czwartek, 24 grudnia 2015

Ludzie Bieszczad

Ciągły pęd. Żądza zdobycia coraz wyższego stanowiska, sławy, pieniędzy. Gonimy za tym wszystkim bez opamiętania, bez jakichkolwiek granic, bo tu nie może być w dzisiejszych czasach granic. Człowiek jest po to by pracował, najlepiej jak najwięcej za jak najniższą stawkę. Człowiek nie ma myśleć, nie ma mieć poczucia wolności, chęci oderwania się od tego wszystkiego, odpoczynku. 

Chyba każdy pragnie duchowej stabilizacji, która sprawia, że mamy ochotę budzić się rano ze świadomością tego, że będzie dobrze. Może jest trudno, ale wszystko się jakoś ułoży. Ktoś, kiedyś, kiedy jeszcze nie znałam gór i w ogóle jeszcze nie chodziłam po nich powiedział mi, że Bieszczady mają w sobie coś co przyciąga osoby z problemami. To miejsce ucieczki, gdzie można się ukryć i jakoś przeżyć, uporządkować sobie w głowie wszystkie te sprawy, które nie pozwoliły wieść dalej tego życia. Wtedy jeszcze nie pojmowałam do końca wagi tych słów. Bieszczady wydawały mi się miejscem takim jak każde inne, mającym swój urok, ale nic po za tym. Z każdym kolejnym wyjazdem uświadamiam sobie jak bardzo się myliłam.
Jeden, krótki wyjazd sprawił, że zakochałam się w tym miejscu. Nie sprawiły tego widoki, bo ich nie było. Zarówno warunki jak i widoczność tego dnia były na tyle złe, że powinny mnie wręcz zniechęcić. A to był dopiero początek mojej przygody z tym miejscem. Wizyta, która w znacznym stopniu odmieniła moje życie, bo to był początek mojej ucieczki, przed wtedy jeszcze stosunkowo łatwym życiem.

Każda kolejna wizyta w Bieszczadach owocowała w nowe sytuacje, nowe znajomości, nowe historie. Z każdą chwilą analizowałam kolejne sprawy i wiele z nich stawało się jaśniejszych. Przestawały być ważne obowiązki, to co powinnam, co wypada, czy o czymś nie zapomniałam. Góry i czasami towarzyszące marszowi wspaniałe widoki napawały mnie poczuciem tego, że mam swoje miejsce, gdzie mogę choć na moment zapomnieć o wszystkim i zastanowić się jaka jest moja rola w tym świecie. Czego chcę, a co robię i czy to co robię sprawia mi jakąkolwiek przyjemność, lub poczucie spełnienia. Poznawałam też kolejne dramaty ludzkie, przy których moje problemy stawały się nijakie, bądź nawet znikały. Czymże, są moje problemy. Młodej dziewczyny, wiodącej wygodne życie, która nigdy nie chodzi głodna, nie musi się przed nikim ukrywać, bać o swoje życie, lub co i gorsza o życie swoich najbliższych. Historie tych ludzi odcisnęły na mnie swego rodzaju piętno z którym teraz żyje mi się niekoniecznie łatwiej, a twarze tych ludzi pozostaną w mojej pamięci na zawsze. Często w tych sytuacjach miałam ochotę zaproponować pomoc, choć wiedziałam, że nic nie mogę zrobić, mogłabym jedynie zaszkodzić. Jedyna forma pomocy w tamtej chwili, która okazywała się najlepszym wyjściem była rozmowa, a oni sami nie mając nic byli najbardziej pomocnymi osobami, kiedy byłam w potrzebie.

Czytając to zapewne tak jak ja, siedzisz wygodnie, w ciepłym miejscu i ciekaw jesteś zakończenia historii. A jego nie ma. I nie wiem czy kiedykolwiek dane mi będzie spotkać te osoby drugi raz. W dniu Wigilii Bożego Narodzenia mam tylko nadzieję, że są bezpieczni i nawet w ich beznadziejnej sytuacji istnieje iskierka nadziei na to, że ich los się nieco odmieni na lepsze, bo przeżycia jednej tej osoby można by podzielić conajmniej na kilka. W czasie świąt zamiast skupiać się na rodzinie i tych całych świątecznych rytuałach, myślę o Ludziach Bieszczad. Z chęcią bym uciekła na ten czas i dołączyła do nich. Nie potrafię cieszyć się z tych świąt. Ich magia zanika z każdym rokiem, a sama nie odczuwam jej od bardzo dawna. Towarzyszy im za duży chaos, przepych i tandeta, kiedy to powinny być czasem spokojnego spotkania z rodziną, przemyśleń i wspomnień. I nie ważna jest ilość dań na stole, czy placków na talerzu, to tylko chwilowa przyjemność o której zapomnimy najpóźniej kilka dni po świętach. Narzekamy na brak dostatku, kiedy to panuje w tym dniu przepych! A to nie godzi się w moim systemie wartości. Pora więc w smutku przeżyć kolejne święta z nadzieją, że lada moment uda się znów uciec od tego wygodnego życia.

Spokojnych świąt. 



niedziela, 29 listopada 2015

Ryzyko jest nieodłącznym elementem realizacji naszych marzeń - spotkanie autorskie w Slot Art Cafe w Rzeszowie


Nigdy nie sądziłam, że taka chwila w ogóle nastąpi. Nigdy nie sądziłam, że jeśli już nastąpi, to nastąpi tak szybko i niespodziewanie. Nigdy nie sądziłam, że skoro już nastąpi, to w ogóle się ktoś na tym wydarzeniu pojawi. Jednak rzeczywistość jak zwykle okazała się inna i tym razem mile mnie zaskoczyła.


Przez kilka ostatnich tygodni miałam dość ciężki czas. Masa zaległości, dodatkowo sprawy na uczelni i radio. Wszystko da się zrobić ograniczając sen, często do 2, 3 godzin na dobę. Z czasem można się nawet do tego jakoś przyzwyczaić, szczególnie gdy człowiek wie, że już niedługo zacznie robić coś nowego. Dlatego nie ukrywam dostając propozycję poprowadzenia własnego spotkania autorskiego byłam bardzo zaskoczona. Po pierwsze nigdy w życiu czegoś takiego nie robiłam, po drugie - kto na to przyjdzie, przecież ani nie jestem znana, ani nie osiągnęłam w życiu niczego szczególnego. Jednak zgodziłam się, chcąc sprawdzić siebie i zobaczyć jak radzę sobie w takich sytuacjach. Dni leciały, a ja cały czas sprawy spotkania odkładałam na ostatnią chwilę, dodatkowo wypadło mi jak na złość kilka innych rzeczy, które również były tego samego dnia, więc wiedziałam, że ze spania będą nici. Na noc przed zaczęłam szukać zdjęć, które mogłabym zaprezentować, choć początkowo wydawało mi się, że nie będzie to trudne, to z każdą chwilą odkopywałam co raz to nowe foldery z zapomnianymi zdjęciami, wykonanymi jakiś czas temu na innych wyprawach. Jak mogłam o nich zapomnieć?! Na obrabianie już nie było czasu, więc wybrałam te, które były już gotowe i mogły zainteresować zebranych, a w nagrodę poszłam przespać się 15 minut.


Rano uczelnia, spotkanie, później całe szczęście ratuje mnie transportem Ewelina, więc mogę przynajmniej coś zjeść w domu. Jeszcze raz w pośpiechu sprawdziłam zdjęcia i cóż, wypada jechać. Na miejscu panowała jak zwykle przyjazna atmosfera, niestety ja coraz bardziej odczuwałam brak snu. Zaczęłam obawiać się mojego spaczonego ostatnio humoru i tego jak przebiegnie prezentacja. Dodatkowo z każdą chwilą zbierało się coraz więcej osób, w głównej mierze znajomych, co mnie z jednej strony cieszyło, bo w razie kompromitacji to wszystko zostanie w rodzinie, a z drugiej wiedziałam, że jednak widząc obce twarze bardziej bym uważała, co ostatecznie dałoby zapewne lepsze efekty. Jednak nie ma zmiłuj, trzeba mówić tak, by chociaż połowa ludzi do końca została. W moim przypadku brak snu często powoduje bardzo zawiłe przemyślenia, które nie do końca wiem jak przekazać w zrozumiały sposób, jednak pilnując się w miarę, opowiadałam na spontanie o tym jak to się wszystko zaczęło i czym się zajmuję. I nie wiem czy to przez uprzejmość czy zainteresowanie, choć bardziej stawiam na to pierwsze wszyscy wytrwali do końca i chyba nawet nikt nie zasnął. Choć teraz kilka dni po, czuję się jak po moim pierwszym wywiadzie na który zostałam zaproszona. Czuję, że nie przekazałam do końca tego co chciałam, gdyż można było rozwinąć i poruszyć jeszcze parę ważnych kwestii, jednak jak na pierwszy raz nie było sensu zamęczać słuchaczy, którym i tak jestem niezwykle wdzięczna za przybycie.

Na koniec powtórzę to, co starałam się wyjaśnić pod koniec spotkania:
Żeby osiągnąć jakiś cel, trzeba swoje działania planować rozważnie. Wspinać się jak na szczyt, krok po kroku, powoli, ale zdecydowanie. Trzeba mieć cały czas na uwadze to, że nie da się niektórych rzeczy przeskoczyć. A nawet jeśli się uda, to szczęście niekoniecznie będzie trwało długo. Kiedy tak wspinamy się powoli i w trakcie podwinie nam się noga, to gdzieś się obsuniemy na poziom niżej, ale próbując coś przeskoczyć możemy spaść w przepaść, a upadek z dużej wysokości bywa bardzo bolesny, lub nawet kończy się tragicznie. Gdy tak idziemy sobie, realizując swoje cele odczuwamy satysfakcję, a satysfakcja daje motywację do dalszych działań. Tylko trzeba mieć na uwadze jedno: ryzyko jest nieodłącznym elementem realizacji naszych marzeń.

Na koniec chciałabym jeszcze raz bardzo podziękować wszystkim za to spotkanie. Ludziom ze Slot Rzeszów za danie takiej możliwości i pomoc w organizacji tego spotkania. Dziękuje Ewelinie za wożenie mi dupska i nie tylko. Dziękuje wszystkim, którzy jeździli ze mną, pomagali w poszukiwaniach, podawali lokalizacje - bez Was by mnie tam nie było! Dziękuje za to, że przyszliście i za miłe słowo. Teraz będzie tylko lepiej - musi! ;)


czwartek, 19 listopada 2015

2. Rajd Arłamów


Kilka dni po imprezie emocje opadły, więc chyba nadeszła pora na stosunkowo krótkie podsumowanie Rajdu Arłamów. 


