sobota, 31 maja 2014

Ultramaraton Podkarpacki 2014 [VIDEO]

Czyli krótka opowieść o tym, że nie warto spać w nocy, po to by już przed 4 rowerowo zacząć dzień.


Tak... bo po co w ogóle spać? Zamiast marnować cenne godziny, zrobiłam co miałam zrobić, o 3 wypiłam kawę i wyruszyłam w kierunku Rzeszowa. Ptaki już śpiewały, powoli zaczynał robić się dzień. Jechało się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Na miejsce dotarłam przed czasem, zrobiłam kilka zdj, po czym uznałam, że lepiej będzie to nagrywać. Na rynku panowała bardzo miła atmosfera, ogromna ilość biegaczy i też spora liczba osób, dla których piątek jeszcze trwał.


Może ktoś kojarzy tego faceta w białej koszulce po lewej? Nie? W takim razie odsyłam do jednego z jego filmików na yt: https://www.youtube.com/watch?v=XS3MkXoXJeo


Ponownie nawiązując do tych, dla których piątkowa impreza jeszcze trwała... otóż znalazło się dwóch śmiałków, którzy dzielnie pokonali spory kawałek drogi wraz z pozostałymi uczestnikami maratonu (jeden z nich widoczny po prawej na zdj poniżej), w sumie rozruszali całe towarzystwo, bo nie sposób było się z tego nie śmiać ;)


A ja jechałam sobie dalej, myślę: co mi tam do Tyczyna niedaleko, oni biegną ja jadę - to co nie dam rady?
Rower co prawda średnio sprawny, szosą jechało się dobrze, ale gdy zaczął się teren... po prostu magia! Dobrze chociaż, że piękne tereny i widoki wynagradzały mi tą mękę z moim rowerem, który przez znaczną część trasy musiałam targać za sobą...


Ale takie widoki przed 5 rano - bezcenne.

I cóż więcej. Impreza bardzo fajna, uczestnicy strasznie sympatyczni. Trasa ciekawa - przynajmniej ten odcinek z Rzeszowa do Tyczyna, dalej już szczerze mówiąc mi się nie chciało "jechać".  A w przyszłym roku może wystartuję?





czwartek, 29 maja 2014

Dworek w Tyczynie zdobyty!


A więc tym razem się udało! Z pomocą Krzyśka i Natalii, dworek został już odhaczony i jest z głowy. Nie dręczą mnie już myśli, czy przez piwnicę uda się wejść do środka czy też nie i co jest dalej, jak to wygląda. Ostatnie upały podziałały na naszą korzyść, piwnice były zdecydowanie bardziej suche niż ostatnio, nie było widać pary, a ściany były właściwie suche. W końcu dało się tam normalnie oddychać - do trzech razy sztuka, kiedyś musiałam trafić na odpowiednie warunki. Właściwie to tylko ten mrok a po za tym całkiem przyjemne miejsce. Jedno pomieszczenie, drugie, fragment trzeciego i reszta zasypana, następnie kawałeczek trzeba się właściwie przeczołgać i wychodzimy w wysokim pomieszczeniu, gdzie znajdują się schody prowadzące do środka. Wewnątrz, cóż... pustki. Wynieśli co sie dało, w niektórych pokojach wypadły dziury w suficie, a chodząc po podłodze deski uginały się pod nogami, nie chce wiedzieć gdzie byśmy spadli i skąd trzeba by później wychodzić. Pajęczyn takich jak tam były w życiu nie widziałam, idealne miejsce do nagrania horroru.







No i strych, coś co interesowało mnie najbardziej, kiedyś był tam pożar, doskonale widać to po nadpalonych drzwiach i tak samo zniszczonych schodach, deskach belkach i wszystkim co tam było. Nie ryzykując z Krzyśkiem tego że spadniemy na dół, zobaczyliśmy tylko mniej więcej jak to wygląda i wróciliśmy tą samą drogą na zewnątrz, gdzie czekała na nas zniecierpliwiona Natalia, która świetnie spisała się na czatach!






  

Z zewnątrz to zniszczony, ale bardzo ładny obiekt, mający bogate zdobienia. wewnątrz to ruina, która nie wiadomo jak długo jeszcze postoi. Pozostaje tylko mieć nadzieje, że coś z nim zrobią, zanim całkiem się rozsypie...

