, że trzeba się trochę przestawić z pedałowania na inny tryb i rzekłabym, że dla mojej osoby okazało się trudne, gdyż jazda na rowerze była jakby sposobem na życie, przemieszczanie się i poznawanie. Rower był zawsze i wszędzie. Jednak coś zaskoczyło, początkowo niepozornie, ale jednak męczyło od środka i zmuszało do tego by pojechać znowu... i znowu.... . Brak kasy, brak czasu - trzeba pojechać w Bieszczady! Jeździłam, łaziłam, starałam się podnosić poprzeczkę i stawać się coraz lepsza w tym terenie, co raz się udawało lepiej, raz gorzej - jak zawsze w życiu, ale zawsze chęć osiągnięcia szczytu dawała siłę do tego by jednak iść dalej. Co z resztą przełożyło się na życie codzienne i realizację planów i pomysłów. Tak, wyjazd na Wetlinę okazał się przełomem w moim życiu, nie tylko jako nowa pasja, a raczej na styl życia. Jakoś wszystko zaczęło się układać, zaczęło się udawać. Po głowie chodziły mi Tatry, ale ciągle miałam poczucie, że to nie ten lvl, że nie podołam, że odpadnę w połowie i będzie wstyd. W wolnej chwili oglądałam naprzemiennie filmy z wypraw górskich i relacje z rajdów (o rajdach to może kiedyś napiszę, może...). Zaczęłam bardziej interesować się polskim himalaizmem, choć mam świadomość tego, że to się nie uda, a może się uda? Nadeszła więc pora na zrobienie kroku naprzód, ileż to można siedzieć w Bieszczadach? W sumie w nieskończoność, jednak by się czegoś nauczyć, trzeba iść dalej. Grudzień, akurat nadarzyła się promocja na raki. Zebraliśmy się więc i zamówiliśmy je - ja z myślą, że przydadzą się na wiosnę, jak zrobię formę, połażę po Biesach i będę gotowa na wyjazd w Tatry. Międzyczasie jak zwykle palnęłam głupotę, że może jakby te raki doszły szybko to akurat mamy wolne i można by pojechać w Tatry przetestować je. Życie wielokrotnie uczyło mnie, że jak powiem coś dla jaj to staje się to prędzej lub później rzeczywistością, a z reguły prędzej. W czwartek więc odebrałam raki, chwilę po tym poszłam po prowiant i jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy w drogę. 

Miałam sporo obaw przed tym wyjazdem. Czy aby na pewno dam radę, czy jestem w odpowiedniej formie, czy warunki nie zaskoczą, w końcu zima. Tak, był to dla mnie taki chrzest bojowy. Cel wydawał się prosty - Kasprowy Wierch, większość powie "eee co to jest! tam kolejka jeździ", jednakże biorąc pod uwagę, że miałam pierwszy raz iść w Tatry to osiągnięcie jakiegokolwiek szczytu uznałabym za sukces. Umówiliśmy się, że dojdę pod drogę główną, by usprawnić zgarnięcie mnie. Wyszłam przed czasem, by nikt nie musiał na mnie czekać. I sobie tak stoję, pięknie rozgwieżdżone niebo napawało mnie optymizmem a wątpliwości odchodziły na drugi plan. Widoczność była tym lepsza, że latarnie były już pogaszone i trzymał mróz. W powietrzu unosił się zapach bułeczek, które jeszcze ciepłe zabrałam z domu na drogę. Słyszę szelest - okej.... stukanie raciczek po asfalcie - to na pewno sarny, na 100%! Nagłe charknięcie i odchrumknięcia dały mi do zrozumienia, że znowu mam do czynienia z dobrze już mi znanymi stworzeniami. Niepokoił mnie fakt trzymania pachnących bułek w reklamówce i to, że było ciemno jak... jak w nocy. Całe szczęście nadjechał jakiś samochód. Niestety okazało się, że to nie po mnie, ale przynajmniej odstraszył dziki, które uciekły z asfaltu ponownie w pole. Chwilę później w oddali zauważyłam światła naszej szalonej rakiety w automacie z Lenym i Przemkiem na pokładzie. Zapakowałam się stosunkowo szybko i pojechaliśmy. Droga na początku zapowiadała się dobrze, wręcz wyśmienicie, do momentu, gdy widoczność zrobiła się ciulowa, a w pewnym momencie widoczności brakło. Pokonywanie kolejnych kilometrów w warunkach kiedy nie widać w ogóle drogi szło mozolnie, ale za to bardzo wesoło. Rozrywki dostarczał nam również szalony golf, zmieniający biegi w najmniej oczekiwanych momentach. Niemniej jednak dotarliśmy na miejsce o dziwo z nie taką najgorszą stratą czasową. 