Niestety jak i wcześniej tak i tu nie wiadomo kiedy, a czas zleciał jak w mordę strzelił i okazało się, że rajd jest już za chwilę. Co prawda tym razem nieco lepiej przygotowana, lub może już jakieś nikłe, ale zawsze doświadczenie sprawiło, że dość szybko dałam radę się ogarnąć i przygotować do wyjazdu. Oczywistym było, że jadę wraz z Eweliną i pakuje tyle sprzętu ile się da, by zrobić jakieś konkretne materiały, bo wypadałoby choć raz zrobić coś porządnie. Ostatni rajd w sezonie, no kurcze, trzeba się postarać. Dość szybko doszłyśmy do prostych wniosków, że nie opłaca nam się wracać do domu, więc te dwa dni spędzimy na miejscu, zaoszczędzimy i pieniądze i czas, który będzie można spożytkować na sen, lub nocny objazd odcinków, albo jedno i drugie. O ilości spakowanych bagaży do biednego seacika pisać nie będę: 2 baby, 2 dni i chyba wszystko staje się jasne. Aparat, kable, flashmic, duperele... odrobina prowiantu i kilka ciuchów i śpiwory co by w nocy nie zamarznąć - bo kto by płacił za nocleg, błagam... od czego mamy samochód! Przeczucie, że coś będzie nie tak cały czas mnie męczyło jednakże starałam się odrzucić te myśli i nastawić się, że przywiozę chociaż kilka wywiadów i coś z czego skleję reportaż do radia. Pogoda dopisywała, ciepełko. Okulary słoneczne stały się wręcz niezbędnym elementem naszej podróży. Po drodze musiałyśmy zahaczyć o kilka punktów, jednym z nich była poczta, gdzie miałam odebrać moją przesyłkę i zrobić przelew. Wpadłam szybko i nikogo nie było, ale poszukiwania mojej paczki trwały w najlepsze, a z każdą chwilą ustawiała się za mną coraz to dłuższa kolejka starych babuszek za piniążkami, z resztą każdy wie jak jest na pocztach po 10 każdego miesiąca. I oto znalazła się. Piękna, czarna paczuszka, która nawet mnie lekko zaskoczyła, gdyż wcześniej takich cudnych opakowań nie mieli. Patrząc na zdjęcie poniżej wyobraźcie sobie miny tych babuszek stojących za mną...


O ile na mojej twarzy wywołała ona uśmiech, to słysząc pomruki i szepty za mną, bałam się za siebie obejrzeć. I tak sobie stoję z tą satanistyczną paczuszką pod pachą i czekam aż się przelew zrobi. Całe szczęście pani widząc coraz to kolejnych ludzi przychodzących na pocztę pospieszyła się i mogłam szybko wyjść. Odprowadzona wzrokiem biegiem udałam się do samochodu, by czasem ktoś nie zaczął mnie gonić chcąc unicestwić czarownicę. Łapiąc małe opóźnienie, starałyśmy się nadrobić stratę czasową na autostradzie, by być punktualnie. I nie wiem jakim cudem, ale nam się to udało, byłyśmy nawet przed czasem. Jak dotąd wszystko szło doskonale. 



Clio stało na starcie żywe, więc już nasza radość była przeogromna. Choć uczucia z samej ceremonii były mieszane, gdyż jednak nie było to najlepiej zorganizowane szczególnie pod kątem kibiców. Nie udało mi się też tam nagrać tyle ile chciałam i tego co chciałam, a było jasne, że tego dnia w sumie nic więcej nie zrobię, gdyż na odcinkach nocnych z moim aparatem niewiele podziałam. Lekko wkurzona udałam się z Eweliną do samochodu, po drodze zahaczając o kebaba, by mi kierowca z głodu nie padł, bo co by wtedy było. Dworzec PKP zalatywał komuną, kebab podobno smakował nie tak jak powinien, czyli nie smakował, a ja skupiłam się na założeniu na siebie jeszcze jednej warstwy ubrań żeby na luzie stać sobie na odcinku i nie dygotać z zimna. Pozostało nam tylko szybko udać się pod kopiec, by opierdzielając się, spędzić mile czas. Tam poczułam, że mam w sobie coś z pracoholika i nie potrafię odpoczywać nic nie robiąc, aż bolało mnie to, że nie robię zdjęć, nie nagrywam, jednak świadomość tego, że i tak nic z tego by nie było, odrobinę mnie pocieszała. Walka była piękna, a ja wkurzona na siebie czułam jakiś niepokój, że nic z tego rajdu nie będzie. Ostatecznie wzięło mnie na rozkimy pod krzyżem i nawet nie czekając do końca wróciłyśmy do samochodu. Mój organizm zaczął się odrobinę domagać pożywienia, bo jakoś tak raz na parę dni pasowałoby coś ciepłego zjeść, a na to ostatnio nie było czasu, więc krążyłyśmy po Przemyślu szukając jakiegoś otwartego baru, kebsa, lub cokolwiek innego, gdzie można by zjeść cokolwiek, ciepłego, tanio. Zwątpiłyśmy jednak i po spojrzeniu na moją krótką rozpiskę stwierdziłyśmy, że jedziemy na odcinek. 


I jak się niejednokrotnie już w życiu przekonałam: Orlen - zbawienie ty moje! Tak dobrego hot doga to ja w życiu nie jadłam, normalnie aż się tasiemiec obudził i domagał się kolejnego. Jednak myśl, że trzeba oszczędzać środki była silniejsza, więc pojechałyśmy od razu na Pruchnik zobaczyć odcinek i poszukać dobrej miejscówki do zdjęć. W nocy wszystko wygląda inaczej, dodatkowo praktycznie padnięty telefon zrobił nas nieco w konia i odrobinkę pobłądziłyśmy, ale takie błądzenie to nie błądzenie biorąc pod uwagę nasze możliwości. Szybko trafiłyśmy na start i ruszyłyśmy. Trasa trudna, pogoda coraz gorsza, więc zatrzymałyśmy się niedaleko mety pod lasem, zapakowałyśmy się w śpiwory i poszłyśmy spać. W nocy kilkukrotnie budził nas ulewny deszcz i silny wiatr, ale po za tym nie było żadnych problemów. Rano było pochmurno, zimno, aż nie chciało się wstawać, ale głód zwyciężył. 



Przy śniadaniu był czas na przypomnienie sobie, gdzie jesteśmy i co tu robimy. Zaczęło się wypogadzać, więc była nadzieja na to, że jednak chociaż tego dnia uda się coś porządnego zrobić. Spakowałyśmy się i ruszyłyśmy w poszukiwaniu jakiejś przyzwoitej miejscówki. Nie musiałyśmy iść daleko, fajny zakręt był tuż obok, pozostało tylko usunąć zbędne gałęzie by nie właziły w kadr, z czym wręcz z radością pomógł nam strażak, bo dziewczyny na rajdzie... i czekałyśmy na pierwszy przejazd. Kierowcy dość zachowawczo pokonywali ten zakręt co mnie bardzo cieszyło, bo jednak biorąc pod uwagę małą liczbę załóg chciałam by jednak jeździli jak najdłużej. I nadszedł czas na załogę w samochodzie z numerem 16. Niestety przejazd zaniepokoił mnie na tyle, że szybko ruszyłyśmy w kierunku mety sprawdzić, co się stało. Po drodze zobaczyłyśmy smutny widok. 


Mając w pamięci ostatnie testy Brzezińskiego w Lubeni nie mogłyśmy uwierzyć w to co widziałyśmy. Owszem, takie są rajdy, mimo wszystko szkoda. Stojąc przy R5 doszła do nas informacja, że rajd dla załogi Zimny/Kołodziej również się skończył. Zeszłyśmy jeszcze kawałek niżej, ale nawet nie chciało mi się już robić zdjęć. Zgodnie stwierdziłyśmy, że nie zostajemy na trzeci przejazd, tylko jedziemy do Birczy, by tam zobaczyć ostatni pojedynek o mistrzostwo. O tym oesie nawet nie ma co wiele pisać, bo był tak szybki i krótki, że zleciał momentalnie. Samochodów do tego etapu została dosłownie garstka, więc czułyśmy się trochę jak na testach rajdowych a nie rajdzie. Do Arłamowa jechać nie było już sensu, nie było za czym. Byłam zła na siebie, że wracam z niczym. Mógł to być piękny rajd. Koniec jednak okazał się inny. Szkoda, może za rok będzie lepiej, a może nie będzie? 

Marna, bo marna, ale jednak galeria na fb: Nowe Oblicze.

Dziękuję: Ewelinie - za to, że wytrzymała ze mną, choć przez te 2 dni na pewno nie było łatwo, załodze Zimny/Kołodziej - za walkę, Maciejowi - za rozmowę na starcie, Lenemu - za trud dostarczenia nam ciepłej herbatki na odcinek, pozdrawiam Marcina i Piotra - kebab nawet niejedzony łączy ludzi, oraz wszystkich poznanych i spotkanych na trasie z którymi miło się rozmawiało, oraz znajomych, którzy się z nami kontaktowali - przepływ informacji musi być, nawet jak bateria w telefonie nie działa :)

wtorek, 10 listopada 2015

Bukowe Berdo - lekcja pokory

Często odczuwamy potrzebę odpoczynku, oderwania się od rzeczywistości. Móc na moment odetchnąć od tego codziennego zgiełku, tego chaosu, który nas otacza. Chyba najlepszym miejscem do tego są góry. Jesień - idealna pora by udać się na Bukowe Berdo.


Tego dnia nawet zmiana czasu na zimowy nam zbytnio nie pomogła. Poranek był dla wszystkich stosunkowo ciężki, choć jak wiadomo dla jednych bardziej, natomiast dla drugich mniej. Jednak jak ciężko by nie było, myśl o tym, że znów wejdzie się na połoniny, poczuje ten klimat i ujrzy wspaniałe widoki, niezwykle motywuje.


Na miejsce udało się dotrzeć bezproblemowo, wyruszyliśmy jeszcze w czołówce, przed innymi, bez tłoku. Na początku tylko my i las. Pogoda była wspaniała: ciepło i słonecznie. Kolory wręcz zachwycały. Las zapowiadał wyjątkowo przyjazne warunki marszu. Jednak im bliżej otwartej przestrzeni, tym zaczęliśmy odczuwać to, że jednak tak łatwo tym razem nie będzie. Co to na nas, doświadczonych i wytrzymałych na skrajne warunki pogodowe piechurów! A tak na poważnie, przekonani, że nic gorszego jak zamieć śnieżna w styczniu nas nie spotka, szliśmy dalej ku górze. Niestety z każdym krokiem kończyło się słońce, ciepło i widoczność. I mogło by się wydawać, że w sumie już po wycieczce, bo co najlepsze zostało stracone, ale zabawa dopiero się zaczęła. Skoro już przejechaliśmy tyle kilometrów, by wejść na szczyt, znowu poczuć ten klimat, odpocząć, to w żadnym wypadku nie możemy w tym momencie zawrócić. Niezależnie od panujących warunków zawsze można dostrzec jakieś pozytywy i z nich korzystać. Nawet wbrew pozorom wiatr, który chce nas przewrócić może okazać się fajny, gdy poddajemy mu się niczym skoczek narciarski, bądź próbujemy złapać stabilną pozycję chcąc zrobić w miarę ostre zdjęcie, do którego nikt nie miałby zarzutów, że było robione po pijaku. Trudne zadania są najlepsze! Chyba coś już na ten temat kiedyś pisałam. W połowie drogi doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu się spinać i walczyć o to by dotrzeć na Tarnicę, gdyż ją możemy zaatakować w grudniu, czy też styczniu jak będą zaspy po pas i mniejsza ilość ludzi na szlakach. Nie widzieliśmy sensu iść dalej na siłę dla samego faktu zdobycia szczytów, bo skoro i tak nic nie było widać - to po co? Wymijanie się w bagnie z licznymi grupami turystów wcale nie jest przyjemne. Rzecz, która nas bardzo zaskoczyła, to to, że mimo tak paskudnej pogody ludzie pchali się dalej. Przygotowani bardziej lub też mniej, ale szli, mimo wiatru, który niósł ze sobą gęstą mgłę, która szybko osadzała się na ubraniach, zimna i właściwie braku widoczności. Często powtarza się, że Bieszczady są niepozorne, ale nie wolno ich lekceważyć, bo pogoda bywa nieprzewidywalna, a ludzie niestety to ignorują. Turyści myślą, że jesienią i zimą góry można obskoczyć w adidaskach, bluzie, ewentualnie jakąś lekką kurtkę na to - jak w lecie, ale tak nie jest! I to trzeba zaznaczyć! Nawet my będąc całkiem porządnie przygotowani, woleliśmy zawrócić i nikt z nas nie uznaje tego jako porażkę. Lepiej brnąć dalej w nieznane, w kiepskich warunkach, jeśli nie widać poprawy pogody, a wręcz jej pogorszenie, czy przejść mniej kilometrów, zrobić parę przyzwoitych ujęć i spokojnie wrócić na dół do samochodu, w którym jak się okazuje padł akumulator i co gorsza nikt nie jest tym faktem przejęty, bo i po co? Na dole ciepło i słonecznie, nie to co tam wyżej, aż chce się zostać!