 





czwartek, 22 maja 2014

Renault Clio Sport w akcji - testy Zimnego Mirka




W niedzielę 18 maja, miałam przyjemność być na testach nowej rajdówki Zimnego Mirka. Mimo iż na początku się chmurzyło, to pogoda dopisała, dzięki czemu wszystko przebiegało bez problemów. Udało mi się nagrać trochę materiału, więc zapraszam do obejrzenia zapowiedzi ich startu w Rajdzie Karkonoskim :)

Zimny Mirek na Facebooku: https://www.facebook.com/zimnymirek


poniedziałek, 5 maja 2014

Teraz przynajmniej wiem, jak jest.

Drugie podejście aby dostać się do opuszczonej rządcówki, nie mogę zaliczyć do udanych. Mimo początkowych obaw o cały plan, jeśli takowy kiedykolwiek istniał, wszystko można powiedzieć zakończyło się sukcesem. Nic mnie nie przywaliło, a policja i straż, ani nawet okoliczni mieszkańcy nie zainteresowali się dwoma dziewczynami plączącymi się przy rozwalającym się budynku. Choć miałam duże opory by wejść do piwnic, zmusiłam się, bo wiedziałam, że nie da mi to żyć i prędzej lub później muszę się przekonać jak to wygląda. Już na początku było czuć duży chłód mimo iż na zewnątrz upałów nie było, wręcz zimno bym powiedziała. Masa śmieci, gruzu, i szkła – już chyba to powinno zniechęcać człowieka by iść dalej. Zeszłam nieco niżej. Buty zaczęły mi wchodzić w ziemię. Widzę laleczkę i stare gliniane naczynia. Mokro, bardzo mokro i nieprzyjemnie zimno, ale co zrobić trzeba iść dalej. Szybko przeszłam do drugiego pomieszczenia. Hmm… szybko, źle to ujęłam. Wolno, ale szybko w miarę możliwości, by się tam nie potknąć i nabić na potłuczone szkło. Mimo chustki na twarzy czuję straszny odór. Z powodu dużej wilgotności źle się oddycha, jeszcze ten zapach padliny. Latarka powoli wymięka, dobrze, że w kieszeni jest druga. Słabe światło dociera do środka gdzie leży duży czarny wór, przyłożony w kilku miejscach cegłówkami. Lata dużo much. Za dużo. Powoli robi mi się niedobrze. Uświadamiam sobie, że wcale nie jestem taka odważna jak mi się wydawało. Nie podniosę tego worka, nie sprawdzę co jest pod spodem. Nie chce. Chyba. Widzę, że kawałek dalej jest przebite wejście do kolejnych pomieszczeń. Latarka pada. Szlag. Wyciągam drugą, która również nie daje zadowalającego światła. Ten cholerny mrok! I cisza w której tak drażniące staje się brzęczenie much. Czuję wibracje na nodze. Telefon! Czyżby przyszła policja i Ewelina dzwoniła mnie uprzedzić… nie ona nie ma kasy. Aśka? Nic nie rozumiem. Zauważam kość. I drugą. Szybko kończę rozmowę i po chwili uświadamiam sobie jak miło było usłyszeć ludzki głos, a po drugie był tam zasięg – jak mnie przywali, to mnie znajdą. Miłe. W skupieniu zaczynam oględziny fragmentów kości. Zwierzęce czy ludzkie? Stare, pożółknięte, kruszące się. Nagle słyszę głos Eweliny i zapominam, że strop jest tak nisko. Na szczęście łeb cały, ale z trudem wychodzę na zewnątrz.


Czy warto było? Nie potrafię powiedzieć. Po wyjściu zauważalne było u mnie pewnie otępienie, nie wiem czy spowodowane tym odorem i mrokiem, czy raczej zawodem, że nie udało mi się znaleźć wejścia na górę. Brak odwagi, lub przejaw zdrowego rozsądku, który czasem mi się zdarza spowodował, że obiekt ten dalej jest na liście „do sprawdzenia”, ale może lepiej rozwalić drzwi lub okno i nawet zaryzykować spotkanie z policją niż ponownie wchodzić do piwnic? Nie wiem. Póki co, to mi wystarczy. Chwila przerwy, ale wrócę tam.