Wczesne godziny i jeszcze panujący mrok sprawiły, że ze znalezieniem miejsca parkingowego nie było większego problemu, ubraliśmy się i wyruszyliśmy w drogę. Muszę przyznać, że o tej porze podobało mi się to miejsce i panujący tam spokój, bez tego całego gwaru i masy ludzi. Pogoda od samego początku wędrówki nam sprzyjała, chyba chciała zrekompensować nam trud związany z dojazdem, no może nie tyle nam wszystkim co kierowcy, który nie dość, że musiał jakoś okiełznać tą piekielną machinę, która nie chciała się słuchać, to jeszcze nie do końca byliśmy w stanie stwierdzić jak jechać. Śniegu na początku było niewiele, ale wystarczająco dużo by robić klimat, ale nie męczyć. Klasycznie las nie okazał się moją mocną stroną, nie wiem co ja z nim mam, jaki by nie był nie mogę się przez niego przebić. Jedynie widoki dają mi kopa, motywację do tego by piąć się wyżej, zobaczyć więcej. Jednak powoli zaczynało robić się jasno i było widać coraz więcej. Wstające słońce delikatnie oświetlało szczyty, ogrzewając je i pomimo braku snu przy takich widokach człowiek nie czuł zmęczenia. Pogoda zapowiadała się coraz lepiej, choć jej obawiałam się najbardziej przed wyjazdem, bo jednak z moim ubiorem trochę bidnie. Nie byłam przygotowana na takie warunki i wyprawy. To co mam idealnie sprawuje się w Bieszczadach, ale okazało się. że i w Tatrach daje radę. Choć podejście dość szybko zaczęło robić się strome, to po założeniu raków szło się świetnie. 


Jaki to niesamowity komfort psychiczny  kiedy stajemy w rakach na oblodzonej skale a się nie ślizgamy. W pewnym momencie kurtka okazała się zbędna mimo panujących -10°C, szczyt był już tak blisko, ale z każdym krokiem zatrzymywałam się i podziwiałam góry, które właśnie w tamtej chwili stały się moim kolejnym wyzwaniem na kolejne miesiące... lata... . Trochę czułam się jak małpa w ZOO kiedy przejeżdżała kolejka a ludzie patrzyli na nas jak na dziwaków, odmieńców, nienormalnych? Nie żeby mnie to jakoś szczególnie ruszało, przyzwyczaiłam się już do takich reakcji ludzi na mój widok. Na szczycie zatrzymaliśmy się na chwilę, by odpocząć, choć nie odczuwałam wówczas zmęczenia, co mnie zdziwiło, gdyż często Bieszczady dawały mi dużo bardziej w kość, nawet przy dobrej pogodzie. Tu jednak może spowodowane to wszystko było jednak nowym miejscem, choć na Kasprowym byłam już raz, dawno temu w lecie, kolejką. Padał śnieg, deszcz, widoczność... no cóż - widoczności brak. Czyli podobnie jak podczas pierwszej wędrówki na Wetlinę, ale ja lubię gdy nie jest łatwo. To motywacja do tego by spróbować jeszcze raz i jak widać to się opłaca!

Powrót zaplanowany został innym szlakiem, dzięki czemu mogliśmy się nacieszyć wspaniałymi widokami jeszcze dłużej. Znowu obecność raków okazała się zbawienna, niestety przy rozmijaniu się z innymi osobami zawadziłam o nogawkę... ale to nic, lepiej pociąć spodnie niż zrobić komuś dziurę w nodze, albo sobie. Chociaż kolejna dziura w nodze w moim przypadku to nawet by nikogo zbytnio nie zdziwiła. Pogoda się utrzymywała i aż żal było wracać. Góry otulone śniegiem dawały złudzenie bezpieczeństwa. Nie dało się odczuć trudności terenu, no może tylko w momencie gdy człowiek zapadł się w śniegu i akurat trafił na skały. Mimo wszystko byłam mile zaskoczona, że jakoś dałam radę nawet w warunkach zimowych. 



Wyjazd ten zaliczam do jednych z najlepszych. Pozostaje mieć nadzieję, że niedługo uda się go powtórzyć. Nie było mas ludzi na szlakach - czyli tego, czego nie trawię. Piękna, zimowa pogoda dopisała nam przez całą wędrówkę. Nawet parę zdjęć się udało, galerię możecie podziwiać na Nowym Obliczu na Facebooku ;)

poniedziałek, 29 lutego 2016

Besides z nową płytą. Koncert w Vinylu.