Czytając ten krótki tekst zapewne zastanawiasz się skąd taka nagła zmiana nastawienia? Otóż grunt to umieć w odpowiedniej chwili odpuścić. Nie iść na ślepo w wymyślonym przez siebie kierunku, warto spojrzeć na to co podpowiada nam otoczenie i z tego korzystać. Olewając takie wskazówki sami sobie utrudniamy życie, bo bardzo często są one trafne a nadzieja bywa złudna. 

sobota, 7 listopada 2015

NOWE OBLICZE - Odcinek 1

W końcu zabrałam się za słuchowisko - potraktujcie to jako eksperyment. Zobaczymy co z tego wyniknie, będę bardzo wdzięczna za opinie! 

Lęk powoli przeradza się w całkowite oddanie. Poddaję się temu, co mnie tu sprowadziło. Nie bez przyczyny tu jestem. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nawet śmierć ma zawsze jakiś konkretny powód. Tylko nie zawsze go zauważamy. Nie zawsze chcemy. Taka trochę próba okłamania naszego rozumu, że tego nie było. To nie nastąpiło. Czy też nie nastąpi. A tak naprawdę to jedyna pewna rzecz w naszym podłym życiu. Zaczynam odnosić wrażenie, że coś w oddali rozświetla ciemność. Mgła i mrok walczy ze światłem, nie chcąc go dopuścić do rozbłyśnięcia, pełnego istnienia...


INSTRUKCJA SŁUCHANIA:  usiądź, najlepiej w nocy w ciemnym pomieszczeniu, załóż słuchawki, bądź ustaw głośność na tyle, by otoczenie Cię nie rozpraszało, a teraz zamknij oczy i skup się  - zapraszam do mojego świata.


wtorek, 15 września 2015

Mgły Sanu czyli z Sanoka do domu w 2 dni, 100 km pieszej podróży w poszukiwaniu pozostałości Lini Mołotowa


Niejedna osoba pewnie zastanawia się jakim cudem tak poroniony pomysł zrodził się w mojej głowie. Właściwie kto mnie zna, ten wie, że nie takie pomysły już miałam. Ten akurat jakoś tak pojawił się niespodziewanie przeszło rok temu, kiedy to miałam jeszcze mniejsze doświadczenie w łażeniu, ale zdecydowanie więcej czasu i się bardzo nudziłam. Wtedy jednak problem był jeden - ludzie! W tym roku postanowiłam, że jak nikt się nie znajdzie, to pójdę sama. Początkowo miałam wyruszyć w lipcu, lub sierpniu, jednak tego roku miesiące te były bardzo upalne a i również ilość latającego robactwa wystarczająco zniechęcająca. Tak jakoś wyszło, że zaczęłam prace, przez co zostałam pozbawiona swobody planowania wolnego czasu, którego miałam za mało by cokolwiek planować. Jednak cudem trafił mi się dodatkowy wolny weekend, napisałam wiadomość do Eweliny i już było jasne, że niezależnie od pogody ruszamy! 


Poranek był zimny, ciemny i deszczowy. Jednak nie było już odwrotu. Miałyśmy to szczęście, że mama Eweliny podrzuciła nas na dworzec autobusowy. Pierwszym kursem, szybko i bezproblemowo dotarłyśmy na miejsce, gdzie przywitała nas ulewa. Owszem brałyśmy pod uwagę opady deszczu, ale żeby aż takie? Siedziałyśmy więc na dworcu w Sanoku rozmyślając co dalej, bo jednak obie byłyśmy zgodne, że wyruszenie w taką pogodę w drogę było dość kiepskim pomysłem. 
Dwie siedzące sieroty załamane swoim położeniem wzbudziły zainteresowanie taksówkarza, który mimo przedstawienia korzystnej oferty nie był w stanie nas namówić na podróż samochodem. Czekając na poprawę pogody, bądź chociażby minimalne zmniejszenie natężenia opadów, ucięłyśmy sobie z nim pogawędkę na temat mediów - ha! w końcu moja działka. Stanowisko tego człowieka, choć odmienne od mojego, było po części słuszne, dlatego też rozmawiało się nam dobrze, czas leciał a deszcz nie ustawał. Nie chcąc tracić więcej czasu na siedzenie w jednym miejscu zadecydowałyśmy, że pójdziemy do Muzeum Historycznego w Sanoku, by zobaczyć słynną wystawę Beksińskiego, którą to wychwala ponad wszystko każdy, kto tam był. I wiecie co? To było najlepiej wydane 9 zł w ostatnim czasie! Ogólnie to nie chce tu opisywać dokładnie co można tam zobaczyć, bo nie o to tu chodzi. Z ręką na sercu mogę zapewnić, że warto się tam pojawić a nawet trzeba! 


Jedyne co mogę obiecać, to to, że już niedługo pojawię się w tym miejscu ponownie, a wówczas bądźcie pewni obszernego wpisu z dobrej jakości zdjęciami, ponieważ naprawdę jest o czym pisać. Ilość dzieł i eksponatów znajdująca się w tym muzeum jest tak przytłaczająca, że człowiek nie jest w stanie ogarnąć tego myślami za jednym razem. Chcąc przyjrzeć się każdemu z dzieł, trzeba by tam spędzić przynajmniej kilka dni, już nie mówiąc o samych obrazach Beksińskiego przy których można by stać miesiącami. 

Takim oto sposobem zleciało nam dobrych parę godzin i tylko głód przypomniał nam o tym, że pasowałoby jednak ruszyć dalej, ponieważ pogoda już była na tyle sprzyjająca, że tylko pojedyncze krople jeszcze spadały na ziemię. Zjadłyśmy śniadanie na zamku i wyruszyłyśmy w kierunku Trepczy, gdzie miał się znajdować pierwszy z bunkrów. Na miejsce dotarłyśmy stosunkowo szybko, jednak mimo poszukiwań, a nawet pytania tubylców o to, czy słyszeli o owym obiekcie nie dało się nam go znaleźć. Tak wylądowałyśmy nad Sanem, gdzie już byłyśmy pewne tego, że nie damy rady przebyć tego dnia 70 km. Ba! Nawet nie byłyśmy pewne czy w takim tempie dojdziemy do Ulucza. Jedynym pocieszeniem dla nas było to, że pogoda się poprawiła i wyszło słońce. Kolejny bunkier miał czekać na nas w Dębnie, nie zwlekając dłużej pozbierałyśmy się i poszłyśmy. Niestety mimo chęci wędrówki wzdłuż rzeki, zarośla były na tyle duże, że nie było większego sensu się przez nie przedzierać. Szłyśmy więc za drogą podziwiając piękne widoki. Jesień zbliża się wielkimi krokami, lecz po opadach deszczu zieleń jeszcze walczyła. Słońce odbijało się w Sanie dodając krajobrazom blasku, aż ciężar plecaka nie miał znaczenia, ani nawet cel, który miałyśmy osiągnąć. Nie chciałyśmy burzyć tej atmosfery spokoju i odpoczynku od codzienności, czyż nie wystarczająco dużo biegamy na co dzień? Do pracy, do szkoły, na przystanek, do domu... Pozostało nam tylko iść i zachwycać się chwilą i uwieczniać ją tym co miałyśmy pod ręką. 


Chwilę później, mimo iż nawet nie próbowałyśmy, zatrzymał się nam samochód. Kierowca gestem zapytał czy jedziemy, a my nawet nie zastanawiając się wsiadłyśmy do środka. Miałyśmy to szczęście, że jechał akurat do Ulucza. W samochodzie leciała Trójka, co dziwiło mnie tak bardzo jak i uczucie, że skądś znam tego człowieka, co było niemożliwe. Dzisiejszy świat zepsuł mnie do tego stopnia, że teraz z góry zakładam, że każdy słucha tylko disco polo, choć sama odnajduje się w zdecydowanie innych klimatach. Przyjemnie brzmienia i piękne widoki - czy może być lepiej? Może! Trafić na człowieka, który ma pojęcie o historii i obiektach militarnych. Dzięki czemu zyskałyśmy nie tylko transport, ale i również wycieczkę powiązaną z cennymi informacjami. Rozstaliśmy się w Uluczu pod cerkwią. Tam już zdecydowanie było czuć jesień. Są miejsca, w których człowiek czuje się jakby był już w domu. Jednym z nich jest właśnie ta cerkiew. Bywam tam kilka razy w roku, zazwyczaj późnym wieczorem, mam ogromne zaufanie do tego terenu, jakbym się tam wychowała. Tym sposobem pojawiła się myśl, by zostać tam na noc. 

Godzina była jeszcze na tyle młoda, że kusiło nas odnalezienie bunkrów znajdujących się tuż nieopodal - przynajmniej tak mówiła mapa. Dodatkowo dostałam potwierdzenie o noclegu czekającym na nas w Dąbrówce Starzeńskiej. Obawiając się chłodnego wieczoru i tego, ze jednak nie mamy na tyle ciepłych śpiworów, stwierdziłyśmy, że warto poszukać tych bunkrów a później szybko udać się w kierunku Dynowa. Tylko, żeby to szybko okazało się tak szybko jak szybko być powinno...
Więc poszłyśmy w te krzaczory, w tę dzicz dla przeciętnego śmiertelnika XXI w niepojętą. W te legowiska dzików i żerowiska innych zwierząt cały czas natrafiając na ich ślady, ale żeby tak znaleźć bunkier, to nie. Zwyczajny, duży, kawałek betonu, taki niepasujący do reszty, wyróżniający się na tle zieleni  - czy to takie trudne? I się tak kręciłyśmy w kółko przeczesując chaszcze wyższe od nas z nadzieją, że w końcu trafimy. Słońce już zaczęło zachodzić, więc to był znak, że jednak tu odpuszczamy i idziemy dalej, gdyż czeka nas 20 km drogi i na pewno noc nas na trasie dopadnie. Po drodze mijałyśmy tabliczki z informacjami, że tam znajduje się bunkier, to grzechem byłoby nie spróbować. Szkoda tylko, że tabliczka niekiedy wskazywała pole uprawne, ogrodzone siatką, a miejsce z domniemanym bunkrem było tak zarośnięte, że i tak byśmy nic nie zobaczyły. Jednak, gdy już było właściwie ciemno, trafiłyśmy na pierwszy bunkier! Radość była niepojęta, ale też smutek, bo było za ciemno, by włazić do środka. Mimo, że miałyśmy latarki, nie chciałyśmy na tym odludziu ryzykować tego, że któraś gdzieś wpadnie, tym bardziej, że niewiele było tam widać. 


Początkowo szłyśmy oszczędzając latarki, marsz był w miarę szybki, ale nie przesadnie. Choć słońce już zaszło, to widziałyśmy drogę i San. W Jabłonicy Ruskiej padła mi czołówka, a im szłyśmy dalej, tym mgły stawały się coraz bardziej gęste. Dwie pozostałe latarki z trudem się przez nie przebijały a widziałyśmy, że ani teren się nie poprawia, bo wchodziłyśmy w coraz to gęstszy las, mgła była z każdą chwilą gorsza, zabudowań ludzkich nie było widać, a o złapaniu stopa mogłyśmy pomarzyć. Szłyśmy bardzo szybko, był to praktycznie marszobieg. Przebijałyśmy się na oślep. Padały nam baterie w telefonach, latarki wymiękały od wilgoci. Raz po raz było słychać zwierzęta, które łaziły wzdłuż drogi, a cywilizacji ani śladu. Stwierdziłyśmy, że skoro gadanie nie płoszy zwierząt, a jakoś nie mamy ochoty na bliższe spotkanie z właściwie nie wiadomo czym, bo nawet oczy się w tej mgle nie odbijały, to będziemy śpiewać piosenki. Przerobiłyśmy właściwie wszystkie z bajek, pieśni wojskowe + Mazurka Dąbrowskiego, który nie dość, że wychodził nam najlepiej, to jeszcze dodał trochę otuchy. Przy okazji poruszyłyśmy problem, który napływa do nas w ostatnich dniach, tym samym zastanawiając się, czy czułybyśmy się na tak bezpiecznie, gdybyśmy miały świadomość tego, że w tych okolicach są uchodźcy. W pewnym momencie marzyłyśmy tylko o tym by dojść do jakiegoś domu, jakiegokolwiek, lub chociażby asfaltu, bo ten las nam zbrzydł okrutnie. Przy opuszczonym kościele w Wołodzi odetchnęłyśmy - teraz już mogło być tylko lepiej. Do celu pozostało nam jedyne 7 km, choć odcinkami jeszcze były lasy, wcześniejsze kilometry uodporniły nas nas wszystko, ostatni odcinek szłyśmy praktycznie na wyczucie, bo było już po latarkach, a telefony przypominały o podłączeniu ich do ładowarek i groziły wyłączeniem się. Patrzymy jest chyba jakaś tablica - tak! Udało się! Pozostało nam wykonanie jednego smsa. Dominik wyszedł po nas - chwała Ci człowieku za cierpliwość i Twoim rodzicom za przyjęcie. Trafić na tak gościnnych ludzi to skarb. Mimo prób namówienia nas na normalny nocleg, byłyśmy nieugięte, bo nie po to zasuwałyśmy tyle kilometrów - tak, jesteśmy nienormalne. Miejsce w którym spałyśmy i tak było najlepsze z tych, w których mogłyśmy spać po drodze, może nie licząc cerkwi. Gorąca herbata ożywiła nas do tego stopnia, że nawet spać nam się odechciało, ale czekała nas rano pobudka. 

Poranek był zimny i mglisty. Nie chciało nam się wychodzić ze śpiworów, ani tym bardziej iść dalej, w sumie też zaczęłyśmy się zastanawiać, czy dalsza wędrówka ma właściwie sens tym bardziej, że dalej musiałybyśmy sporo kilometrów przejść asfaltem co nie jest wygodne, a dopiero od połowy dystansu byśmy szły cały czas terenem, gdzie jeszcze nie zdążono położyć asfaltu, który w ostatnim czasie pojawia się wszędzie i niszczy świetne trasy. Postanowiłyśmy odwiedzić zamek, który znajdywał się tuż nieopodal i pozostałości poradzieckiego bunkra kilkaset metrów dalej. Zamek, choć właściwie niewiele z niego pozostało w tej odsłonie wyglądał tajemniczo, aż prosząc o to zacząć tam kopać i odkryć jakieś podziemia, o których tak wiele osób mówi, a nikt nie ma chęci tego ruszyć, ale wszystko w swoim czasie. Z bunkra jak się okazało, pozostała jedna ściana, na której właściwie stała stodoła, ale i tak nas ucieszył fakt, że go znalazłyśmy.


Powoli nie spiesząc się, zachwycałyśmy się gęstą mgłą zmierzając w kierunku dworca w Dynowie. Zadowolone faktem, że udało nam się dotrzeć aż tam, nie było w nas smutku, że plan nie został zrealizowany. To tylko kolejny powód by wybrać się na taką wycieczkę ponownie! Gdyby sobota od rana była taka jak niedziela, zapewne by nam się udało, jednak czy wtedy byłaby okazja zobaczyć to co zobaczyłyśmy, przeżyć to co przeżyłyśmy i poznać ludzi, których poznałyśmy?

To fascynujące, że jedna wyprawa, właściwie jednodniowa, jest bardziej wartościowa niż miesiąc pracy. Można iść na spontana, modyfikować plan w trakcie, a i tak ma się wrażenie, że ludzie, których się spotyka na swojej drodze nie są przypadkowi.

Na koniec chcę tylko podziękować nieustraszonej Ewelinie, która w porównaniu do facetów nie bała się pójść ze mną w nieznane. Oraz wszystkim tym, którzy nam pomogli. Chciałabym aby takich wypraw było w moim życiu więcej.

środa, 2 września 2015

Połonina Wetlińska - polowanie na wschód słońca: odsłona pierwsza

Wiosna, dzień coraz dłuższy, dlatego też zrodził się pomysł, aby wybrać się w Bieszczady... na wschód słońca! Zawsze to coś innego niż zwykłe wyjście w góry, po za tym szansa na zobaczenie jeszcze piękniejszych widoków.
Grupa na wyjazd zebrała się bardzo szybko, również samochód z kierowcą dało się załatwić. 40 - letnia Dacia, 5 osób i upały - tak, to musi się udać! Wyjechaliśmy w nocy, plan zakładał jeszcze by zahaczyć w nocy o Solinę, co też planowaliśmy zrealizować. Jechało się dobrze, było chłodno i przyjemnie, standardowo się zgubiliśmy, ale to przecież jest nasza tradycja, więc jakby mogło być inaczej. Całe szczęście było nam bliżej do Słowacji niż Ukrainy, co bardzo nas ucieszyło, bo nikt nie chciał mieć znowu problemów. Zawróciliśmy jednak w porę, choć teoretycznie jakby się dłużej zastanowić Słowacja też nie byłaby głupim pomysłem. Jazda bez nawigacji ma to do siebie, że droga staje się ciekawsza, zawsze czekają jakieś przygody - szczególnie w nocy. Błądząc jakimiś objazdami, bo trwały prace remontowe, dotarliśmy w końcu w okolice zapory. Jednak patrząc na ilość osób delikatnie mówiąc nietrzeźwych, zwątpiłam w to wszystko, więc zasugerowałam, że skoro robi się już szaro, to pasuje uderzać w kierunku Wetliny. Tak też uczyniliśmy, choć z każdą minutą utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że jednak na ten wschód słońca nie zdążymy. Docierając na miejsce, cieszyliśmy się w sumie, że jest już widno, bo jednak zbyt dużym doświadczeniem pochwalić się nie mogliśmy. Okolice co prawda były dla mnie znajome, gdyż była to moja druga wizyta w tym miejscu, jednak biorąc pod uwagę dwie wcześniejsze: bardzo kiepska widoczność spowodowana przez mgłę oraz zimowa wyprawa na szczyt przez zaspy i zamieć, jednak sobie tak średnio jako przewodnikowi ufałam. Jednakże wejście pod Chatkę Puchatka okazało się dość szybkie, proste i bezproblemowe. Mimo iż od wchodu słońca minęło trochę czasu na widoki nie mogliśmy narzekać i każdy z nas podziwiał zieleń pokrywającą całe połoniny. Patrząc na zegarek doszliśmy do wniosku, że Chatka Puchatka to jednak słabo jak na wiosnę, nie ma się czym chwalić, toż to mieszczuch w japonkach jest w stanie zdobyć, dlatego też poszliśmy na najwyższy wierzchołek Połoniny Wetlińskiej. Wejście na Roha również okazało się proste, zatrzymaliśmy się tam na chwilę by odpocząć i podziwiać widoki. I tak sobie siedzę i patrzę i myślę... skoro już tu jesteśmy, to co nam szkodzi wejść na Smerek? Akurat tej drogi nie znałam, gdyż tam wchodziłam od drugiej strony i to w zimie, ale przecież z daleka wygląda tak łagodnie, tak przyjaźnie. Idziemy! Szlak bardzo przyjemny i prosty, bardzo fajnie się szło. Tak też dotarliśmy do Przełęczy Orłowicza, gdzie tabliczka mówiła, że czeka nas 20 min drogi. 20? Przecież my to w 15 zrobimy, a jak się uprzemy to 7! Biegniemy! Czułam się bardzo dobrze, choć biegnąc trasa dawała nieco w dupsko, aż chciało się biec dalej. Jak powiedziałam tak też i w czasie się zmieściliśmy. Zziajani usiedliśmy na ławkach ciesząc się spokojem i brakiem ludzi. Do powrotu zmusiła nas jednak nadciągająca burza, dlatego też marsz szybko przerodził się w marszobieg, ale nawet wtedy nie brakowało mi czasu na zachwycanie się widokami i robienie zdjęć. Jeszcze przed południem dotarliśmy z powrotem pod Chatkę Puchatka. O ile wcześniej nie było praktycznie w ogóle ludzi na szlaku tak tam już o tej godzinie były tłumy, normalnie pielgrzymki, wycieczki i ciul wie co. Nie było się nad czym wiele zastanawiać, tylko chcieliśmy jak najszybciej zejść do samochodu. Im niżej temperatura coraz bardziej nas męczyła, będąc w samochodzie mieliśmy już dość.
Choć na wschód słońca nie zdążyliśmy, to i tak byliśmy bardzo zadowoleni z wyprawy. Udało się zobaczyć i przejść o wiele więcej niż planowaliśmy, dlatego byliśmy wręcz z siebie dumni. Jednak wschód słońca wciąż pozostał w mojej głowie i nie planowałam odpuścić!

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Wielka Rawka - polowanie na wschód słońca: odsłona trzecia


Mawiają, że do trzech razy sztuka - i coś w tym jest. Początkowo wyjazd zapowiadał się dość niepozornie, ot zwykłe wyjście w góry. W planach był Smerek lub Caryńska, jednak jakoś tak wyszło, że kolega ze znajomymi również tego samego dnia wybierał się w Bieszczady, więc połączyliśmy siły i wspólnie zaatakowaliśmy Wielką Rawkę. Cel był tylko jeden, jak już ostatnio bywa: będąc na szczycie zobaczyć wschodzące słońce.

Wyruszyłyśmy niewiele po północy. Pogoda była całkiem dobra, dlatego też jechało się szybko i bezproblemowo.
W Brzegach górnych okazało się, że byłyśmy pierwsze, więc był czas by podziwiać wspaniałą Drogę Mleczną i przecinające ją raz po raz perseidy. Chwilę później dotarła reszta ekipy, po czym nie zastanawiając się długo, mimo ogólnie panującego mroku i dość wczesnej godziny, bo zegarki wskazywały zaledwie kilkanaście minut po trzeciej, postanowiliśmy wyruszyć w drogę. Światło latarek pożerał las, niewiele myśląc szliśmy przed siebie, by tym razem zrealizować plan. Co tam niedźwiedzie, czy też inne zwierzęta, liczyło się tylko jedno i z każdym krokiem przy tym jakże pionowym podejściu czuliśmy, że tym razem plan się powiedzie. Ogólnie o drodze na szczyt nie ma co za wiele pisać, gdyż widzieliśmy tylko to co mieliśmy pod nogami, a droga przez las jak zwykle mi się dłużyła, bo nie wiem czemu, ale o ile lasy lubię, to akurat leśne fragmenty podejścia średnio mi pasują. Dopiero, gdy wychodzę z lasu i widzę góry, dostaję swego rodzaju kopa energii, choć zaledwie kilka sekund wcześniej jestem wrakiem człowieka. Tym razem i tak byłam stosunkowo wrakiem: praca, brak snu i brak treningów ostatnimi czasy robi swoje i to nawet bardzo. Czułam to, jednak to nie był powód do tego by w tym miejscu zrezygnować.

Mała Rawka, jest dobrze, zdążymy, więc gonimy na Wielką. Jesteśmy przed czasem - choć raz! Spotykamy tam ludzi, którzy również z aparatami czatowali na wschód, z tym, że oni wybrali lepsze rozwiązanie, czyli nocleg w na szczycie, co niestety w moim przypadku byłoby niemożliwe. Najważniejsze było jednak to. że zdążyliśmy, ja spokojnie ustawiłam aparat i zaczęło się...