Kiedy wygrali w ósmej edycji programu Must Be The Music, ludzie na nowo przypomnieli sobie, że istnieje taki rodzaj muzyki jak post-rock. Ich koncerty zaczęły gromadzić coraz liczniejsze grupy osób, które chciały wysłuchać tych hipnotyzujących brzmień. Ich muzyka spotyka się z bardzo pozytywnym odbiorem u ludzi w różnym wieku, co jest dowodem na to, że nie jest ona kierowana do bezpośredniej grupy docelowej a jedynym warunkiem by móc ponieść się brzmieniom i je poczuć, jest swego rodzaju dojrzałość emocjonalna, niestety coraz rzadsza w dzisiejszych czasach. Obecnie na rynku muzycznym dominuje coś co nieraz rzadko określić można mianem muzyki. Oni tworzą coś totalnie odmiennego, coś, czego nie słyszy się na co dzień w radiu i nigdy nie urośnie do miana hitu. Długie instrumentalne kawałki wymagają od słuchacza skupienia, by móc zagłębić się w graną przez artystów historię. Brak wokalu skłania słuchacza do refleksji, uporania się z samym sobą, własnymi myślami, tym co rozgrywa się w naszym umyśle. Muzykę graną przez Besides śmiało zaliczam do kultury elitarnej. Ona uczy, rozwija, zmusza do myślenia. Zarówno po pierwszą jak i drugą płytę sięgnąć warto. Osoby będące w temacie nie pożałują, a ci którzy jeszcze tego nie znają, będą mieli okazję się przekonać, jak piękne potrafią być czyste brzmienia, bez słów, które tak często bywają puste.


Płytę "We Were So Wrong" oraz "Everything Is" można nabyć na stronie internetowej:
http://besides.8merch.com/muzyka


Zachęcam do wysłuchania mojej audycji na której gościłam Piotra, Artura i Bartka z Besides:




Na koniec jeszcze raz chciałabym podziękować Besides za poświęcony mi czas!


11 lutego 2016 roku w Rzeszowie odbył się koncert zespołu Besides, który promuje właśnie swoją nową płytę „Everything is”. Po raz kolejny rzeszowska publiczność dopisała i licznie zgromadziła się w ścianach Vinylu.

Zachęcam do odwiedzenia strony klubu Vinyl na Facebooku: https://www.facebook.com/klubvinyl
Besides: https://www.facebook.com/BesidesBand
Pełna galeria zdjęć na Nowe Oblicze.

niedziela, 7 lutego 2016

bezsens


Czuję się jak psychol krążąc każdej nocy po pokoju. 

Kilka dni... 
Ile dokładnie? 
Nie wiem.

Nie liczę czasu spędzonego w zamknięciu.

Już wiem jak czuje się zwierzę, którego przestrzeń życiowa ogranicza się tylko do klatki. 
Jak straszna jest egzystencja stworzenia z dzikim instynktem, które pragnie tylko jednego - by uciec. 
Uciec jak najdalej i nie zatrzymując się pędzić przed siebie, czym prędzej.

Czas płynie jak rzeka, z każdym dniem, z każdą chwilą jest go coraz mniej i nie da się go zatrzymać. 
Nie można zatrzymać rzeki, ona znajdzie drogę i pokona każdą przeszkodę. 

Potrzebna jest siła i czas. 
Czas który ucieka. 
Siła która maleje. 

Z każdym dniem narasta natomiast dzikość. 
Dzikość, która już wkrótce sprawi, że nic nie stanie na przeszkodzie by uciec. 
Jak najdalej od zniewolenia. 
By poczuć wolność, która daje siłę.

Siłę do życia.



czwartek, 21 stycznia 2016

Wystawa Piotra Duraka "Po obu stronach Bugu"

Żyjemy w czasach, kiedy to mamy niczym nieograniczony dostęp do sztuki. Kiedyś dla wielu było to marzeniem, teraz mając taką możliwość z tego nie korzystamy. Niezależnie od klasy społecznej każdy może zrobić coś dla ducha - a nawet powinien i tak też uczyniłam idąc na wernisaż wystawy "Po obu stronach Bugu".


Czas mija, wiele rzeczy się zmienia, jednak niektóre chwile zostają utrwalone na fotografiach. Bardzo często docenia się je wtedy, kiedy wracamy do nich po latach i okazuje się, że tego już nie ma, że (w tym przypadku) dany obiekt przestał istnieć, lecz wówczas jest już za późno. To tak jak z artystą, który jest doceniany dopiero po śmierci. Na wystawie można zobaczyć fotografie ukazujące opuszczone obiekty sakralne. Każdy z nich ma inną historię, jednak łączy je jedno - giną na naszych oczach i tylko nieliczne z nich mają szansę na ocalenie. Dlatego tak ważne są osoby, które zajmują się dokumentacją takich obiektów, a materiały te są niezwykle cenne. Dla kolejnych pokoleń to będzie niestety bardzo często jedyna możliwość poznania tych miejsc.

Jeśli ktoś chciałby zobaczyć jeszcze fotografie Piotra, do czego oczywiście zachęcam, to zapraszam do Muzeum Jadernówka w Mielcu, wystawa wisi do soboty.