Mogę śmiało powiedzieć - było warto! Pomijając straszne zimno, czemu właściwie sama sobie byłam winna, to mogłabym tam siedzieć, nie wstawać i zostać na zachód słońca. Postanowiliśmy, nie tracąc czasu, że pójdziemy dalej szlakiem na Krzemieniec, czyli styk trzech granic. Według mnie, jeśli chodzi o widoki to sam ten cel nie jest warty wędrówki, lepiej udać się w innym kierunku, gdyż jednak większość trzeba przebyć w otoczeniu lasów. Może i jest to fajna trasa, ale wtedy, gdy ma się na przebycie szlaku cały dzień i powolutku drepcze się do przodu, ale na takie przyjemności, może jeszcze przyjdzie kiedyś pora. Póki co czas goni, więc i ja muszę.

Powrót zleciał zdecydowanie za szybko. Chciałoby się znów powrócić na szczyt, położyć się i tam pozostać.


Więcej zdjęć jak zwykle na Nowe Oblicze ;)

czwartek, 6 sierpnia 2015

Zimny Mirek - przygotowania do startu w Rajdzie Rzeszowskim 2015




Już jutro odbędzie się 24. Rajd Rzeszowski, oczywiście jak i we wcześniejszych latach tak i w tym nie może zabraknąć załogi Zimny Mirek

27 lipca odbyły się testy rajdowe w Kańczudze. Pogoda była wręcz przeciwna do tych, które towarzyszyły nam podczas testów w ubiegłym roku, jednak mimo to widząc przejazdy, czy zasiadając na prawym, dochodziliśmy do tych samych wniosków - na rajdzie będzie grubo. To dodatkowo powinno motywować fanów do uczestnictwa w tej imprezie. 



Na tydzień przed rajdem Nowe Oblicze z pomocnikami zadbało o to by Clio dobrze prezentowało się podczas rajdu. Myślę, że przy takiej pogodzie efekt naszych prac powinien się utrzymać chociaż do startu ;) Zostały również przygotowane plakaty, ulotki oraz wlepy dla fanów, które będzie można otrzymać w strefie serwisowej w Boguchwale, gdzie oczywiście zapraszamy!

Na koniec filmik - zapowiedź startu załogi Zimny Mirek.
A od jutra bieżące informacje z rajdu na naszych fan page'ach :)

                                                     




sobota, 11 lipca 2015

Nie porzucaj w wakacje ograniczony umysłowo pojebie! Zrozumiano?

To, że zaczęły się wakacje - wie każdy. Jak ma się sytuacja w schroniskach - mam nadzieję również wie każdy. Jednak co do kurwy nędzy skłania ludzi do pozbywania się zwierząt w tak pojebany sposób - nie ogarniam. Mam nadzieję, że nie czytają tego dzieci, bo nie chce siać zgorszenia w polszczyźnie, ale inaczej no kurwa to chyba do ludzi nie dotrze. 
Nie będę tu przytaczać statystyk, bo to nie o to chodzi, ale ilu z Was, bądź Waszych znajomych spotkało się z sytuacją, że znaleźli w lesie psa czy kota, bądź w okresie wakacyjnym nagle przyszedł święty Mikołaj i w starannie zamkniętym kartonie przyniósł zestaw szczeniaczków/kociątek - z tym w jakiś sposób spotkał się chyba każdy. 

Każdy normalny człowiek, który z jakiegoś powodu nie może zająć się zwierzakiem szuka mu nowego domu, a co robi pojebany umysłowo zjeb? Otóż bierze karton, pakuje do niego psa, dziecko jeszcze wkłada obrazek i jadą kurwa na wakacje! A po drodze jeb pieska w kartonie z obrazkiem na pożegnanie do przydrożnego rowu. 

Tak było i tym razem...

Wybrałam się na przejażdżkę rowerem po okolicach. Kiedy już byłam w drodze powrotnej do domu w rowie zauważyłam karton. Co tam karton to karton. Ktoś pewnie wyrzucił, przecież tak często mieszczuchy robią, bo po co wywalić do kosza jak można do rowu w lesie? Przejechałam i jadę dalej, jednak miałam dziwne wrażenie, że ten karton się ruszał. Zawróciłam więc i podjechałam bliżej. Okazuje się, że w środku siedzi pies.


Pierwszy odruch sprawdzam czy pies nie jest połamany, biorę go pod pachę i idę do okolicznych mieszkańców z zapytaniem, czy nie jest to ich pies, bądź jakiegoś ze sąsiadów się jakoś zaplątał i tam wylądował. Jak się okazuje pies nie jest nikogo z sąsiadów, jednak pojawiła się informacja o tym, że możliwe, że w nocy ktoś go wyrzucił bo psy ujadały i, że to nie pierwszy taki przypadek w tej okolicy. Biorę więc psa i podaję informację, gdzie będzie się znajdował, gdyby ewentualnie jednak okazało się, że jest to czyjś pies. Wracam do kartonu w którym nie mam żadnych poszlak, tylko znajduję obrazek. Tak, mały, jebany stróżu prawa, pięknie cie rodzice wychowają...


Pies pod pachą. Idziemy na ławeczkę w celu wykonania kilku telefonów, w tym do niezawodnej Kasi, która zawsze w potrzebie poratuje. Pies był zziajany, miał obdarty nos a nie chciałam go poić wodą z sokiem malinowym, bo raczej by mu to średnio wchodziło. Skoro tyle wytrzymał to i te 5 min go nie zbawi. Mimo planów spakowania go a właściwie ją w plecak, jednak zrezygnowałam, bo do domu miałam jeszcze kawał drogi i to niekoniecznie po terenie, w którym psina chciałaby przeżyć podróż.


Transport pojawił się szybko. Zapakowałam psa do samochodu, by pojechał w bezpieczne miejsce. A ja udałam się w drogę powrotną do domu z rozkimami co do chuja z tymi ludźmi się dzieje. Tyle się o tym trąbi by nie porzucać, bo przecież można ogłosić na licznych forach, grupach, czy nawet próbować oddać do schroniska. Po kiego chuja brać, by później wyrzucić? Mamy XXI wiek, jest taki wybór zabawek w sklepach, czy konieczny do szczęścia jest szczeniaczek, którego i tak się wypierdoli do rowu jak podrośnie? Halo! Co z Wami ludzie!?


czwartek, 9 lipca 2015

Dziki wojownik atakuje!


Jak już obiecałam jakiś czas temu, miałam napisać coś o planach związanych z bieganiem. A więc, o dziwo po biegu w Łańcucie nie zrezygnowałam z tej formy aktywności - co mnie bardzo dziwi, a co jest jeszcze bardziej zaskakujące to fakt, że mimo iż mam już sprawny rower, to wolę się przebiec niż przejechać. Jeszcze zaledwie miesiąc temu, gdyby mi ktoś powiedział, że taka sytuacja będzie miała miejsce to bym go wyśmiała. Jak to się stało, że bieganie mnie tak wciągnęło - pojęcia nie mam! Cieszy mnie to bardzo, ponieważ zawsze uważałam, że nie jest to dla mnie, nie umiem biegać, nie dam rady, bla, bla, bla... takie pierdzielenie za które teraz powinnam sobie dać w łeb, bo w pewnym sensie żałuje zmarnowanego czasu. Bardzo blisko domu mam świetne trasy, które są bezpieczne i bardzo ciekawe. Owszem nie należą do najłatwiejszych jednak to chyba to sprawia, że nadal to robię. Świadomość tego, że ćwiczę na odcinku Ultramaratonu Podkarpackiego mobilizuje dość mocno i w pewnym stopniu sprawia, że bardziej wierzę w swoje siły i w to, że może mi się udać. Tak żartuję od pewnego czasu, że wystartuję w Biegu Rzeźnika, kto wie - może się uda. Co prawda raczej nie w przyszłym roku, ale może kiedyś? Na pewno chciałabym spróbować swoich sił w maratonie. 40 km - brzmi lepiej niż 5 km - prawda? Taka okazja nadarzy się już z październiku, jednak o starcie podejmę decyzję dopiero w połowie sierpnia. Jak będę pewna, że przeżyję ten dystans to wystartuje, jak nie to jeszcze poczekam i nic na tym nie stracę. Z planów na kolejny sezon to jeszcze ciekawi mnie Survival Race i Spartan Race - na pewno w którymś wystartuje, bo za bardzo mnie to kusi. Zobaczymy jak to będzie, już nie mogę się doczekać, jednak póki co - ćwiczymy!


Wracając do treningów: ostatnie upały średnio zachęcały do biegania, ale trzeba być twardym! Postanowiłam więc sprawdzić swoją wytrzymałość w tych jakże piekielnych warunkach i udałam się na mały trening niewiele po godzinie 12. Temperatura mówiła jasno - siedź w domu na dupie, a nie biegania się zachciewa, chyba, że biegniesz po udar. Jednak udałam się powolutku w kierunku lasu, gdzie oczywiście przywitał mnie przyjemny chłód. Słychać było piły, więc uznałam, że pewnie obcinane są gałęzie przy drzewach, które zostały ostatnio wycięte. W ramach bezpieczeństwa ze ścieżki zaczęłam się przebijać na przełaj co okazało się bardzo słuszne, gdyż tyle co udało mi się podbiec i w miejscu gdzie byłam zaledwie moment wcześniej padło drzewo. I nawet to, że mogło by być ze mną słabo, to fakt, że wycinka trwa w najlepsze wyprowadziła mnie lekko z równowagi. Zawsze uważałam, że w Lasach Państwowych są jakieś regulacje ile można drzew na danym terenie wyciąć, tu z tego co widzę przez ostatnie tygodnie leci wszystko po kolei. Już pomijam że droga jest rozwalona, ścieżki po których jeździłam rowerem raczej do końca wakacji pozostaną nieprzejezdne a bieganie tam to istna przeprawa, gdzie nie trudno się uszkodzić, o czym sama się przekonałam. Przeniosłam się więc na asfalt, miejsce z pozoru bezpieczne, po którym nieszczególnie lubię biegać, gdyż szybko mnie nudzi, dlatego też postanowiłam wrócić dłuższymi skrótami do domu, przez fajny szutrowy odcinek. Już na samym początku zaniepokoiły mnie znaki o pracach drogowych. No bez jaj! Będzie asfalt? Żar leje się z nieba, a w pobliżu brak jakiejkolwiek szansy na cień. Próbuję więc jak najszybciej pokonać ten odcinek by dostać się do drogi głównej z której czeka mnie jakieś 15 min biegu do domu. Organizm jakoś sobie radził z panującymi temperaturami, choć w pewnym momencie zaczęłam się obawiać, czy biegnięcie nie jest zbyt ryzykowne. Nie poddając się, wręcz przyspieszam, by jak najszybciej dotrzeć do domu, pod prysznic. O stanie w jakim dotarłam na miejsce chyba nie muszę pisać, bo to raczej każdy sobie może wyobrazić. Jednak uważam, że było warto, głównie ze względu na to, że mniej więcej poczułam w jakich warunkach mogę biec. 

Tego dnia czekała mnie jeszcze wycieczka do Rzeszowa z którego następnie wróciłam autobusem tylko do Tyczyna by trzasnąć sobie jeszcze o 22 piąteczkę. Lekki truchcik, bo miałam nieodpowiednie buty, więc bez spiny. Na 1,5 km od mojego domu, natrafiłam na "małą" przeszkodę jaką okazał się dziki wojownik narąbany jak szpak. Osobnik ten rzucał się pod koła samochodów, wykrzykiwał jakieś buntownicze hasła i wymachiwał łapskami oraz tobołkiem, który targał w ręce. Od mieszkańców dowiedziałam się, że policja już jedzie, więc mimo początkowych chęci, że przebiegnę jakoś koło niego, stwierdziłam, że jest to tak nieobliczalny obiekt, że ja już wolę poczekać na policję. Nie trwało to długo, dzięki czemu mogłam już na spokojnie kontynuować powrót do domu. 

Przede mną wiele pracy. Trzeba wzmocnić nie tylko ciało, ale i psychikę, choć to, co wiele osób się nie raz przekonało jest bardzo silne. Jednak jeśli faktycznie uda się, że wystartuję w maratonie, będę tam biec na silnej woli a nie na sile mięśni, bo formy do tego czasu nie zrobię. Jednak nie zniechęcam się, motywacja jest silna.
Byle do przodu, bo warto! 

środa, 8 lipca 2015

Połonina Caryńska - polowanie na wschód słońca: odsłona druga


Pomysł wyjazdu w Bieszczady... no dobra co ja pisze. Bieszczady to Bieszczady i generalnie każdy kto raz ich skosztował wie o co chodzi i tłumaczyć nie muszę. A kto nie był i tak nie zrozumie, ale czytać dalej może, bo może próbować zrozumieć. 

A więc kolejna część z serii Głupich Pomysłów Rudej: wyjedźmy o 23, na 2 będziemy na miejscu, to akurat na spokojnie sobie wyjdziemy na szczyt i zobaczymy wschód słońca. Taak, to właśnie to. Oczywiście grupa przystała na mój pomysł, bo co się samce będą przeciwstawiać babie jak mają ją tylko jedną. I tak pojechaliśmy, droga mijała dość spokojnie i bezproblemowo, choć jak zwykle się zgubiliśmy, co chyba już nikogo zbytnio nie dziwi, ale któż by się tam takimi głupotami przejmował: 20 km w te czy w inną stronę - kto bogatemu zabroni? Prawda? Jak wiadomo świat w nocy wygląda całkiem inaczej, wręcz zaskakująco, nawigacja i GPS też często zaskakują nawet bardziej! Jako, że jesteśmy już uodpornieni na tego typu przygody, więc skrzyżowania których nie ma ani na mapach, ani na nawigacji przyjmujemy ze stoickim spokojem - bo czy nam się gdzieś kurde spieszy? Gdyby nam się spieszyło to nie jechalibyśmy 40 - letnią Dacią, logiczne chyba? 
Tak więc jedziemy sobie, jedziemy... cieszymy się pięknym mrokiem i praktycznie pustkami na drogach, tyły się alkoholizują - jest dobrze. Praktycznie już jesteśmy u celu i widzimy samochód po lewej i charakterystyczne urządzenie wykorzystywane przez odpowiednie służby w celu zatrzymania podejrzanych - tych bardziej i tych mniej - do kontroli. Grzecznie zjeżdżamy i dowiadujemy się, że jesteśmy na miejscu - dobrze wiedzieć! Jak się okazało, mapy bez dostępu do Internetu przestały działać i tak byśmy sobie jechali dalej do Ustrzyk Górnych. Panowie Celnicy po ujrzeniu naszego nieogarnięcia i wylegitymowaniu nas, zalecili by poczekać jeszcze chwilę nim wyruszymy w góry. W sumie słusznie, bo kto normalny idzie w góry o drugiej nad ranem? Tak więc czekamy w tym chłodzie, ubrani jak na ciepły wieczór w Rzeszowie, bo po co się ubierać ciepło jak u nas w dzień ma być odczuwalna prawie 40°C  a w górach zaledwie 10 stopni mniej. Godzina dość szybko zleciała i wyruszyliśmy na ten "wulkan", który nas tak gnębił od ostatniego wyjazdu w Bieszczady. Dość szybko, by zdążyć na wschód i akurat ten etap można doskonale opisać słowami piosenki Wiewiórka na Drzewie - Ofiarom trenera Klausa.

Boli ręka boli głowa bolą plecy boli noga ale wyścig nadal trwa...

Łagodne i przyjemne podejście na początku, później okazało się dość fajnym, stromym odcinkiem, które naprawdę potrafi dać dobrze w dupsko, szczególnie jeśli nie ma się wprawy w chodzeniu po górach. Osobiście łatwiej mi się tam podbiegało niż szło, ale ja ostatnio jestem dziwna.

O! Caryńska! Coś ty mi krwi napsuła
Eh! Caryńska! Zabrałaś siły me
Mam juz dośc udręki tej mocy we mnie coraz mniej...

I szczyt 1297 m.n.p.m.! I znów nie udało się! Do trzech razy sztuka.
Jednak na szczycie spotykamy prawdziwego Człowieka Bieszczad, który dodaje takiego klimatu, że ten wschód staje się nieważny - i tak jest pięknie!



Leżymy i rozkoszujemy się tym niezwykłym widokiem otaczających nas gór, tym spokojem, który już za kilka godzin pójdzie w niepamięć, wraz z chwilą, gdy uderzą w Bieszczady sezonowi turyści w klapeczkach i pseudo sportowych strojach świecących na kilometr tandetą i sztucznością, absolutnie niepasującą do tego miejsca. Ja rozumiem, że istnieje moda na pokazywanie jak najwięcej i tego, że na zdjęciach trzeba wyglądać jak najlepiej, by wzbudzić zazdrość u znajomych na fejsie, ale widząc ludzi uderzających w góry w full tynku na twarzy, spodeneczkach spokojnie mogących robić za stringi, klapkach, sandałach, balerinach... to aż czasami prosi się o pomstę do Najwyższego. 



Choć nie mam dużego doświadczenia w chodzeniu po górach, bo jakby nie patrzeć dopiero zaczynam, to moje osobiste odczucie mówi, że do takich miejsc trzeba podchodzić z pokorą i szacunkiem. Pomimo tego, że Bieszczady nie są wysokie i jakoś szczególnie trudne, to ignorowanie ich jest delikatnie rzecz ujmując - głupotą. Korzystajmy z nich zatem mądrze, a jeśli ktoś nie potrafi tego pojąć, to szczerze zachęcam do pozostania w swoim domu, lub udania się na plażę w celu leżakowania z browarem w jednej i telefonem w drugiej ręce, by na bieżąco na neta leciały kolejne fotki z serii: "to moja dupa, to mój cycek, to dupa mojego faceta, to jakaś inna dupa, a to piwerka, o i fajeczkę sobie palę"... - dziękuję za uwagę.

Więcej zdjęć jak zwykle na Nowe Oblicze na Facebooku w albumie Bieszczady.
Czytasz moje teksty i chcesz więcej? Klikaj +1, żebym wiedziała, że ma to sens ;)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

1. Łańcucka Piątka - 27.06.2015

Nikt, kto widział moją kostkę w poniedziałek nie uwierzyłby w to, że w sobotę będę w stanie wystartować w biegu. Wypadki chodzą po ludziach, szczególnie narażeni są bezmózgowcy biegający po lesie po wycince drzew, przeskakujący przez pnie, konary i przełażący przez zrzucone gałęzie - czyli ja! W każdym razie bolało, jeszcze bardziej bolało to, że nie będę mogła wystartować w biegu, bo jednak, coś tam pobiegałam, coś poćwiczyłam, chcąc udowodnić, że osoba, która w ogóle nie biega jest w stanie w bardzo krótkim czasie się przygotować i wystartować w biegu. Takie pokonanie własnej słabości, własnego lęku, tego, że mogę dobiec ostatnia. Mimo tego, że widziałam, że nie jest dobrze, do lekarza nie poszłam z wiadomych względów - bałam się tego, że mnie usztywnią. 

Kilka dni siedzenia na dupie sprawiło, że chciałam tylko wystartować i zależało mi by przebyć ten dystans nie ważne na jakiej pozycji, grunt to wytrzymać ból i nie uszkodzić się bardziej. 

Na noc przed startem łapsko prezentowało się mniej więcej tak jak na zdjęciu poniżej. Dokładnie widać o którą nogę chodzi, choć szczerze przyznam, że na zdj wygląda prawie jak nówka sztuka, niestety w rzeczywistości aż tak fajnie to nie było. Pomijam że obie, na zdjęciu wyglądają dość koślawo, bądź co bądź, stwierdziłam, że zaryzykuje, może nie zrobi się ze mnie jeszcze większa kaleka. 


Spałam bardzo krótko, bo obawiałam się tego startu i zastanawiałam się cały czas, czy może lepiej się wycofać, co wiele osób mi radziło. Przed 8:00 byłam już w Rzeszowie i czekałam na autobus do Łańcuta, droga minęła szybko jednak cały czas z myślą: biec czy nie biec? Po dotarciu na miejsce od razu udzieliła mi się przyjazna atmosfera tej imprezy, więc stwierdziłam, że skoro już jestem, to spróbuje, a w każdej chwili mogę przecież się wycofać. Odebrałam numer startowy i koszulkę. Czas szybko zleciał i trzeba było się już rozgrzewać. Rozgrzewka okazała się krótka, bo łapa zaczęła boleć, więc stwierdziłam, że lece na żywioł i co będzie to będzie. Uroczysty start i GO! 
Tak to rude coś w okularach - to ja. Husaria jest, więc nie ma lipy, nie ma, że boli! Biegniemy. 


Początkowo biegło się stosunkowo dobrze, nie narzucałam zbytniego tempa, bo nie chciałam skończyć tego biegu na noszach. Pilnowałam kroków, uważając na kostkę i starając się stawiać stopę tak by bolało jak najmniej. Jednak czułam, że chciałabym więcej, więc spróbowałam, co okazało się nie do końca dobrym wyjściem, gdyż musiałam na moment całkiem zwolnić, by w ogóle dobiec na metę. Końcówka dokończona już spokojnie, bez spiny. Meta, medal i to uczucie - kurde, udało się! Po pierwsze wytrzymałam, po drugie okazało się, że nawet nie trenując nie wiadomo ile lat, taki dystans amator jest w stanie przebiec, a po trzecie o dziwo nie byłam ostatnia. Przedostatnia też nie. To już w ogóle sprawiło, że byłam bardzo z siebie zadowolona. Na rywalizację przyjdzie jeszcze czas. 
Muszę pochwalić w tym miejscu organizatorów, gdyż wykonali kawał świetnej roboty! Ja, jak na osobę, która w ogóle nie miała pojęcia jak wygląda to wszystko od środka, dzięki dobrej komunikacji poradziłam sobie i przy okazji poznałam świetnych ludzi, których pozdrawiam! :) Ogólnie to jestem bardzo zadowolona, wszystko bardzo dobrze przygotowane, dobra organizacja, fajne atrakcje w cenie opłaty startowej (choć osobiście nie miałam czasu, by z tego skorzystać), nagrody i ogólnie cała otoczka. Uważam, że jak za takie pieniądze to był wypas, tym bardziej, że wróciła mi się opłata startowa i to ze sporą nadwyżką, więc tym bardziej mnie to cieszy i na pewno chętnie wystartuje w kolejnej edycji! 

Choć myślałam, że to będzie mój pierwszy i ostatni start, by tyko jednorazowo udowodnić, że da się zrobić formę w 20dni, a jakby w sumie podliczyć kiedy zaczęłam moje treningi, to może nawet nie będę podawać tego czasu, by nie zdołować ludzi, którzy trenują od dłuższego czasu, to już po ukończeniu biegu czułam, niedosyt, więc zobaczymy co z tego wyniknie. Na pewno bieg ten stał się motywacją do kolejnych treningów, które mam nadzieje staną się bardziej regularne. Dziękuje wszystkim za dobre słowo, wsparcie i to, że we mnie wierzyli, momentami nawet bardziej niż ja. Nawet te głupie Januszowe teksty okazały się na starcie motywujące, działające wręcz na zasadzie: "Ja wam kurwa pokaże!" przez co nie ważny był ból, ważna była meta! 


Tak więc da się? DA! To tylko kwestia tego co siedzi w naszych głowach. Trzeba tylko przełamać pewną barierę strachu i wstydu, choć nie wiem czy w przypadku 90% osób nie jest to po prostu lenistwo. W każdym razie, już w kolejnym wpisie przybliżę Wam plany na najbliższy czas, więc zachęcam do zaglądania, bo wpisy będą teraz w miarę regularnie :) 

piątek, 26 czerwca 2015

Nikt nie mówił, że będzie łatwo - krótka historia o przygotowaniu do pierwszego startu

Jadę sobie kulturalnie przez las... no dobra, oboje wiemy, że tak nie było.

A więc napierdzielam sobie kulturalnie przez las, aby się wyżyć, rozładować energię itd... traska XC, rower z nazwy też do XC, czyli już nietrudno sobie wyobrazić co tam robiłam. W każdym razie suchutko, odcinek znany, tu korzenie, tam pień a kawałek dalej hopka i rów... czas bardzo dobry, prędkość jak na nieposiadanie full face'a wręcz przerażająca, ale fajnie się jedzie, to co będę hamować, klocki drogie, to trzeba oszczędzać. Jadę sobie i jadę aż tu nagle charakterystyczne chrupnięcie, trzask i jedyne co zdążyłam w tym momencie zrobić to pomyślałam sobie "o kurwa". Mimo wszystko wyratowałam się i obyło się bez gleby, dzięki czemu mogę się teraz tu wyżalić. "Piękny dzień dziecka..." - pomyślałam sobie i rozpoczęłam oględziny mojego rowerka. Tak, cudownie, urwana przerzutka, która wręcz owinęła się wokół ramy, ułamany hak ramy, łańcuch zblokował cały mechanizm, więc nawet z pchania maszyny nici. Podziękowałam sobie w tamtym momencie za to, że od jakiegoś czasu pomalutku odciążam swój rower, dzięki czemu zawsze to mniej kilogramów na plecach. No i tak niosę sobie ten rower, muchy i jakieś inne cholerstwo atakuje, gorąco jak nie powiem co a do domu kawał drogi. I wydawać by się mogło, że dziewczynie zaraz ktoś pomoże, że nie będzie musiała sama mordować się z tym rowerem do domu, ale gdzie tam! O tym już pisałam w poprzednim wpisie, więc nie będę się tu powtarzać, bo to nie istotne. W każdym bądź razie, gdy dotarłam do domu, zmordowana, załamana, bo oczywiście jak zwykle kasy na części brak, narodził się poroniony pomysł - będę biegać! Ale gdzie ja biegać?! Przecież dla mnie to nienaturalne, ja nie umiem, nogi mi się plączą i w ogóle. Test Coopera owszem, udało się wtedy, ale żeby tak biegać, biegać? Nie będę mieć motywacji, przebiegnę się raz i mi się nie będzie chciało, ale zaraz! Bieg w Łańcucie na 5 km?
O może by tak wystartować dla jaj, co tam 5 km, ogarnie się kogoś do towarzystwa i zleci. 



Cztery dni później, standardowo wiadomość do Eweliny z zapytaniem czy biegamy wieczorem, oczywiście sie zgodziła, bo kto jak nie ona! Plan był taki, by sprawdzić czy w ogóle jestem w stanie przebiec te 5 km. Odcinek po lesie, znanymi, fajnymi ścieżkami i odpoczynek na punkcie widokowym w towarzystwie koni. Nie ma sensu tu nikogo oszukiwać. 5 km było niewykonalne jak dla mnie. Rower i bieganie to nie jest to samo i choć na tym pierwszym mam poczucie tego, że moja kondycja jest na dobrym poziomie, tak w przypadku biegów to po prostu bida z nędzą. Nie żeby mnie to zniechęciło! No dobra. Zniechęciło, ale tylko do momentu, aż przypomniałam sobie o biegu w Łańcucie. A może by tak spróbować? Jest lekko ponad 20 dni na zrobienie kondycji, udowodnić, że osoba, która ma problemy z przebiegnięciem 1 km w słusznym tempie poradzi sobie z pięcioma?

Dwa dni później opłata startowa została uregulowana i wtedy dopiero zrozumiałam w co się wkopałam. Nie żebym się jakoś zaczęła spinać z treningami, ale mimo wszystko świadomość tego, że jednak startuje i nie chciałabym się doczołgać na metę jako ostatnia zaskutkowała tym, że chociaż ogarnęłam swoją i tak już w miarę ogarniętą dietę, ale pojawiło się stanowcze: do startu nie pije alkoholu! Trochę to trudne, szczególnie w sezonie kiedy praktycznie codziennie ktoś ma urodziny jednakże, starałam się mocno trzymać tego postanowienia. 



Dni lecą a tu gdzie do biegania. Świadomość świadomością, ale tu uczelnia, tam jakieś spotkanie, w południe znowu jak jestem w domu to biega się po prostu tragicznie. Jednak jakoś zmusiłam się do odbycia kilku treningów, ale w dalszym ciągu do 5 km była jeszcze daleka droga. Chyba jeszcze była to za mała świadomość tego, co miało mnie niebawem czekać. Jednak 14 dnia miesiąca czyli tydzień później udało mi się pojechać w Bieszczady w których coś jakby zaskoczyło. Tam udało się coś nieco pohasać i doładować akumulatory. Po powrocie dnia następnego udało się trzasnąć 8 km a później 12 km, co było dla mnie mega szokiem! Jednak postanowiłam skupić się na krótszych dystansach i pokonywaniu ich w krótszym czasie. Treningi urozmaicała wycinka drzew w lesie, dzięki czemu miałam powalone pnie, konary i gałęzie do dyspozycji, przez co mogłam się naprawdę fajnie bawić i zaczęłam czuć, że wszystko będzie ok i ta piąteczka pyknie fajnym tempem.

Ale jak to zawsze bywa, gdy zaczyna już coś dziać się dobrze, to musi się coś spierdolić...
Poniedziałek już od samego rana zaczął się dość dziwnie, żeby nie mówiąc pechowo. W Rzeszowie miałam 2 małe przypały, o których szkoda gadać, ale ból dupy niektórych ludzi mnie w dalszym ciągu szokuje. W każdym razie udałam się do lasu w celu odbycia treningu, bo w sobotę oczywiście start. Na początku biegło się tragicznie, bo pogoda była dość dziwna, jednak na 4 km się rozkręciłam i ostatni chciałam sobie pocisnąć jak zwykle. Korzenie, pnie, gałęzie  - tak jak już pisałam i już na samym końcu dosłownie na 40 m przed moją umowną linią mety po przeskoczeniu przez pień i lądowaniu na prawą nogę jak się okazało na bardzo nierówne podłoże - skręciła mi się kostka. No tylko tego mi kurwa było do szczęścia potrzeba. I znowu do domu kawał drogi, który pokonałam zaciskając zęby. Łapa spuchła konkretnie, więc już pojawiła się myśl o tym, że to koniec i po starcie. Jednak ratowałam się czym mogłam i siedząc na dupie zleciał mi wtorek, środa, czwartek. Choć chęci były, nawet chodząc po domu czarno to widziałam. Piątek - nie wytrzymałam, poszłam do lasu sprawdzić czy dam radę biegać. Jedno jest pewne - będzie bolało. Do startu pozostało mi 12 godzin. Nie poddam się tak łatwo!

piątek, 19 czerwca 2015

Pokonać siebie...

Nie, ja nie biegnę. Popatrz na nich. Widzisz te łydy? Oni nas zmiażdżą, zdechniemy jak muchy. Jeszcze zdjęcia robią - to dopiero będzie kompromitacja!
Tak właśnie próbowałam się wymigać od tego co zaplanowałam, gdy pojawiłam się na miejscu i zobaczyłam innych uczestników. Plan wydawał się prosty: Test Coopera w Rzeszowie - właściwie jest na miejscu, raczej nie mam lepszych planów, to można by w końcu wystartować, sprawdzić siebie... ale może zacznę od początku.

Moja przygoda z bieganiem tak naprawdę chyba się jeszcze nie zaczęła. Biegam wtedy gdy muszę, czyli przed autobusem lub za nim. Czasami też zdarza się biec uciekając przed dzikiem. Biegnę też wówczas, gdy pies mnie drze na smyczy, lub muszę się szybko ewakuować, tym samym ratując swoje życie. Zawsze uważałam, że nie jestem stworzona do biegania, zdecydowanie wybieram rower, wędrówki, lub jak mam okazję jazdę konną. Jednakże w ostatnim czasie prowadzę tak zasiedziały tryb życia, że aż zaczęłam się obawiać, że nabawię się płaskodupia. Wypadałoby się chyba wziąć za siebie, a przynajmniej sprawdzić na jakim poziomie jest obecna kondycja. Pff chyba "kondycja", bo żeby o niej mówić, trzeba ją mieć a nie tylko o niej marzyć...

Jak zwykle rzuciłam pomysł i udało się namówić koleżankę, która tego pamiętnego dnia 17 maja mnie zgarnęła z domu i zmusiła do startu za co bardzo dziękuje! Poszłyśmy więc się zapisać, odebrać numery startowe i się coś rozgrzać. Nasz start został nieco przyspieszony ze względu na nagłe pogorszenie się pogody i nadciągający deszcz, który zaczął padać dosłownie tuż po tym, gdy ruszyliśmy. Jak dla kogoś kto nie biega, porywisty wiatr i deszcz był w sumie dodatkowym utrudnieniem, jednak w momencie kiedy zauważyłam, że wcale mnie tak ludzie nie wyprzedzają jak myślałam, a nawet mi udaje się kogoś wyprzedzić sprawiło, że miałam więcej chęci do biegu. Starałam się nie narzucać zbytnio tempa po to, by biec cały czas, tym bardziej, że nie znałam swoich możliwości. Czas zleciał momentalnie, nawet nie wiadomo kiedy i pozostał ogromny niedosyt, że mogłam więcej, szybciej, no ale... pierwszy start - tak to usprawiedliwiam. Wynik jest pozytywny, nie będę pisać jaki, bo nie jestem z niego dumna, ale jestem dumna z siebie, że pobiegłam! Mimo tego, że start był całkowicie bezpłatny każdy miał dostęp do wody, wyników, oraz dodatkowo otrzymałam fajną koszulkę i pamiątkowy dyplom, więc zaciesz był przeogromny. Na pewno wystartuję w kolejnej edycji, by pobić obecny wynik a wtedy na pewno zrobię porównanie i będziecie mogli o tym przeczytać, może akurat to kogoś zachęci do ruszenia dupska, bo to wszystko tak strasznie tylko wygląda, a w rzeczywistości nie jest tak trudno. 

Na koniec chciałabym podziękować Ewelinie, że pojechała wtedy ze mną i prawie mi szpica usadziła żebym pobiegła ;)

Powiadam Wam... to dopiero początek! 





wtorek, 16 czerwca 2015

To uczucie, gdy dochodzi się do momentu, że ma się ciągłe wrażenie, że gdyby się znikło, to nikt by tego nawet nie zauważył. Nikt nie przejąłby się faktem, że mnie już nie ma.

Fascynujące jest to, że ludzie zapamiętują najgorsze rzeczy, często nie pamiętając o tych dobrych. Człowiek idący i śmiejący się pod nosem postrzegany jest jako ćpun. Będąc w pubie ze znajomymi, żartując przy piwie, odbieranym jest się za osobę lubiącą alkohol, nie używając słowa alkoholik, co często bywa krzywdzące, bo jest niezgodne z prawdą.

Im bardziej jest się charakterystycznym, rozpoznawalnym tym bardziej ma się, mówiąc wprost - przejebane. Nagle ludzie z zewnątrz wiedzą o Tobie więcej, niż Ty sam! Widzą sytuacje, których Ty nie widzisz, zauważają Twój stan, którego Ty nawet nie zdążysz odczuć, bo dopiero co usiadłeś w piwem przy stole, ale w oczach innych już było się nieźle wstawionym i już opowiadałeś głupoty. Dlaczego zwyczajne pierdolenie od rzeczy jest brane na poważnie, a kiedy mówi się na poważnie, to otoczenie ma to gdzieś? Szukanie na siłę sensacji? Ooo ten się schlał, pod stołem spał! Polacy chyba mają z tym jakiś problem. Nie rozumiem tego. Dlaczego bywam w związkach z facetami, których na oczy nawet nie widziałam, ale inni mnie już widzieli pod plebanią idącą za rączkę z narzeczonym, bo byliśmy przecież dać na zapowiedzi. WTF?

Często lecę w chuja - to fakt. Lubię kontrolować sytuację i patrzyć na reakcję ludzi, jaki kit są w stanie chwycić, podłapać i puścić dalej w obieg. To daje zaskakujące efekty, nierzadko wręcz przerażające. Ma to też drugą stronę, często przez to, że informacja leci w świat, głupie pierdzielenie staje się w dość szybkim czasie rzeczywistością. Z jednej strony to dobrze, bo czasami realizują się wtedy marzenia, które sprowadzało się tylko do gadania, nie myśląc nawet o ich realizacji. A realizacja pojawia się sama, bez naszej kontroli, czasami nawet chęci, czy zgody.

Będę biegać w maratonach! Zobaczysz! - Mówiło się w żartach... żarty chcąc nie chcąc stały się rzeczywistością, bądź staną się niebawem. To straszne, bo stało się to zdecydowanie za szybko, bez kontroli. Pokierowana impulsem, zapisałam się na jeden - dla jaj, na sprawdzenie siebie. A kolejne... samo się stało, mimo mojego wyraźnego sprzeciwu. Teraz co zrobić poddać się, czy spiąć dupę, trenować i pokazać, że mimo zdecydowanie zbyt krótkiego czasu na przygotowanie też się da?

"O, byłaś na testach, rajdówką jechałaś no i driftwozem również, blachara się z ciebie zrobiła, pewnie dupy im dajesz by cie przewieźli" - Jeden z ciekawszych w ostatnim czasie zarzutów i jednocześnie plotek na mój temat. Hmm czyżbym za szybko wkroczyła w świat motoryzacji? Czy przejechanie się na prawym jest równoznaczne z dawaniem dupy? Ludzie do cholery! Czy Wam sie już we łbach do reszty pojebało, słonko za bardzo przygrzało? Może to jakiś udar, leczenie byłoby wskazane.
Sytuacja bez wyjścia:
- zaprzeczę - źle, bo na pewno daje dupy każdemu kto ma fajny samochód!
- potwierdzę - nooo, to już w ogóle patrz, nie dość, że puszczalska, to jeszcze nawet zaprzeczyć nie próbuje!


Kolejny przykład życia wzięty. Las, napierdzielam rowerkiem. Zjazd hopka i charakterystyczny trzask. Tylko jedno zdążyło przelecieć przez myśl "o kurwa". Urwana tylna przerzutka, ułamany hak ramy, noga trochę obdrapana, krew się leje, brak narzędzi, brak kogokolwiek, kto mógłby akurat w tym momencie przyjechać. Od domu dzieli mnie parę kilometrów, więc co tam wezmę rower na plecy i doniosę jakoś, bo pchać się przecież nie da. I w tej sytuacji nie byłoby nic szokującego, gdyby nie fakt, że mijali mnie kolarze, biegacze, ludzie przejeżdżali samochodami i  nikt, ale to NIKT nie zapytał się czy coś się stało, czy jakoś pomóc. 'Pewnie laska dla rozrywki targa rower na plecach, nowa dyscyplina sportowa. Tak fajnie!... Ciul z nią, walczyły o równouprawnienie to niech sobie radzi!' Czy ma znaczenie jaką ma ktoś płeć, jeśli widzi się, że danej osobie przydałaby się pomoc? W Polsce wychodzi na to, że tak. 
Jedyny miły akcent tej sytuacji to grupa młodych chłopaczków, którzy zapytali co się stało, bo myśleli, że tylko łańcuch spadł i by go nałożyli - wiara w młode pokolenie częściowo odzyskana! 


Kocham ludzi i jednocześnie nienawidzę, za ten pojebany totalnie tok myślenia. Czy w tym kraju jest tak źle, że nie macie własnego życia? Brakuje już celebrytów, że trzeba przypierdalać się do zwykłych ludzi. Dziękuje wszystkim hejterom - to dzięki Wam lajki na fb rosną, wyświetlenia się pojawiają, czasem występuje nawet dziwne jak dla mnie zjawisko fanów oraz grono ludzi, którzy po prostu chcą mnie poznać, dowiedzieć się jak jest - to dobrze, bo nie jest tak kolorowo jak się wydaje.
To co się dzieje, staje się chore i smutne, szkoda. 


środa, 13 maja 2015

Dla kuglarzy bezpieczeństwo widowni jest najważniejsze

U jednych wzbudza lęk, a u innych wielkie zafascynowanie. Ogień – jeden z żywiołów, który tylko nieliczni potrafią okiełznać. Jedną z takich osób jest Radek Kozło, kuglarz z grupy Lumen Noctis.



Nowe Oblicze: Od jak dawna trenujesz fireshow? Co zapoczątkowało Twoją pasję?

Radek Kozło: Z ogniem ćwiczę ponad 3 lata, to taki substytut moich wcześniejszych zainteresowań, jakimi były sztuki walki. Fireshow to rozwinięcie moich umiejętności, daje szczyptę adrenaliny, pomaga rozwinąć koordynację ruchową, ale również sprawia sporo frajdy. Towarzystwo kuglarzy jest na swój sposób specyficzne i uprawiając tę dziedzinę człowiek nie może się nudzić.



NO: Twoją specjalnością są pokazy z kijem. Jak wyglądają takie treningi?
R. K.: Zaczynałem trenować sam, ale nie polecam tego zbytnio dla osób, które chciałyby zacząć przygotowania do tańca z ogniem. Powodem jest to, że praca w zespole, albo oglądanie jak inna osoba wykonuje dany ruch, daje lepszy efekt niż wałkowanie danego tricku samemu. Czasami dobrym rozwiązaniem jest zrobienie sobie przerwy od treningów i nieraz element, który nam nie wychodził, okazuje się banalny. Jeżdżę też na zjazdy kuglarsko-żonglerskie takie jak sloty, festiwale ogniowe, różnego rodzaju konwenty. Zaletą tego typu imprez jest spotykanie osób z grona kuglarskiego, dzielenie się swoimi osiągnięciami, jak i wspólna zabawa.



NO: Co na to mówi rodzina, znajomi?
R. K.: Rodzina ogólnie rzecz biorąc nie miała żadnych zastrzeżeń, z wyjątkiem ojca, bo miał wrażenie, że to moje ambicje życiowe i że chcę się utrzymać wyłącznie z występów, ale z czasem się przyzwyczaił. Ze strony znajomych sprawa wyglądała trochę inaczej. Na początku, jak jeszcze nie interesowałem się sztukami ogniowymi, każdy patrzył na to jak na taką dziecinną zabawę, a ja nie zważając na to nadal ćwiczyłem, aż zrobiłem się w tym dość niezły, ale podziw dopiero zaiskrzył po kupieniu pierwszego kija ogniowego i wykorzystaniu wcześniej nabytych umiejętności do sztuki bardziej pokazowej.

NO: Zabawa z ogniem bywa niebezpieczna. Zdarzył Ci się jakiś wypadek podczas występu?
R. K.: Takiego typowego wypadku raczej nie przeżyłem. Podczas treningów, racja, można się poobijać, ale nic groźniejszego się nie dzieje. Podczas występu sytuacja jest trochę inna, ponieważ sam fakt „machania” płonącym sprzętem daje trochę upustu na próbowanie tricków, których człowiek się uczy, ale jeszcze nie zdarzyło mi się, by z występu wyjść poparzonym. Raz tylko nawdychałem się oparów i miałem problemy z oddychaniem przez jakieś 20 minut. Cała sprawa obeszła się bez większego problemu, ale od tamtej pory dałem sobie trochę spokoju z pluciem ognia.


NO: A czy publiczność zgromadzona podczas takich pokazów może czuć się bezpiecznie?
R. K.: Tak, oczywiście, choć nieraz zdarzają się drobne wypadki. Raz pewna, niedoświadczona grupa nie przygotowała odpowiednio terenu pod występ, który mieli wykonać. Podczas pokazu wykorzystali „iskry”, czyli poi z dodatkiem włókna szklanego, lub podobnego materiału, co przy spalaniu daje ładne iskierki. Wadą tego jest to, że posiada to dość dużą temperaturę spalania i szybko się nie dogasza. Na koniec występu grupa je wykorzystała nie zwracając uwagi na publiczność, która była po bokach sceny, przez co parę osób miało lekko popalone ciuchy, a niektóre trochę się poparzyły.

NO: Jednak mimo takich incydentów, pokazy cieszą się dużym zainteresowaniem.
R. K.: Dla kuglarzy bezpieczeństwo widowni jest najważniejsze. W mojej grupie na przykład sami plujemy ogniem na siebie, albo stosujemy coś co się nazywa fakirami, czyli jeżdżenie ogniem po ciele.

NO: Czy zdarzyło się kiedyś, że ktoś z widowni chciał spróbować swoich sił w tym co robicie?
R. K.: U nas nie, ale słyszałem o występie znajomych z drugiego końca Polski, gdzie pijany widz chciał wziąć udział w występie. Oczywiście pierwszy raz miał poi w rękach, więc uderzył się płonącą pojką w bok głowy i spalił sobie trochę czupryny. Artysta lekko speszony podziękował ślicznie uczestnikowi, ale zaraz zgłosił się kolejny ochotnik. Ten czuł dryg. Trochę go poniosło i wyrzucił poi do góry, które następnie spadło mu na głowę.

NO: Pokazy często przerażają, ale i zachwycają, jednak niewiele jest takich osób jak Ty, które chcą mieć bezpośredni kontakt z tym żywiołem.
R. K.: Racja, występy powinny zawierać w sobie nutkę zachwytu, jak i grozy. Oczywiście lepiej, gdy jest więcej zachwytu, bo przerazić można na wieloraki sposób i niekoniecznie musi to być część występu. Wszystko zależy od artysty, co chce przekazać swoim występem. W Polsce społeczność kuglarska jest nawet w miarę liczna, lecz tylko niektórzy zostają artystami i wychodzą poza granicę „machania” dla zabawy i chęci popisania się przed znajomymi. Nie trzeba być mistrzem, by dawać dobre występy przed publiką, bo bywa niekiedy, że kuglarz znający się dość nieźle na rzeczy, tak naprawdę nie ma pomysłu na pokazanie tego co umie w ciekawy sposób, lub ma problem z pracą zespołową, co widać w występach grupowych. Najważniejsze jest czerpanie zabawy z tego co się robi i ciekawy pomysł na pokaz.

NO: Ogień uzależnia. To prawda?
R. K.: Szum płomienia, ciepło przelatujące obok ciała, muzyka rozbrzmiewająca w uszach, płynna sekwencja tańca, widok zszokowanych ludzi wokół sceny, przyjaciele obok, wszyscy wykonujący specyficzny układ, adrenalina przepływająca przez ciało przed i w trakcie pokazu oraz uchodząca zaraz po nim, aplauz zachwyconych widzów i radość z faktu dania dobrego show. Tak jest uzależniające!